Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:JUAN OF THE DEAD a.k.a Juan de los Muertos

JUAN OF THE DEAD a.k.a Juan de los Muertos

Juan of the Dead

ocena:6
Rok prod.:2011
Reżyser:Alejandro Buruguēs
Kraj prod.:Kuba / Hiszpania
Obsada:Alexis Diaz de Villegas, Andrea Duro, Jorge Molina, Luis Alberto Garcia, Jazz Vila, Eliecer Ramirez
Autor recenzji:gościnnie: Arleta Wojtczak
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Chwała temu, kto potrafiłby zliczyć, ile do tej pory powstało obrazów o nieumarłych. Przemysł filmowy zafundował widzom tak wiele wcieleń amatorów świeżej krwi, że nawet wytrawny kinoman jest w stanie się w tym wszystkim pogubić. Z kolei każdy laik i ignorant w temacie może powiedzieć całkiem sporo. Ba, wymienić kilka najważniejszych, bądź też rozpropagowanych przez popkulturę tytułów. Bo i rzeczywiście tego kwiatu już z pół światu. Począwszy od tak zwanego poważnego ujęcia tematu, poprzez seriale, na pastiszowych wariacjach skończywszy. Wydawać by więc się mogło, że powiedziano już wszystko i jeszcze ciut za dużo. Nic bardziej mylnego.

Alejadro Bruguēs udowodnił, że umiejętnie wtapiając się w konwencję można ją jeszcze w niezłym stylu przełamać. Wystarczy zamiast w anglojęzycznym lub konsumpcyjnie rozwiniętym miejscu umieścić akcję na zmęczonej dyktaturą i rozleniwionej upałami Kubie. Cywilizacyjnie zastygli gdzieś w połowie ubiegłego wieku mieszkańcy, oddają się czynnościom najlepiej im znanym czyli nicnierobieniu. Kilku jeszcze marzy o wyjeździe do innego, lepszego świata, jednak większość nie stawia oporu i spokojnie oddaje się gęstej od zapachu spoconych ciał codzienności. Paradoksalnie to sama śmierć wybudza ich z letargu. Pojawienie się nieumarłych wybija z sennej codzienności również głównego bohatera. Juan, to typowy, boleśnie stereotypowy syn swojego narodu ze wszelkimi należnymi mu przywarami. Życie spędza na łowieniu ryb i kobiet. Do czasu. Jak każdy rozrabiaka o gołębim sercu często pomaga zaprzyjaźnionym, schorowanym staruszkom. Tym razem jednak orientuje się, że jedno z nich, to nikt inny, jak najprawdziwszy spragniony krwi zombie. Ach ta państwowa służba zdrowia. Z czasem zarażonych przybywa coraz więcej i więcej. Remedium na pożerający wyspę problem niespodziewanych gości oraz nie ma co ukrywać pustki w portfelu, wydaje się być firma stworzona przez naszego latynoskiego kochanka.

Juan de los Muertos, co znaczy mniej więcej tyle: Wybijemy twoich bliskich. I w tym momencie zaczyna się pokaz tego, jak potrafią zabijać gorącokrwiści Latynosi. A robią w typowy dla siebie, niemal całkiem pozbawiony stresu i zadęcia sposób, za to wkładając całe swoje serca oraz wyobraźnię. I to chyba podejście wydaje się najwłaściwsze, bo skoro delikwent już nie żyje, to w sumie nikogo nie zabijają. Z uśmiechem na ustach i niemal pieśnią wydobywającą z gardeł ruszają na miasto, by uwalniać je od kolejnych nieumarłych. A że pracy sporo, to i gotówki z każdą chwilą przybywa. Juan po raz pierwszy w życiu ma uczucie nie tylko panowania nad własnym życiem, ale i szansę zbliżenia do córki, która jak dotąd miała go za nieudacznika. Zresztą, współpracownicy i przyjaciele głównego bohatera to prawdziwa śmietanka towarzyska osobliwości w postaci osobowości. Do tej pory pozostający jeśli nie poza, to na granicy marginesu społecznego, wreszcie dostają swoje pięć minut. Mamy więc młodego transwestytę oraz jego partnera, wielkoluda mdlejącego na widok krwi (choć z zasłoniętymi oczami, niczym biblijny Goliat sieje spustoszenie wśród nieumarłych), paru życiowych nieudaczników oraz Amerykanina znającego sposób na ostateczne rozwiązanie problemu zombie. W kontekście samego poczucia humoru reżyser wykazał się iście gombrowiczowsko-gilliamowskim wyczuciem. Nawet rodzące się uczucie ma w sobie coś z surrealizmu. Młodzi oddają się wspólnym banalnym wspomnieniom na tle panoramy zdziesiątkowanego miasta i wymieniają tęskne spojrzenia, jednocześnie siejąc spustoszenie wśród hordy żywych trupów. Jednak humor w tym obrazie, to coś znacznie więcej niż kilka zabawnych scen.

Twórcy zdecydowali się na zabieg, na jaki wielu nigdy by się nie odważyło. Bo film też bezwzględnie mierzy się z dyktaturą Castro oraz kubańską rewolucją. Warto zaznaczyć, że ani razu nie pada tu nazwisko El comendante. Nie jest to też amerykański, bezpośredni, niejednokrotnie słaby żart, a bardziej coś, co można było obejrzeć w Rejsie. Jeśli jest system, to musi być propaganda. Telewizja ogłasza więc wielki marsz w ramach sprzeciwu wobec opanowujących Kubę, przybyłych z zewnątrz imperialistycznych dysydentów. Niezapomnianym obrazem jest też przemarsz zombie na tle wielkogabarytowych podobizn Che Guevary. Wreszcie sam główny bohater regularnie wymienia wszystkie systemy, w jakich dotąd przyszło mu żyć, ostatecznie kontestując, że najazd zombie w porównaniu z nimi to właściwie drobnostka, więc nie ma się czym przejmować. W zetknięciu z dyktaturą zombie wydają się być całkiem sympatycznymi stworzeniami

. O tym, że Juan de los Muertos jest filmem w jakiś sposób aspirującym politycznie przypominają również pojawiające się nagle na ekranie napisy w stylu Havana Libre. Poza politycznymi, można też doszukiwać się nawiązań do filmów wszystkim doskonale znanych, a niekoniecznie połączonych z gatunkiem grozy. Są więc walki rodem z gangstersko-karateckich porachunków Jackiego Chana oraz kolegów. W jednej ze scen Juan leżący na dryfującej po oceanie tratwie bezwiednie przywołuje skojarzenia z AmericanBeauty (choć ten film akurat dla wielu jest na swój sposób filmem grozy). Dużo tu także niemal odręcznie rysowanej komiksowej kreski o superbohaterach. I wszystko utrzymane w konwencji całkiem nieźle nakręconego horroru. Nikt nie zarzuci obrazowi zbyt małej ilości krwi, bo ta leje się strumieniami. Wszelkie zbliżenia na nagle ożywionych udowadniają, że charakteryzatorzy odwalili kawał dobrej roboty. Jest także wszystko, co obejrzeć można w innych tego typu obrazach. Nagle pojawiają się obcy, grupa skazanych na siebie nieskażonych wypowiada im wojnę, przy czym część z nich ginie. Ostatecznie przeżywają ci, co ocaleć powinni i tak dalej. Na szczęście pojawia się kilka nowinek wzbogacających arsenał dotychczasowej broni – genialna scena z wiosłem. Wszystko to nie sprawia oczywiście, że Juan jest dziełem wybitnym. Tego synkretyzm gatunkowy oraz wzięta na warsztat tematyka nie są w stanie zapewnić. Mało, jeśli spojrzeć w samym tylko kontekście horroru, to film jest co najwyżej przeciętny, będący bardziej kulturową ciekawostką. Ratuje go szaleństwo reżysera, niekonwencjonalna sceneria oraz dawka dawno zapomnianego humoru. Cóż, Havana Libre.

Screeny

HO, JUAN OF THE DEAD a.k.a Juan de los Muertos HO, JUAN OF THE DEAD a.k.a Juan de los Muertos HO, JUAN OF THE DEAD a.k.a Juan de los Muertos HO, JUAN OF THE DEAD a.k.a Juan de los Muertos HO, JUAN OF THE DEAD a.k.a Juan de los Muertos HO, JUAN OF THE DEAD a.k.a Juan de los Muertos HO, JUAN OF THE DEAD a.k.a Juan de los Muertos HO, JUAN OF THE DEAD a.k.a Juan de los Muertos HO, JUAN OF THE DEAD a.k.a Juan de los Muertos

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ pomysł
+ egzotyka
+ dużo świeżej krwi
+ humor

Minusy:

- nie straszy
- oklepana konwencja
- skonfliktowane treść i forma

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -