Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:MEM-O-RÉ

MEM-O-RÉ

Memory

ocena:8
Rok prod.:2006
Reżyser:Bennett Davlin
Kraj prod.:USA / Kanada
Obsada:Billy Zane, Dennis Hopper, Tricia Helfer
Autor recenzji:gościnnie: Mateusz Mnich
Ocena autora:8
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Małe produkcje nie docierają zazwyczaj do Polski w takim stopniu, w jakim powinny. "Memory" na duży ekran w Polsce się nie dostało, jednak naprzeciwko polskim fanom wyszło wydawnictwo Carisma, które w swej serii "Kino grozy" przewidziało zręczny thriller niekoniecznie znanego amerykańskiego twórcy, o którym jest jeszcze zdecydowanie za cicho. A szkoda, bo jak się okazuje, pozycje przemilczane mogą być doprawdy godne uwagi.

Film jest ekranizacją mało popularnej powieści Bennetta Davina (czyli reżysera i autora scenariusza) o tym samym tytule. Samą powieść można znaleźć w zagranicznych księgarniach internetowych, jednak z reguły nie jest dostępna w sprzedaży. Z oficjalnej strony filmu wynika z kolei, że książka "Memory" może zostać wysłana chętnym internautom na specjalne mailowe zamówienie. Szkoda, że nie jest łatwo tę pozycję zdobyć, gdyż fabuła nakreślona w filmie okazuje się co najmniej intrygująca - na papierze musi wyglądać zatem jeszcze lepiej.

Amerykański naukowiec, absolwent Harvardu, Taylor Briggs, pracuje na co dzień w instytucie zajmującym się badaniami z zakresu nauk medycznych. Od czasu do czasu jednak dostaje zlecenie przeprowadzenia zagranicznych seminariów na temat choroby Alzheimera. Nie bez powodu interesuje się tą przypadłością - na Alzheimera cierpi jego mieszkająca (a raczej wegetująca) w Bostonie matka, a on sam podejrzewa, iż i jego Alzheimer ostatecznie dopadnie. Ma jednak wyrzuty sumienia - od półtora roku jego prace nad chorobą nie posuwają się do przodu. Uważa to za pewnego rodzaju porażkę, szczególnie w kontekście czekającej na lekarstwo matki, dlatego za wszelką cenę pragnie jak najszybciej dokonać choćby miniaturowego odkrycia w tym zakresie. Podczas jednego ze służbowych wyjazdów do Brazylii zostaje wezwany do pobliskiego szpitala, aby zerknąć na ciekawy przypadek pacjenta napadniętego przez jedno z amazońskich plemion. Jako że nasz bohater jest specjalistą z zakresu neurologii - 10 lat wcześniej ukończył medycynę - zostaje zapoznany ze zdjęciami z rezonansu magnetycznego czaszki znalezionego mężczyzny. Zauważa, że wszystkie mózgowe ośrodki pamięci są zajęte przez nowotwory. Sam pacjent poddany został wcześniej pewnemu rytuałowi, zgodnie z którym podano mu tajemniczy proszek stosowany od tysiącleci wśród prymitywnych tubylczych plemion. Aby nadać początek właściwej akcji, scenariusz przewidział przedostanie się odrobiny feralnego proszku na skórę Taylora przez dziurawą rękawiczkę lekarską. I tu zaczyna kształtować się właściwy szkielet fabuły.

Od momentu zetknięcia substancji ze skórą Taylor zaczyna miewać dziwne wizje, w których goni zamaskowaną postać w czarnym płaszczu po terenach otaczających niezidentyfikowane jezioro. Powraca do brazylijskiego szpitala, porywa część rzeczy osobistych pacjenta i odkrywa z nich, iż człowiek ów, naukowiec-genetyk, prowadził amatorskie badania, prawdopodobnie do pracy naukowej na temat rytuału przeniesienia pamięci przodków na członków plemienia. Dodatkowo znajduje woreczek z odrobiną proszku, który przynosi swojemu przyjacielowi-chemikowi w celu kompleksowych badań. Wizje Taylora nasilają się, odkrywa on coraz to ciekawsze fakty na temat ich bohaterów, aż zaczyna łączyć dwa istotne fakty. Po pierwsze, jeśli przez kontakt z proszkiem faktycznie widzi oczyma któregoś ze swych przodków, wizje są projekcją wspomnień kogoś, kogo być może bardzo dobrze znał. Po drugie, pierwszoosobowy obserwator wizji jest w nich jednocześnie mordercą. Wniosek nasuwa się sam. Aby szkielet fabuły się umocnił, Taylor zaczyna węszyć wokół kronik z przeszłości. Sprawa nabiera dla niego osobistego wymiaru.

Z pozoru fabuła wygląda dość zabawnie. Nie byłby to pierwszy film o tajemniczej substancji z amazońskich lasów, która ma ultrainteresujący wpływ na ludzki organizm. Mieliśmy już przecież produkcje na temat środków eliminujących nowotwory, które można było uzyskać jedynie z rzadkich, tropikalnych roślin, kwitnących raz do roku, w trzeciej kwarcie księżyca w listopadzie, pod warunkiem tańczenia wokół nich w wieńcach z palmowych liści. To wyolbrzymienie nie mija się wiele z hollywoodzką rzeczywistością. Tutaj substancją jest mieszanina specyficznego piasku oraz dimetylotryptaminy (DMT), czyli silnego halucynogenu będącego produktem szyszynki, elementu budowy ludzkiego mózgu. Z medycznego punktu widzenia wizje autora są więc wytłumaczalne. Można prosto z mostu uznać, że to zwyczajne narkotyczne uniesienia. Producenci zadbali więc, by nadać filmowi jak największą medyczną wiarygodność, za co mały plus. Taylor dostrzega jednak wydarzenia, które miały wydarzyć się w 1971 roku, w okolicach daty jego urodzenia. I o ile na pierwszy rzut oka pomysł ten wydaje się nadęty i naciągnięty do granic możliwości, nie można popełnić większej pomyłki we wstępnym osądzie filmu. Dlaczego? Forma wykonania, zrealizowania fabuły jest perfekcyjna.

Przez większość filmu można odnieść wrażenie, iż ogląda się lekką obyczajówkę o delikatnie dramatycznych zabarwieniu, w którą ktoś wplótł umiejętnie wątek grozy. To ogromny atut, bo przez to uzyskano niewiarygodną płynność akcji, a co za tym idzie łatwość i wygodę w oglądaniu. Wyeliminowano więc typową dla stereotypowego horroru potrzebę zerkania na czas pozostały do końca filmu. Bohaterowie zostali zagrani wyśmienicie, w sposób na tyle nienarzucający się, aby móc się wygodnie rozsiąść i skupić na (nienajgorszych) dialogach i nowinkach naukowo-technologicznych wplątywanych w fabułę co kilka minut. W obsadę wkręcono genialnego Dennisa Hoppera, wybitnie sprawdzającego się w roli staruszka z częściową demencją, przybranego ojca Taylora. Przyzwoita realizacja zdjęciowa i naprawdę niezła gra aktorów, oparta głównie na racjonalnych, kontrastowych do slasherowych zachowaniach bohaterów, są wymogiem współpracy widza z efektem pracy producentów - tutaj doskonale spełnionym.

Na uwagę zasługuje też sensowny ciąg przyczynowo-skutkowy, ale to raczej zasługa reżysera-pisarza Bennetta Davlina, który stworzył genialnie domknięte koło akcji. Doprawdy, takiego dzieła nie powstydziliby się Thomas Harris, Harlan Coben, Cody McFadyen, Mark Billingham czy Patricia Cornwell, a więc pionierzy w dziedzinie thrillera psychologicznego. "Memory" nie można zatem mianować horrorem, lecz właśnie takim thrillerem. Horror wyklucza też praktyczny brak tzw. jump scenes, co również przyczyniło się do uzyskania wspomnianej płynności akcji. W połączeniu z balsamiczną, łagodną muzyką w tle "Memory" nie jest nawet przez chwilę przesadnie zagmatwane, a wszystkie wątki okazują się perfekcyjnie spojone. Aktorzy nie grają przeskokami, ale kumulują napięcie. Nie jest więc jak w większości współczesnych horrorów, że bohater potrafi z sekundy na sekundę zmienić się z śmiertelnie przerażonego w uśmiechniętego od ucha do ucha. Szkoda jednak, iż wiele odkryć opiera się na zwyczajnych zbiegach okoliczności. Może nawet wielcy pisarze bazują na przypadkowości w pewnych odkryciach, ale gdyby ten element wymieniono na w pełni fabularnie uzasadniony, mielibyśmy do czynienia z prawdziwym dziełem scenariuszowej sztuki.

Film zasługuje na solidną ósemkę mniej więcej do dwóch trzecich swej długości. Później nabiera pewnej stereotypowości. Część rozwiązań widzieliśmy już w "Teksańskiej masakrze..." (choć krwi w filmie w zasadzie nie ma wcale, więc nie o nią tutaj chodzi) czy "Opętaniu". Zamknięcie akcji w końcówce filmu jest jednak na tyle emocjonujące, że część tej winy można puścić w niepamięć. Niektóre sugestie narzucane widzowi w trakcie filmu sprawdzą się, inne zostaną wykluczone. Mimo to nietrudno jest się zdziwić, nawet będąc obeznanym w podobnej do "Memory" literaturze Billinghama czy McFadyena. A to rzadkosć w kinie XXI wieku. Dodatkowo niektóre wątki pozostały pozornie otwarte. Niby reżyser daje nam możliwość indywidualnego dopowiedzenia sobie niektórych rzeczy, ale de facto wszystko zostało (przynajmniej pośrednio) wyjaśnione. Film jest więc kompletny. Zupełny. Nie brakuje mu wiele do miana świetnego.

Bennett Davlin to chłopak z głową na karku, jak okazuje się po sprawdzeniu "Memory", czy też "Mem-o-ré", jak brzmi alternatywny tytuł tej ekranizacji. Nie dziwi więc, że film nie doczekał się premiery w polskich multipleksach, gdzie faworyzowane są przesycone jump scenami dreszczowce, których akcja zlepiona jest cuchnącym, tanim klejem - sztucznym napięciem. Przewagą "Memory" nad większością thrillerów jest to, iż nie wywołuje jedynie prymitywnego strachu i niczego poza tym, ale budzi poczucie doznania czegoś wyjątkowego; z jednej strony lekkiego w formie, z drugiej nieco bardziej wymagającego intelektualnie. Oczywiście nie trzeba być Hawkingiem, żeby połączyć niektóre fakty. Ale niewątpliwie należy wyrosnąć nieco ponad banalne kino bombardujące nas szokiem dla szoku. Nie polecam tej pozycji, jeśli planujecie wychyleni spod grubego koca spoglądać na skrajnie przerażające sceny podczas filmowego wieczorku z przyjaciółkami. Wówczas zamiast napięcia poczujecie jedynie fizyczne rozluźnienie. Dla ludzi szukających jednak lżejszej formy "Memory" to produkt idealny. Niesłusznie w Polsce przemilczany.

Screeny

HO, MEM-O-RÉ HO, MEM-O-RÉ HO, MEM-O-RÉ HO, MEM-O-RÉ HO, MEM-O-RÉ HO, MEM-O-RÉ

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ medyczna wiarygodność wielu wątków
+ soundtrack
+ płynność i sensowność akcji
+ racjonalne zachowania bohaterów

Minusy:

- nadmiar zbiegów okoliczności
- narastająca stereotypowość

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -