Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:OCCULT a.k.a. Okaruto

OCCULT a.k.a. Okaruto

Occult

ocena:6
Rok prod.:2009
Reżyser:Kôji Shiraishi
Kraj prod.:Japonia
Obsada:Kōji Shiraishi, Shinobu Kuribayashi, Peko Watananbe, Akira Takatsuki, Kiyoshi Kurosawa
Autor recenzji:Krzysztof Gonerski
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Kōji Shiraishi zakochał się w mockumentary – na to wygląda. Twórca „Noroi: The Curse” i „Grotesque” ma w swoim dorobku reżyserskim dwanaście pełnometrażowych horrorów, z których aż połowa to obrazy grozy zrealizowane w konwencji „paradokumetntalnej”, opowiadającej o zdarzeniach, które rzekomo miały miejsce w rzeczywistości. Uczucie Shiriashiego wydaje się zrozumiałe: formuła udawanego dokumentu jest bodaj najtańszą metodą realizacji filmu. Do nakręcenia mockumentary wystarczy lekka, reporterska kamera, skromna kilkuosobowa ekipa, niezawodowi aktorzy oraz naturalne wnętrza. Przywiązanie Shiraishiego do rzeczonej konwencji wynikać może również z faktu, że pierwszy jego horror nakręcony wedle jej zasad, „Noroi: The Curse” zdobył przychylność fanów grozy na całym świecie. Obiecujący początek zachęcił reżysera do drążenia formuły w kolejnych filmach, w tym w omawianym „Occult” z 2009 r.. Ze skutkiem jednak nie w pełni zadowalającym.

W jednym z nadmorskich kurortów, na wiszącym moście, rozciągającym się w malownicznej górskiej miejscowości, dochodzi do tragicznego zdarzenia. Szaleniec morduje dwie przypadkowe kobiety oraz rani mężczynę imieniem Eno. Ekipa filmowa pod wodzą reżysera, Kōjiego Shiraishiego (tak, tak tego właśnie Shiriaishiego) trzy lata po incydencie na moście postanawia dokładniej przyjrzeć się tej sprawie. Szaleniec, tuż po podwójnym morderstwie, skoczył z pobliskiej skały do morza a jego ciała nigdy nie odnaleziono. Podobno przeniósł się do innego wymiaru... Bliskie osoby ofiar twierdzą, że nawiedzają ich duchy zmarłych, które próbują im coś przekazać. Jedyny ocalały, bezrobotny Eno został naznaczony przez mordercę cięciami noża, układającymi się w zagadkowy wzór i to właśnie na ocalałego mężczyznę filmowcy kierują kamerę. Eno zwierza się im, że po zdarzeniu na moście, zaczyna doświadczać różnych nadnaturalnych fenomenów. Wkrótce też Eno zaczyna mówić, że został „wybrany” i że otrzymał misję od boga... Filmowcy podejrzewają, że mężczyzna przygotowuje się do powtórzenia, ale na większą skalę, zbrodni popełnionej przez jego porzednika. Mimo to nadal go filmują.

„Noroi: The Curse” Kōjiemu Shiraishiemu udało się – jak twierdzi wielu miłośników azjatyckiej grozy. Moim zdaniem aż tak dobrze nie jest, ale nie mogę zaprzeczyć, że brakuje w tym filmie atmosfery niesamowitości, czy też kilku niezłych i jednej rzeczywiście przerażającej sceny grozy. Skomplikowaną historię, której rozwój trudno przewidzieć, też należy zapisać po stronie zalet „Noroi”. Największą słabością wspomnianego horroru była formuła... mockumentary. Jej istota opiera się bowiem na – skądinad słusznym założeniu - że najbardziej przerażajace jest to, co jest najbardziej realne. W dążeniu do maksymalnego realizmu siega się zatem po styl filmowania przypominający reportaż; anagażuje się amatorów lub pół amatorów; za scenerie wykorzystuje się nie sztuczne dekoracje, lecz naturalne, faktycznie istniejące wnętrza; rezygnuje się także z efektów specjalnych, charakteryzacji, z estetycznego dopieszczenia kadrów i przemyślanego montażu. Wszystko w imię ekranowej prawdy. Sęk w tym, że codzienna rzeczywistość, którą twórcy „paradokumetalnych horrorów” starają się odtworzyć na ekranie, składa się z całej masy czynności i zdarzeń z dramaturgicznego punktu indyferentynych lub zwyczajnie nieciekawych. W przełożeniu na konwencję mockumentary oznacza to, że przez większość czasu jego trwania bohaterowie gadają, błąkają się po jakichś runiach, filmują popękane ściany i zarwane podłogi. Gdy zaś zaczyna się w końcu cos dziać interesującego kamera dostaje delirium i niewiele widać. Wszystko po to, aby przekonać widza, że oglada „historię z życia wziętą”, tylko tyle, że z wątkiem niesamowitym. Tylko który z dorosłych widzów w czasach ogólnoświatowej mody i popularności takich obrazów jak „[rec]” czy „Paranormal Activity” uwierzy, że ogląda historię autentyczną? Zresztą natury filmowego medium nawet w formule „udawanego dokumentu” nie da się przezwyciężyć, czego najbardziej irytującym przykładem jest kamerzysta, który nawet w sytuacjach zagrożenia życia, nie przestaje filmować.

Wszystkie poczynione powyżej uwagi odnoszą się do recenzowanego „Occult”. Z pewnymi zastrzeżeniami. Shiraishi, w przeciwieństwie do standardowych mockumentary, nie filmuje ani nawiedzonych lasów czy ruin nawiedzonych domów, ale z kamerą porusza się po zatłoczonych ulicach Tokio i ciasnych małych mieszkankach Japończyków. Jego historia nie koncentruje się ani na klątwie („Noroi”) czy miejskiej legendzie („The Blair Witch Project”), ani też nie jest opowieścią o domownikach nękanych przez nadnaturalną siłę („Paranormal Activity'), czy też reporterską relacją z kamienicy opanowanej przez kwriożercze zombie („[rec]”). Film twórcy „Grotesque” to właściwie opowiesć kryminalna z wątkami nadprzyrodzonymi: ekipa filmowa decyduje się w wyniku własnego śledztwa rozwikłać zagadkę pewnego zbiorowego mordu. Ale to też nie do końca prawda. Wraz z rozwojem filmu akcja z historii kryminalnej skręca w kierunku historii terrorystycznej: o przygotowywanym przez szaleńca zamachu terrorstycznym, w którym niedwuznaczną rolę odgrywa sam Shiraishi, chętnie paradujący przed kamerą w roli samego siebie (a jednak przecież nie siebie). To wymykanie się fabularnym schematom, jest oczywiście zaletą i gdyby nie konwencja mockumentary, wymuszająca pokazywanie scen, w których kompletnie nic się nie dzieje, to byłaby to zaleta wielce znacząca.

Wydaje się, że istoniejsze jest co innego w „Occult”: nie sam fabularna anegdota, w gruncie rzeczy, pretekstowa, ale sposób jej przedstawienia. Shiraishi wyraźnie bowiem bawi się autotematyczną formułą mockumentary („film w filmie”), czyniąc z własnej osoby (i z jego przyjaciół i znajomych) bohaterów fikcyjnej historii, udającej prawdziwą. Dla mnie miłą niespodzianka była rola filmie Kiyoshiego Kurosawy, który zagrał …. Kiyoshiego Kurosawę, słynnego reżysera horrorów i... speca od tajemniczych znaków. Realizm i fikcja są w „Occult” nieustannie ze sobą mieszane, tworząc metafilmowy charakter obrazu. Zabawne to czasem, czasem inteligetne, ale w istocie pozbawione głębszego sensu. Shiraishi dekonstruje mockumentary, ale niewiadomo po co to robi. Z tej zabawy w zmyślone i prawdziwe niewiele wynika, poza samą, czczą zabawą. Być może reżyser „The Slith-Mouthed Woman” chciał dowieść pustki filmowego medium, które nawet wiernie udając rzeczywistośc niczego nie jest w stanie przekzać. Chciałabym wierzyć, że właśnie o tym jest Occult” a nie o tym, że po drugiej stronie rzeczywistości, do której tak spieszno bohaterowi filmu, Eno, nie czeka na nas nic więcej, jak tylko piekło. Nie żebym miał coś przeciwko piekłu, ale myśl ta jest tak banalna a piekło Shiraishiego tak kiczowate, że wolałbym pozostać z nadzieją na coś bardziej wyrafinowanego.

Słów kilka o grozie, wszak wymaga tego tematyka portalu, na którym ta recenzja zostanie opublikowana. Jest nieźle, zwłaszcza na początku, gdy Shiraisihi wrzuca widza w sama środek drmatycznych i krawych wydarzeń. Potem jest tak jak w myśl słynnej zasady Hitchcocka: po trzęsieniu ziemi napiecie rośnie. Okazuje się bowiem, że z podwójnym morderstwem wiąże się wiele zagadkowych i niepokojących zdarzeń. Jedna z ofiar opowiada koszmarny sen o zamordowanej córce, która nie bez powodu przypomina Kuchisake-onna, bohaterkę jednego z hororów Shiraishiego. Narzeczony drugiej ofiary pokazuje zdjęcia, na których pojawia się jego ukochana. Jeden z rozmówców, gdy opowiada o sprawcy zbrodni, zaczyna z niewiadomych przyczyny krawić z nosa i wymiotować. Na plecach jedynego ocalałego widoczne są blizny – pamiątka po ataku nożem zabójcy – tworzące tajemniczy wzór. Mnożą się dziwności, niepokojące zachowania i wydarzenia. Groza rośnie, jak na drożdząch, ale konwencja mockumentary daje o sobie znać i napiecie, atmosferę i grozę ostatecznie szlag trafia. Wprawdzie jest w filmie jeszcze później kilka dzwnych momentów, lecz z czasem zaczynają trafiać się też groteskowe (fruwajace w powietrzu plamy, których sztuczność niweczy, jakąkolwiek grozę). Gwodździem do jej trumny jest zakończenie: groteskowe i kiczowate pełną gębą.

Ale i tak „Occult” jest obrazem, i ciekawszym, i znośniejszym w odbiorze niż o rok późniejsze „Shirome”, opowiadające o girls bandzie i pewnej nawiedzonej szkole. Jednakże pod względem potencjału grozy „Noroi: The Curse” sprawia lepsze wrażenie, toteż ostatecznie, z pewnym wahaniem, oceniam „Occult” na „sześć czaszek”.

Screeny

HO, OCCULT a.k.a. Okaruto HO, OCCULT a.k.a. Okaruto HO, OCCULT a.k.a. Okaruto HO, OCCULT a.k.a. Okaruto

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ kolejne mockumentary od Kōjiego Shiraishiego
+ udane unikanie niektorych typowych elementów konwenji „paradokumentalnego horroru”
+ w miarę intrygująca fabuła
+ zabawa filmowym automatyzmem
+ Kōji Shiraishi jako Kōji Shiraishi
+ Kiyoshi Kurosawa jako Kiyoshi Kurosawa
+ gdzieś w tle opowieść o tym skąd się biorą terroryści

Minusy:

- wszystkie wady mockumentary z dłużyznami, gadajacymi głowami, roztrzęsionym obrazem itp. itd
- zabawa metafilmowym charakterem filmu dla samej zabawy
- po niezłym początku groza staje się coraz bardziej groteskowa i kiczowata

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -