Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:EYES OF THE OLD SEXTON, THE a.k.a. Oči starého Kostelníka

EYES OF THE OLD SEXTON, THE a.k.a. Oči starého Kostelníka

Oczy starego zakrystianina

ocena:4
Rok prod.:2012
Reżyser:Lukáš Bulava
Kraj prod.:Czechy
Obsada:Viteslav Koneval, Bohuslav Fanta, David Kmezik,Vit Spurny, David Wolf
Autor recenzji:Krzysztof Gonerski
Ocena autora:4
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

„Co ty wiesz o czeskim horrorze?” - można by sparafrazować słowa bohatera pewnego kultowego polskiego filmu. Niewiele – trzeba by uczciwie przyznać. Ojczyzna dobrego wojaka Szwejka i księżniczki Arabelli zdecydowanie nie słynie z kina grozy. Te kilka nieco lepiej znanych filmów, jak choćby „Palacz zwłok” Juraja Herza, „Valeria i tydzień duchów” Jaromila Jiresa czy „Wampir z Feratu” Juraja Herza to na dobrą sprawę raczej „wariacje” na temat filmowej grozy niż rasowe horrory. Ostatnie lata przyniosły kolejne kilka tytułów (m.in. „Choking Hazard”, „Unknown Hour”), które jednak większości miłośnikom filmowego straszenie nie mówią wiele albo nawet nic. Ale Czechy to nie jest wcale pustynia horrorów. Bo, podobnie jak w Polsce, najwięcej i najciekawiej dzieje się z filmem grozy na obszarze kina offowego i amatorskiego. Jednym z przykładów niebywałej aktywności czeskich twórców spoza profesjonalnego kręgu twórców jest działalność Lukáša Bulavy. Ten wielki fan horrorów (zwłaszcza włoskich), miłośnik ciężkiego grania od kilku lat z grupą przyjaciół i znajomych realizuje amatorskie horrory, których akcja rozgrywa się w położonym nad granicą polsko-czeską, mieście Karviny. „The Eyes of Old Sexton” pełnometrażowy horror Bulavy; trwająca ponad osiemdziesiąt minut opowieść o pewnym nawiedzonym cmentarzu i... gangsterach.

Theodore Araya, pewnego razu wybrał się wraz ze swoją dziewczyną, Elizabeth, na zaniedbany, opuszczony cmentarz. W ruinach pobliskiego kościoła para natknęła się na tajemniczego, zakapturzonego mężczyznę, który starał się przepędzić obściskujących się Theodore i Elizabeth. Wściekły młodzieniec śmiertelnie dźgnął nożem nieznajomego. Minęło dziesięć lat od zbrodni popełnionej w ruinach kościoła. Theodore jest bezwzględnym bossem miejscowego gangu. Gdy jeden z jego ludzi, niejaki Slasher odmawia włamania się do głównej rozdzielni wody w mieście, nie waha się i wydaje rozkaz porwania żony mężczyzny. Jeden z „żołnierzy” wykazuje się jednak nadgorliwością i porwana kobieta traci życie. W tej sytuacji Slasher również musi zginąć. Dwaj bodyguardzi Theodore, Dragon i Siki wywożą mężczyznę zza miasto, na teren zapomnianego cmentarza, na którym wiele lat temu ich szef zabił po raz pierwszy człowieka. Gdy Dragon i Siki przygotowują się do egzekucji na Slasherze, niespodziewanie staje przed nimi ten sam zakapturzony osobnik, którego wiele lat temu Araya rzekomo zabił. Siki umiera okrutną śmiercią a Dragon ucieka przed zmartwychwstałym mężczyzną. Gdy o wydarzeniu dowiaduje się Theodore odżywają w nim wspomnienia i przerażające wizje. By ich się pozbyć musi stawić czoło swej mrocznej przeszłości.

Fani horrorów na różne sposoby wyrażają swoje zamiłowanie do uwielbianego gatunku filmowego. Oglądając i recenzując ulubione filmy, próbując sił w literaturze grozy, wydając fanowskie magazyny czy organizując i uczestnicząc w pokazach kultowych horrorów. Na szczególne uznanie zasługują, a na pewno powinni zasługiwać, ci z miłośników filmowego straszenia, którzy bez profesjonalnego wykształcenia, bez udziału gwiazd, bez wsparcia profesjonalnej ekipy i najczęściej za pieniądze wyłożone z własnej kieszeni podejmują się trudu zmierzenia się z filmową materią, realizując autorskie filmy. Niewdzięczne to zajęcie. Amatorskie czy półamatorskie produkcje, ze względu na wąskie grono odbiorców i zazwyczaj więcej niż nikłą reklamę, nie przynoszą zysków ich twórcom. Ale też kręci się je nie dla pieniędzy, ale dla satysfakcji. Z potrzeby serca. Z pasji.

I takim właśnie pasjonatem, zapaleńcem jest Lukáš Bulava. Tę fanowską pasję i miłość z łatwością można dostrzec w jego całkiem licznym dorobku reżyserskim. I tak „Henry i Becky” to parodia ponurego serial killer movie, „Henry: Portrait of a Serial Murder”; „Bestie z koupelny” („Bestia z łazienki”, 2011) przywodzi na myśl „Black Past” Olaffa Itenbacha (a dokładniej, cieszącą się złą sławą scenę transformacji w potwora), „Tvoje posledni šlapka” („Twoja ostatnia prostytutka”, 2011) zawiera kilka aluzji do „Psychozy” Alfreda Hitchocka, a „Šest prstů v zeleném” („Sześć palców na zielono”, 2012) to hołd złożony giallo i jego mistrzom, Dario Argento i Lucio Fulciemu. Również w „The Eyes of Old Sexton” uważny widz wychwyci kilka aluzji do ulubionych filmów reżysera (m.in. „Cannibal Holocaust”, „Noc żywych trupów” i kilka nawiązań natury ogólnej jak np. ksywa jednego z bohaterów, Slasher).

Oceniając „The Eyes of Old Sexton” nie sposób nie zwrócić uwagi na jeszcze jeden istotny aspekt tej produkcji. Recenzowany obraz, ma raczej nieczęsty w amatorskich produkcjach, rozmach realizacyjny. Plany zdjęciowe obejmują różne miejsca: stary, w większości zniszczony cmentarz w Karvine-Dolech, ruiny budynków, wnętrza mieszkań, klubów, leśne dukty i drogi. Rozmach dostrzegalny jest również w ilości występujących w filmie postaci, które odtwarzają na ekranie przyjaciele i znajomi reżysera, w większości muzycy miejscowych bandów. Również od strony technicznej film Bulavy, filmowany przez samego reżysera, z użyciem różnego rodzaju efektów kolorystycznych i deformujących wskazuje, że jego twórca nie ograniczał się formą filmu. Co prawda prawie wszystkie ujęcia są sfilmowane „kamerą z ręki”, ale reżyser stara się maksymalnie uatrakcyjnić obraz, wybierając nietypowe ustawienia kamery (np. tzw. żabią perspektywę), stosując efekt p.o.v (point of view shot, czyli tzw kamera subiektywna), w końcu również włączając ujęcia zrealizowane noktowizorem. „The Eyes of Old Sexton” nie jest bowiem jeszcze jedną skromną, kameralną produkcją, której realizacyjny minimalizm jest rezultatem mikroskopijnego budżetu a nade wszystko braku wiary we własne, twórcze siły. Bulava nie jest nowicjuszem. Ma zatem odwagę nie tylko porwać się na warsztatowo skomplikowaną realizację, ale również całkiem nieźle nad nią panuje. Film jest przyzwoicie zmontowany, intryga rozwija się w miarę sprawnie, a na dodatek reżyser popisuje się inscenizacją kilku nastrojowych, „klimatycznych” scen (szczególnie tych, rozgrywających się na upiornie malowniczym cmentarzu).

Niestety, lista pozytywów na powyższym wyliczeniu się kończy. Chciałbym, żeby było inaczej, ale prawda jest okrutna: „The Eyes of Old Sexton” nie jest udanym filmem, nawet jak na standardy kina amatorskiego. Co bowiem może uczynić reżyser-samouk, który dysponuje śladowym budżetem i grupą zapaleńców, z których większość ma blade pojęcie o realizacji filmowej i grze aktorskiej? Są dwie możliwości: albo twórca-amator zaskoczy widzów oryginalnością, inwencją i nietuzinkowością, albo zdając sobie sprawę, że nigdy z przyczyny natury finansowo-technicznej nie dorówna produkcji profesjonalnej, postawić na autoświadomość. Z pełną premedytacją nakręcić film do bólu amatorski, tandetny i nieudolny a całość wziąć w nawias i wyraźnie mrugnąć do widza okiem. Wszak tę drogą podążali we wczesnych filmach tacy giganci kina jak Peter Jackson czy Sam Raimi. Ale Bulava nie idzie w ślady swoich starszych i słynniejszych kolegów. Nie podąża również drogą oryginalnego konceptu. Za to, choć trudno w to uwierzyć, popełnia największy błąd każdego amatora: stara się naśladować profesjonalną produkcję i to na dodatek amerykańską. To nie miało prawa się udać. I się nie udało.

Kto wie, być może nawet „The Eyes of Old Sexton” byłby do uratowania, gdyby jego twórca nie popełnił drugiego poważnego błędu. Historia zna wiele znakomitych kreacji stworzonych przez amatorów. Ale na wyżyny wspinają się pod jednym warunkiem: kiedy grają samych siebie, a nie fikcyjne postaci. Tymczasem Bulava wcisnął swoich przyjaciół i znajomych w role gangsterów, morderców, twardzieli i innych typów spod ciemnej gwiazdy, a ci zamiast grać siebie, starają się udawać podpatrzone w filmach postaci, nieudolnie powtarzając filmowe gesty, pozy, miny. Ale bez warsztatu nie da rady. Teatralność, nadekspresja, sztuczność i nienaturalność, właściwie wszystkich wykonawców deprecjonuje choćby pozory realizmu i wiarygodności. Nie można uwierzyć w bohaterów, nie można przejąć się ich losem a bez bohaterów, na których zależy widzom, nie ma filmu.

Niestety, Bulava jako reżyser i scenarzysta nie ułatwia zadania swoim „aktorom”. Gdyby „The Eyes of Old Sexton” był obrazem nie na serio, z przymrużeniem oka, ironicznym i zabawnym, wówczas fatalną grę aktorską można by obrócić na korzyść filmu. Ale nic z tego. Mimo kilku intertekstualnych wstawek obraz Bulavy jest śmiertelnie poważny, pozbawiony praktycznie humoru. W efekcie niektóre sceny wypadają niezamierzenie śmiesznie. Inna sprawa, że twórca omawianego horroru nie do końca radzi sobie z samą historią. Gubi wątki (co z włamaniem do miejskiej rozlewni wody?), postaci (co z prostytutką zamkniętą w bagażniku?), raczy widzów wątpliwymi pomysłami (morderca-transwestyta, dziewczynka w białej koszulinie, cały wątek gangstersko-policyjny) i co najgorsze w ogóle nie straszy.

Skora mowa o straszenie, to kilka słów o horrorze w … horrorze. Niestety, też nie jest dobrze. Filmowa groza działa tylko wtedy, gdy widz „zawiesza swoją niewiarę” i na czas seansu przyjmuje filmowe wydarzenia za na tyle interesujące, że nie wątpi w ich realność. W „The Eyes of Old Sexton” nie mam mowy o zawieszaniu czegokolwiek, chyba że logiki i … grozy. Starzec z laską z kościaną rączką, jakaś umazana sadzą na twarzy dziewczynka – doprawdy trudno jest mi sobie wyobrazić kogoś, kto mógłby się tymi „straszydłami” przestraszyć. Być może, mając świadomość, niezbyt wielkiego potencjału tych postaci, Bulava sięga po krwawe efekty gore. Niestety i na tym polu jego film zawodzi. Są tak tandetne, kiepskie, że wolę chyba te u Andreasa Schnassa w jego trylogii „Violent Shit” - przynajmniej są bardziej perwersyjne i szalone niż te kilka poderżniętych gardeł i przebitych piersi.

„The Eyes of Old Sexton” pozostaje zatem przede wszystkim wyrazem fascynacji jego twórcy krwawym horrorem i ciężką muzyką, która całkiem trafnie została dobrana na ilustrację muzyczną. Film fana dla największych fanów, którzy „kupią” wszystko co jest choć tylko częściowo zbroczone krwiopodobną substancją. Dla pozostałych miłośników ekranowej grozy film Lukáša Bulavy może być raczej sporym rozczarowaniem.

Screeny

HO, EYES OF THE OLD SEXTON, THE a.k.a. Oči starého Kostelníka HO, EYES OF THE OLD SEXTON, THE a.k.a. Oči starého Kostelníka HO, EYES OF THE OLD SEXTON, THE a.k.a. Oči starého Kostelníka HO, EYES OF THE OLD SEXTON, THE a.k.a. Oči starého Kostelníka HO, EYES OF THE OLD SEXTON, THE a.k.a. Oči starého Kostelníka

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ w Czechach też się kręci horrory
+ rozmach realizacyjny jak na produkcję amatorską
+ przyzwoicie zmontowany,
+ kilka nastrojowych momentów

Minusy:

- mimo ambicji reżysera to tylko mało udany horror amatorski
- nieudolne naśladownictwo profesjonalnej produkcji
- dziurawy scenariusz
- fatalna gra aktorska
- historia bez żadnego zaskoczenia
- mimo wysiłków zero grozy
- kiepskie, mało pomysłowe efekty gore

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -