Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:DEAD MINE

DEAD MINE

Kopalnia śmierci

ocena:5
Rok prod.:2012
Reżyser:Steven Sheil
Kraj prod.:Indonezja
Obsada:Sam Hazeldine, Joe Taslim, Miki Mizuno, Les Loveday, Ario Bayu
Autor recenzji:Krzysztof Gonerski
Ocena autora:5
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Osławiona japońska Jednostka 371, określana – nie bez powodu – mianem „Oświęcimia Dalekiego Wschodu”, istniała naprawdę. Założono ją w 1932 r. na terenie okupowanych Chin, w miejscowości Pingfang, koło Habrinu. Pod przykrywką jednostki wdrażającej program uzdatnia wody, w bazie przeprowadzano okrutne eksperymenty na jeńcach wojennych (głównie Chińczykach) i ludności cywilnej, w tym na kobietach, dzieciach i osobach starszych. Eksperymentowano przede wszystkim z zarazkami rożnych śmiertelnych chorób zakaźnych (dżumy, cholery, tyfusa, gruźlicy), mając nadzieję na wynalezienie skutecznej broni biologicznej, która odwróci losy przegranej wojny. Szacuje się, że w Jednostce 371 zginęło od 3 do 20 tys. osób i to często w niewyobrażalnych męczarniach. W miarę wierny sposób to, co przytrafiło się więźniom osławionego obozu, ukazywał cieszący się złą sławą obraz Tun Fei Mou, „Man Behind The Sun” (1988). Kino zresztą jeszcze kilkukrotnie nawiązywał bezpośrednio lub pośrednio do przerażających wydarzeń, które miały miejsce w Jednostce 371 (m.in. rosyjski „The Philosophy of Knife” czy też odcinki serialu „Z Archiwum X”- trzeci sezon, odc. 9 i 10). Nawiązanie do działalności „Oświęcimia Dalekiego Wschodu” pojawia się także w indonezyjskim horrorze, „Dead Mine”.

Stanley, były komandos z Afganistanu, przyłącza się do oddziału najemników sponsorowanych przez bogatego Amerykanina, Warrena Price`a. Price ma zamiar dotrzeć do legendarnego skarbu generała Yamashity, który rzekomo pozbierał złoto z całej Azji Wschodniej i ukrył w jednym z japońskich bunkrów rozlokowanych gdzieś w indonezyjskiej dżungli. Wkrótce Stanley, Price, oddział najemników oraz japońska archeolog, Rie docierają do bunkru. Na miejscu okazuje się, że wybudowany na terenie dawnej kopalni bunkier jest czymś więcej: to miejscowa filia osławionej Jednostki 371. Ponieważ Stanley oraz pozostali bohaterowie nie mogą zawrócić (zasypane wejście) zaczynają eksplorować podziemne wnętrza. Wkrótce staje się dla nich jasne, że nie ukryty skarb, a wydostanie się żywym z przeklętego bunkra, stanie się dla nich priorytetem. Wygląda bowiem na to, że gdzieś w mroku wciąż czają się ofiary straszliwych eksperymentów medycznych Japończyków.

„Dead Mine” Stevena Sheila to obraz przecierający produkcyjne szlaki. Jest on bowiem pierwszym filmowym przedsięwzięciem, w którego produkcję zaangażował się azjatycki oddział HBO, HBO Asia Orgins. Zainwestowany w film amerykański kapitał tłumaczy, dlaczego w indonezyjskim obrazie bohaterowie mówią po angielsku a jedną z głównych ról zagrał pochodzący z Anglii, Sam Hazeldine. Jak zatem wypadł debiut słynnej stacji telewizyjnej na Dalekim Wschodzie?

Średnio. Nie mamy co prawda zbyt wielu powodów, by czepiać się strony technicznej: tonące w półmroku zdjęcia podziemnego kompleksu wojskowego, klaustrofobiczne korytarze i pomieszczenia oraz umiejętne kreowanie ruchami kamery, oświetleniem, sposobem kadrowania atmosfery osaczenia, narastającego zagrożenia przez niewidzialne zło – to wszystko elementy strony formalnej, które wypadają bardzo przyzwoicie. Niestety, jak to zwykle bywa w kinie wybitnie rozrywkowym, ogólną wartość omawianego obrazu obniża kiepski scenariusz. Od strony fabularnej bowiem „Dead Mine” to nic innego jak gorsze wersje znanych europejskich horrorów: „Zejścia” (2005) i „Eksperymentu SS”(2008). Z tego pierwszego filmu Sheil zapożycza grupę bohaterów, eksplorujących ukryte podziemne miejsce, z którego wskutek zawalenia się skał u jego wejścia, nie mogą się wydostać. W brytyjskim horrorze tym miejscem jest co prawda jaskinia w Appalachach, ale w „Dead Mine” wiele scen rozgrywa się poza głównymi korytarzami jednostki w tunelach, przypominających jaskinie. Sheil sięgnął także po inny motyw fabularny ze „Zejścia”: bohaterki tego w filmu stały się celem ataku człekokształtnych istot i podobne istoty – zmutowani wskutek eksperymentów medycznych więźniowie Japończyków atakują ekipa Stanleya i Price`e „Od siebie” reżyser dodaje, bardziej groteskowych niż strasznych, żołnierzy elitarnej Gwardii Imperialnej, na których to członkach również prowadzono eksperymenty.w podziemiach bunkra. Ten wątek z kolei przywodzi naturalne (i słuszne) skojarzenie z brytyjskim horrorem, „Eksperyment SS” („Outpost”). W filmie tym bowiem oddział najemników sowicie opłacony dostaje się do poniemieckiego bunkra porzuconego gdzieś w głębokim lesie, by dość szybko przekonać, że jest on tajnym laboratorium Nazistów. Eksperymentowano w nim nad stworzeniem idealnego żołnierza; superbroni, która zapewniłaby Niemcom zwycięstwo nad Aliantami. W „Dead Mine” superżołnierze w postaci Gwardii Imperialnej, jak najbardziej, także się pojawiają.

Na brak oryginalności filmu Sheila bynajmniej się nie zżyma. Horror to gatunek pasożytniczy. W swych początkach żywił się literaturą, a z czasem zaczął pożerać sam siebie, wykorzystując konewncje, motywy i schematy wykształcone przez gatunek na przestrzeni całej jego historii. Często ten autokanibalizm jest dosłowny: otwarcie podbiera się fragmenty fabuł z innych, słynniejszych i bardziej docenionych filmów. Wtórność w horrorze jest zatem czymś naturalnym. Rzecz jednak w tym, że „Dead Mine” poza skopiowanymi wątkami i motywami fabulranymi ze „Zejścia” i „Eksperymentu SS”, nie ma ponadto zbyt wiele do zaoferowania. Bohaterowie są tak papierowi, że jest nam zupełnie obojętny ich los, którego zresztą nie trudno się domyślić. Dialogi brzmią tak drętwo, że można współczuć tylko aktorom, że musieli je wypowiadać. A dodajmy, że w obsadzie możemy oglądać popularną w Japonii, Miki Mizuno, aktorkę znaną m.in. z roli demonicznej matki w „Slith-Mouthed Woman” i dociekliwej policjantki z „Guilty of Romance”. Niestety jej rola jest tak słaba, że możemy się tylko zastanawiać, co skłoniło Mizuno do jej zagrania.

Najbardziej jednak kuriozalnym zabiegiem reżysera jest finał opowieści. Sheil po porstu ucina fabułę nożycami montażysty, nie przejmując się kilkoma wątkami, które nie znajdują rozwinięcia, a których rozwinięcie wydawało się logiczne i jak najbardziej oczekiwane. Może znudził się swoją hsitorią? Niestety z czasem nuda też zakrada się do „Dead Mine”: dziać zaczyna się „coś” dopiero w połowie filmu a przeciągniete sceny, ukazujące bohaterów snujących się po korytarzach podziemnego laboratorium w pewnym momencie zaczynają nużyć. Co gorsza przeciętnie jest też z filmową grozą: charakteryzacja mutantów jest mało efektowna a „superżołnierze”w samurajskiej zbroi prezentują się cokolwiek dziwnie, ale na pewno niestrasznie. Bardzo też pretekstowo wypadają nawiązania do Jednostki 371: nie sposób nie zauważyć, że chodziło jedynie o uzasadnienie obecności mutantów, atakujących bohaterów.

Umieszczone na plakacie film Sheila hasło reklamowe: „Niektóre rzeczy lepiej zostawić pogrzebane” w kontekście poziomu artystycznego filmu kuszą do ironicznej parafrazy: „Niektóre filmy lepiej zostawić nieobejrzane”. Może z „Dead Mine” nie jest tak źle, w końcu robota czysto filmowa jest bez zarzutu, niemniej mimo obiecującego, choć nieoryginalnego pomysłu – ze słabego scenariusza, bez interesującyh postaci i tak istotnych dla fanów grozy mocniejszych akcentów - dobrego horroru nie da się po prostu nakręcić.

Screeny

HO, DEAD MINE HO, DEAD MINE HO, DEAD MINE HO, DEAD MINE HO, DEAD MINE HO, DEAD MINE

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ pierwszy azjatycki horror współfinansowany przez azjatycki oddział HBO
+ solidna strona warsztatowa
+ umiejętne kreowanie atmosfery osaczenia
+ sceneria

Minusy:

- to tylko gorsza kopia „Zejścia” i „Eksperymentu SS”
- papierowe postaci
- dłużyzny
- niezbyt wiele prawdziwie interesujących momentów grozy

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -