Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:LIVIDE a.k.a Livid

LIVIDE a.k.a Livid

Livide

ocena:9
Rok prod.:2011
Reżyser:Alexandre Bustillo, Julien Maury
Kraj prod.:Francja
Obsada:Chloē Coulloud, Bēatrice Dalle, Catherine Jacob, Marie Claude Pietragalla, Jērēmy Capone, Chloē Marcq, Fēlix Moati
Autor recenzji:gościnnie: Arleta Wojtczak
Ocena autora:9
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Niewielu jest reżyserów, którzy stawiając na konwencję grozy, jednocześnie nie zapominają o czymś takim jak estetyka, a artyzmu nie odsprzedają komediom romantycznym oraz operom mydlanym. Tych drobnych, wydawać by się mogło elementów, będących dla oczu chwilą taktycznej przerwy w pościgu za zalewającą ekran krwią oraz łykiem powietrza dla zmysłów. Bustillo wespół w zespół z Maury, zdaje się, postawili sobie za cel zostawienia widza wobec dysonansu: bać się czy podziwiać piękno atakujące z niemal każdej klatki. Z perspektywy odbiorcy zabieg tym bardziej okrutny, że z dylematem pozostaje on sam od początku do końca. Co gorsza, przełamujących wewnętrzny spokój odbiorcy elementów w obrazie znajdzie się jeszcze kilka.

Już sama decyzja o poważnym potraktowaniu tematyki wampiryzmu, w chwili gdy jedynymi święcącymi nie tyle może triumfy, co życzliwe zainteresowanie popkultury obrazami są pastisze oraz przeniesiona na ekran tak zwana literatura kuchenna, zakrawa na odwagę graniczącą z szaleństwem. Co gorsza, okazuje się, że można zrobić dobry film o krwiopijcach, nie narażając się na śmieszność oraz taktyczne zejście do klasy B lub jeszcze niżej. Wystarczy podejść do tematu z nieco innej strony, w tym przypadku kojarzonej dotąd raczej z ghost story, niż opowieściami o wampirach.

Jak większość tego typu historii, zaczyna się banalnie. Początkująca pielęgniarka, pod kuratelą bardziej doświadczonej, zaczyna swoje pierwsze praktyki w opiece nad starcami. Do pacjentów należy także dawna zawodowa tancerka, przed laty bardzo szanowana nauczycielka. Od swej mentorki dziewczyna dowiaduje się, że pogrążona w śpiączce kobieta ukryła gdzieś w swoim wielkim domu skarb. Nic tak nie pobudza wyobraźni, jak wizja zdobycia niewielkim wysiłkiem bogactwa. A że młodość ma swoje potrzeby finansowe, Lucie wraz z chłopakiem i przyjacielem postanawiają nieco odciążyć staruszkę z posiadanych dóbr. I jak to w tego typu historiach bywa, okazuje się, że ofiara nie do końca pogrążona jest w komie, a i lokatorów wielkiej rezydencji nieco więcej. I choć powyższe brzmi banalnie, realizacja bezlitośnie przełamuje wszelkie schematy. Bo jak wiele kurzu na książkach w bibliotece, tak złożone okazuje się być wyjaśnienie zagadki. Nie ma tu jednoznacznego rozgraniczenia między dobrem i złem, pięknem a brzydotą. Okrutne wydarzenia dokonują się wśród niemal dziewiczych przestrzeni. Delikatna tancerka brodzi we krwi ofiar, a bezwzględna matrona pogrąża się w rozpaczy i wyrzutach sumienia. Przez ponad godzinę na ekranie trwa zmysłowy taniec piękna ze śmiercią. Przy czym obu tym elementom należna jest jednakowa uwaga i tak też potraktowane zostały przez reżysera. Zasługa nie tylko scenariusza, bo nie ma przecież dobrego filmu bez aktorów. A to pole całkowicie niemal przywłaszczyła sobie Chloē Coulloud. Oprócz bezspornych umiejętności, aktorka posiada coś, czego brakuje większości jej hollywoodzkich koleżanek po fachu. To naturalna, bezpretensjonalna uroda, która sprawia, że niezależnie od płci, z przyjemnością się ją ogląda. Bustillo z Maury dodatkowo wyposażyli graną postać w dysfunkcję, jaką są różnokolorowe oczy. I jak zwraca uwagę starsza pielęgniarka, mówi się, że ludzie obdarzeni taką wadą posiadają dwie dusze, co wraz z rozwojem akcji okazuje się być przepowiednią. Lucie jako ta czująca więcej wyrusza w podróż nie tylko po wielkim domu, ale także jego historii, zgłębiając tajemnice nieszczęśliwego wampira. Tu każdy gest ma swoje uzasadnienie a słowo – poparcie w czynach. Przeszłość i teraźniejszość zlewają się w jeden wymiar czasowy, nie burząc właściwego fabule porządku. Pozorna lekkość w odbiorze budowana jest też przez całą masę drugoplanowych detali scenografii. To poruszający się w tle tiul sukienki i zakrwawiona łapka misia przytulanki. To wreszcie genialna, pozornie łagodna muzyka wypełniająca każdą wolną przestrzeń.

Bustillo stawia na kobiety i ta reguła w jego przypadku zdaje się sprawdzać. W odróżnieniu od kipiących testosteronem mężczyzn, ich siłą jest delikatność pod którą ukryć potrafią się emocje na tyle silne, że ostatecznie rozkładają na łopatki najbardziej krwawe sceny w dużo szybszych fabularnie obrazach. Za maską fizycznej bezsilności odnajduje potężną moc zniszczenia. Główną bronią pozostaje nieprzewidywalność oraz prowadzący do piekła dusz kreacjonizm. Reżyser zdaje się po raz kolejny odkrywać prawdę mówiącą, że najpiękniej straszyć potrafią właśnie kobiety, z ich nieukrywaną subtelnością oraz wewnętrznym poczuciem sprawiedliwości, jakże często innym od tego, jakie nakłada prawo oraz konwenanse.

Obraz wygrywa również tym, że to przede wszystkim współczesna, czarna baśń. I choć nie brakuje tu tak zwanych krwistych kawałków, najbardziej poruszają sceny z pogranicza snu i jawy. Oniryczna historia staje się rzeczywistością tylko na moment, by uwolnić dawno zapomniane wydarzenia i doprowadzić do ostatecznego wyzwolenia uśpionej prawdy. Jest to jednocześnie powód, dla którego zwolennicy bardziej bezpośredniego kina z pewnością się rozczarują, gdyż akcja nie popędzana przez nikogo biegnie swoim rytmem i choć jest się czego bać, przemoc gra tutaj drugorzędną, będącą bardziej dopełnieniem, a nie podmiotem opowieści, rolę.

Wielki ekran jest ostatecznym sprawdzianem umiejętności reżysera. Debiut często bywa zapowiedzią w jakim kierunku będzie ewoluować twórczość młodego reżysera i czy ostatecznie warto pójść do kina na następny film. Jednak dopiero po drugim z kolei obrazie można ostrożnie wyrokować czy udane pierwsze dzieło było wynikiem szczęśliwego splotu wydarzeń, czy autentycznym przejawem talentu. Alex Bustillo w pełni wykorzystał daną mu szansę, jaką było Najście. Po tym co zaprezentował w Livide, można zaryzykować stwierdzenie, że mamy do czynienia z rodzącym się talentem na miarę Arofonsky’ego czy Guilermo del Torro. Można by rzec: wreszcie.

Screeny

HO, LIVIDE a.k.a Livid HO, LIVIDE a.k.a Livid HO, LIVIDE a.k.a Livid HO, LIVIDE a.k.a Livid HO, LIVIDE a.k.a Livid HO, LIVIDE a.k.a Livid HO, LIVIDE a.k.a Livid HO, LIVIDE a.k.a Livid HO, LIVIDE a.k.a Livid

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ scenariusz
+ klimat
+ gra aktorska
+ podejście do tematu
+ zdjęcia
+ muzyka

Minusy:

- za mało, za krótko

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -