Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:REVENGE OF THE CREATURE

REVENGE OF THE CREATURE

Zemsta potwora

ocena:6
Rok prod.:1955
Reżyser:Jack Arnold
Kraj prod.:USA
Obsada:John Bromfield, Dave Willock, Lori Nelson, Nestor Paiva, Clint Eastwood
Autor recenzji:gościnnie: Michał Korczowski
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Z jednej strony tytułowy bohater trylogii o potworze z Czarnej Laguny stanowi popkulturową ikonę, ale z drugiej strony zdaje się, że zawsze stał on w tylnym szeregu hord hollywoodzkich potworów
z pierwszej połowy XX wieku. Gill Man, bo tak popularnie zwie się ta osobliwa kreatura, chyba nigdy nie był tak rozpoznawalny, jak emblematyczny wizerunek potwora Frankensteina, Dracula lub wilkołak. Długo można by się zastanawiać nad tym, dlaczego miejsca na podium w potwornej galerii sław przypadły akurat tym monstrom. Dlaczego to właśnie Dracula, wilkołak, mumia
i Frankenstein doczekały się kolejnych filmowych wcieleń swoich ponurych przygód? Dlaczego podczas gdy jedni łapczywie spijają całą śmietankę i pławią się w blasku popkulturowego splendoru Gill Man samotnie bulgocze gdzieś na dnie swojego zapomnianego bajorka?

Nie da się ukryć, że dawne hollywoodzkie produkcje ze wspomnianymi bestiami w rolach głównych nie przetrwały próby czasu. Podobnie sprawy mają się z bohaterem cyklu o potworze z Czarnej Laguny. Dziś już filmowa opowieść o tajemniczym relikcie pradawnych epok, odkrytym w gęstwinie amazońskiej dżungli, trąci myszką. Film ten, w zamierzeniu twórców będący horrorem, obecnie horrorem jest już chyba głównie w sensie nominalnym. Oczywiście zasadnicze dystynkcje grozy i formalne elementy horroru są
w nim bardzo czytelne. Niemniej dziś już historia Gill Mana przedstawia wartość przede wszystkim historyczną, którą docenić mogą kulturoznawcy i historycy kina. Od lat 50 rzeczywistość społeczna uległa ogromnym przeobrażeniom, toteż nie powinno dziwić, że obraz ten, niegdyś obliczony na wywołanie przerażenia, dziś wydawać się może przede wszystkim naiwny i kiczowaty, a także do bólu patetyczny
i przerysowany.

Widać w nim wyraźnie większość cech charakterystycznych dla tego rodzaju produkcji powstających wówczas w Hollywood. Obecnie trudno zżymać się na sztuczność
i pretensjonalność aktorstwa, gdyż jego przerysowanie i egzaltacja rażą widza jeśli oceniać je przez pryzmat dzisiejszych standardów. Niemniej dla współczesnego odbiorcy już choćby ten aspekt filmu może stanowić twardy orzech do zgryzienia. Nie mówiąc już o elemencie zasadniczym, jakim jest tytułowa bestia. Jakkolwiek ponad 60 lat temu charakteryzacja Gill Mansa mogła robić na widzach wrażenie, to dziś już niestety kreacja ta może budzić głównie uśmieszek politowania i pobłażanie. Potworna kreatura obecnie nie wydaje się niczym więcej, niż aktorem zakutym w nierealistyczny gumowy kostium. Pokraczny
i groteskowy – za sprawą środków technicznych – Gill Man sam z siebie z trudem przeraża, a na domiar złego złowieszcza atmosfera budowana jest także za pomocą innych czynników. M.in. muzyki. Symfonicznej. Zaaranżowanej zgodnie z ówczesnym kanonem, toteż dziś ten nachalny i zbyt patetyczny akompaniament, w połączeniu z groteskowością postaci Gill Mana, tym bardziej czyni ten obraz mocno pretensjonalnym i egzaltowanym.

Pomijając już jednak techniczny aspekt Zemsty potwora, druga odsłona opowieści o tajemniczym człekopodobnym wodnym stworze w wielu miejscach wręcz łudząco przypomina inne hollywoodzkie klasyki. Wątek Gill Mana schwytanego i przewiezionego na Florydę, gdzie został on umieszczony jako atrakcja turystyczna w oceanarium, do złudzenia przypomina moment zwrotny w klasycznej historii
o innym tajemniczym stworzeniu. King Kongu. Podobnie jak wodne kuriozum, ogromna małpa również została wydarta ze swojego naturalnego środowiska, które dziwnym trafem ostało się nienaruszone podczas gdy świat dokoła ulegał nieustannym przemianom. Oba stworzenia są reliktami minionych epok i oba zostały zniewolone, poniżone i sprowadzone do roli maskotek występujących przed gawiedzią. Jakby podobieństw było mało zarówno monstrualna naczelna jak i łuskowaty relikt uciekają ze swoich więzień
i sieją strach i popłoch wśród swej dotychczasowej widowni. Wisienką na torcie podobieństw jest także specyficzny „wątek miłosny”. Gill Man, podobnie jak King Kong, który najwyraźniej pragnął partnerki, która mieściłaby się dłoni, przejawia osobliwy afekt wobec głównej postaci kobiecej. Jakkolwiek to nazwać - choćby erotyką międzygatunkową – motyw ten dziś już wydaje się arcynaiwny. Jednak w latach 50 pomysł prehistorycznego dziwadła pałającego miłością do ludzkiej niewiasty musiał mieć nieco inny wydźwięk. Niemniej dziś tego rodzaju wątek tragiczno-romantyczny budzić może głównie politowanie, a
w najlepszym wypadku może być materiałem do studium nad osobliwościami dawnej kinematografii.
Ta ziemnowodna wariacja a’la „Piękna i bestia” nie mogła przetrwać próby czasu.

Oczywiście przy pewnej dozie wyrozumiałości i tolerancji film ten daje się lubić i można odnaleźć w nim pewne walory. Nie da się ukryć, że sceny obliczone na wywołanie przerażenia dziś w większości wypadków powodują pobłażanie, a zastosowane w nich schematy współczesny widz oglądał już setki razy i zazwyczaj w bardziej przekonującej formie. Jednak pomimo tego, sama historia – jeśli dać jej szansę – może wzbudzić lekki dreszczyk grozy. Do czego przyczynia się chyba zresztą w głównej mierze właśnie przeraźliwa ścieżka dźwiękowa, bazująca przede wszystkim na instrumentach dętych. Niestety, ale elementy ewokujące grozę, zastosowane w tym filmie, są nazbyt teatralne, a przez to karykaturalne i wyolbrzymione. Miejscami można odnieść wrażenie, że nie zachowano zasady decorum i doprowadzono do przerostu formy nad treścią. Przez co zasadnicza treść daremnie próbuje dotrzymać kroku niewyważonej, „barokowej”, formie.

Ta opowieść o samotności i zniewoleniu osobliwej istoty zagubionej na ścieżkach ewolucji stanowi jawną krytykę ludzkiej arogancji i skłonności do przedmiotowego traktowania innych gatunków. Pomimo,
że wszystko dzieje się tutaj pod płaszczykiem nauki, ze szczerym dążeniem do pogłębienia wiedzy zdaje się mieć niewiele wspólnego. Zwłaszcza w momentach, gdy osamotniony Gill Man jest eksponowany jako atrakcja w oceanarium. W tym miejscu po raz kolejny daje o sobie znać geneza filmu. Nie można zapominać, że obraz ten obecnie stanowi ciekawy dokument epoki. W tym m.in. dość dziwny i dalekich od współczesnego kanonu teorii, wariacji na temat darwinizmu. Pomijając już jawne uproszczenia i naiwność głównego wątku opowieść o Gill Manie nosi także inne znamiona swoich czasów. Charakterystyczne jest bardzo stereotypowe przedstawienie ról płciowych. Postacie kobiece w zasadzie ograniczają swoją aktywność do „bycia ładnymi” oraz wydawania z siebie przeciągłego wrzasku w chwilach, gdy na ekranie pojawia się rozjuszona bestia. Podobnie panowie, zgodnie z archetypowymi wyobrażeniami, dzierżą palmę pierwszeństwa jeśli chodzi o bohaterstwo, waleczność i męstwo. Widać tu typowe klisze rodem
z tradycyjnych opowieści, w których dzielni rycerze ratowali zahukane białogłowy przed smokami lub innymi bestiami. Jednak tym razem to właśnie smok jest postacią najbardziej tragiczną. Nie dość,
że został pojmany i uwięziony, to jeszcze jest poddawany behawioralnemu warunkowaniu za pomocą prądu elektrycznego i targany uczuciem (miłością) do ludzkiej kobiety. Oto „smok” ambiwalentny, tragiczny
i zdecydowanie niejednoznaczny. Potwór, który stanowi alegorię za pomocą której do widza trafia przesłanie, które dziś można by nazwać „ekologicznym”. Aczkolwiek problemy poszanowania odmienności i krytyka myślenia w kategoriach uniwersalnych praw rozwoju i kulturocentryzmu, także da się odnaleźć w tym filmie.

I chociaż dziś już żadna z opowieści o dziwnym człekokształtnym wodnym stworze naprawdę nie straszy, to przy odrobinie dobrej woli na Zemstę potwora spojrzeć można nie tylko jako na zapis epoki, ale także jak na bardzo disneyowską przypowieść, której zasadniczy motyw nadal nie stracił aktualności.

Screeny

HO, REVENGE OF THE CREATURE HO, REVENGE OF THE CREATURE

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ jeśli dać mu szansę, może być na swój sposób interesujący
+ kawał historii horroru
+ pomijając pretensjonalne wątki, wymowa jest na swój sposób ponadczasowa

Minusy:

- bardzo naiwny
- dziecięco patetyczny
- wizerunek potwora raczej nikogo dziś już nie wystraszy
- powierzchowność bohaterów
- wykonanie; zarówno kostium potwora jak i muzyka i elementy ewokujące grozę, są bardzo nachalne i irytujące

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -