Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:ZOMBIE DIARIES, THE

ZOMBIE DIARIES, THE

Zombie Diaries, The

ocena:3
Rok prod.:2006
Reżyser:Michael Bartlett, Kevin Gates
Kraj prod.:Wielka Brytania
Obsada:Russell Jones, Craig Stovin, Jonnie Hurn, James Fisher, Anna Blades
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:3
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Czekając na zrobione za ogromne pieniądze filmy o zombie – mam tu na myśli kolejną serię „The Walking Dead” oraz „World War Z” Marca Forstera – widz spragniony widoku hord trupów zażerających się ludziną może sięgnąć po produkcje, na które ich twórcy nie wydali prawie nic. Okazuje się bowiem, iż by film był „zjadliwy”, jego budżet wcale nie musi przyprawiać o zawrót głowy. Przykładem taniej a zarazem intrygującej historii o zombie może być film „Pontypool” Bruce’a McDonalda. Kiedy jednak twórcy biorą się za kino nie mając ani pieniędzy, ani pomysłu na film, rodzą się takie potworki jak „The Zombie Diaries” Michaela Bartletta i Kevina Gates’a.

Czworo dziennikarzy pracujących dla jednej z brytyjskich stacji telewizyjnych wyjeżdża na prowincję, by zrobić reportaż o nieznanej chorobie, która do Anglii przywędrowała z Azji. Na miejscu okazuje się, iż materiału nie da się zrobić, bo wieś, do której przybyli, jest całkowicie wyludniona. I kiedy bohaterowie postanawiają wracać do Londynu, okazuje się, że ich samochód uległ poważnej awarii. Co gorsza, dziennikarze odkrywają, iż wszyscy mieszkańcy wsi zmienili się w bezwzględne i krwiożercze monstra.

Powyższe streszczenie dotyczy tylko jednego epizodu „The Zombie Diaries”. Całość bowiem składa się z kilku części, które łączy miejsce akcji – głęboka prowincja – oraz tematyka – konfrontacja resztek ludzkości z hordami zombie. Każdy z elementów fabularnej układanki to rejestracja morderczych zmagań dokonywana przez jednego z bohaterów filmu. Nie jest to jednak historia nakręcona z wykorzystaniem modnej ostatnio konwencji mockumentary. Twórcy, by uwiarygodnić przekaz, tylko stylizują fabułę na coś, co „wydarzyło się naprawdę”. Co uważniejszy widz, słysząc muzykę „podkręcającą” niektóre sceny albo przyglądając się sposobowi montowania kolejnych ujęć, od razu zorientuje się, iż „The Zombie Diaries” z mockumentary niewiele ma wspólnego.

„The Zombie Diaries” to jeden z najgorszych filmów o żywych trupach, jakie dane mi było zobaczyć. Nie ma w nim nic, co mogłoby zainteresować fana tego typu kina. Zombie movie nie ogląda dla wybitnych albo oryginalnych scenariuszy czy przejmującego przesłania. Liczy się akcja, kreacje monstrów i profesjonalnie zrobione efekty specjalnie. Pomysł z „filmowym dziennikiem” moim zdaniem nie wypalił zupełnie – zanim w wizualnym chaosie (całość kręcona jest kamerami „z ręki”) wyłapiemy „o co chodzi?”, epizod się kończy i zaczyna następny. Wszystkie pozbawione są pazura i drapieżności. O dramatyzmie i napięciu nie ma nawet mowy – każda z odsłon sprowadza się tak naprawdę do bardzo długich rozmów bohaterów. A jeśli już zombie przypuszczają na nich atak, to jatka rozgrywa się w nocy. Zamiast zastrzyku adrenaliny i porządnego gore dostajemy ciemny, roztrzęsiony obraz od czasu do czasu rozświetlony błyskiem latarki. Zombie tak naprawdę jest niewiele i nie wiadomo do końca, jaka jest ich rola w całej historii. Są, straszą bohaterów - choć nie nas, widzów, bo są bardzo nieruchawe i marnie wykonane – ale ci łatwo im uciekają, więc i rzadko kiedy dochodzi do krwawych starć.

Twórcy nie popisali się także w kwestii kreacji świata, w którym rozgrywa się akcja. Uczynienie tłem wydarzeń prowincji wcale nie było złym pomysłem. Wszak akcja dwóch ostatnich sezonów „The Walking Dead” rozgrywała się poza miejskimi aglomeracjami. Rzecz w tym, iż spółka Bartlett & Gates kompletnie nie mieli konceptu na to, jak ową przestrzeń umiejętnie „zaaranżować” na potrzeby horroru. Oni ją po prostu sfilmowali, a jedyna stylizacja, na jaką w tej materii Brytyjczycy się zdobyli, to mające nadać opowieści dramatyzmu nocne ujęcia ucieczek bohaterów przed atakującymi potworami.


W każdym ze swoich filmów o zombie mistrz Romero starał się zawrzeć jakąś prawdę o nas, ludziach. Tak naprawdę bowiem jego horrory nie tyle traktowały o jakiś nadprzyrodzonych monstrach, co o człowieku i o tym, do czego ten zdolny jest wobec swojego pobratymca. Bartlett & Gates także pokusili się o takie przesłanie. Najpierw o nieudolność w walce z rozprzestrzeniającą się epidemią oskarżają polityków, dla których wewnętrzne rozgrywki stają się ważniejsze niż ratowanie ludzi. Później, kiedy za sprawą epidemii upadają rządy i państwa, przestają istnieć jakiekolwiek systemy kontroli, a człowiek w każdej sytuacji radzić musi sobie sam, zaraz okazuje się, iż przetrwanie oznacza walkę nie tylko z hordami zombie, ale też z innym ocalałymi. Szybko wychodzi na jaw, iż istota ludzka to tylko zwierzę trzymane na łańcuchu norm społecznych, religii czy moralności. Kiedy łańcuch zostanie zerwany, nie wiadomo kto zasługuje bardziej na miano bestii - człowiek czy zombie.

Seans „The Zombie Diaries” to strata czasu, chyba że ktoś jest fanatykiem kina z żywymi trupami i „łyka” każdy film z zombie. Taki w filmie Bartletta i Gates może i coś znajdzie dla siebie, innym radzę nie tykać nawet kijem.

Screeny

HO, ZOMBIE DIARIES, THE HO, ZOMBIE DIARIES, THE HO, ZOMBIE DIARIES, THE HO, ZOMBIE DIARIES, THE HO, ZOMBIE DIARIES, THE

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ intrygujący początek
+ konstrukcja filmu – zbiór kilku epizodów

Minusy:

- nuda
- więcej dialogów niż akcji
- brak grozy
- nijakie zombie
- nie ma mowy o emocjach
- konfrontacja ludzi z potworami pozbawiona dynamizmu
- od strony wizualnej - nieporozumienie

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -