Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:NO ONE LIVES

NO ONE LIVES

No One Lives

ocena:7
Rok prod.:2012
Reżyser:Ryuhei Kitamura
Kraj prod.:USA
Obsada:Luke Evans, Laura Ramsey, Lindsey Shaw, America Olivo, Lee Tergesen, Adelaide Clemens, Derek Magyar
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:7
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Miłośnikom horroru i trochę innego - dalekiego od mainstreamu – kina fantastycznego nazwisko filmowca rodem z Japonii, Ryûhei Kitamury, nie powinno być obce. W 2002 roku spod jego ręki wyszedł film „Azumi” – adaptacja quasi historycznej mangi autorstwa Yuu Koyama. Dwa lata później na ekranach kin pojawił się film „Godzilla: Ostatnia wojna” (dwudziesty ósmy z serii), który fanom najsłynniejszego filmowego monstrum sprawił wiele frajdy. W 2008 roku swoją premierę miał najbardziej znany obraz Kitamury - „The Midnight Meat Train” – będący całkiem udaną adaptacją opowiadania Clive’a Barkera. Japończyk ma dryg do nieskomplikowanych, acz niezwykle dynamicznych i bardzo brutalnych horrorów. Potwierdzeniem „znajomości tematu” oraz rzemieślniczej sprawności jest najnowsze filmowe „straszydło” Kitamury – „No One Lives”.

Tym razem Japończyk postanowił się zmierzyć się z konwencją przez fachowców zwaną slasherem. I co istotne, z konfrontacji tej wyszedł zdecydowanie jako zwycięzca. A wbrew pozorom nakręcić film o psychopacie mordującym kolejno członków jakiejś grupy nie jest tak łatwo. Przecież po raz tysięczny nie przeciwstawi się gronu pijanych i naćpanych małolatów zamaskowanego olbrzyma uzbrojonego w maczetę wielkości halabardy. W zdezelowanej do cna konwencji tak trzeba poprzestawiać fabularne akcenty, by odbiorca miał wrażenie, iż obcuje z czymś, czego jeszcze nie było. I w moim przekonaniu Kitamurze zabieg ten się udał.

Film zaczyna się jak klasyczny slasher. Przez las, boso, w kusej bieliźnie biegnie pokrwawiona dziewczyna. Najwyraźniej przed kimś ucieka. Szybko okazuje się, iż rzeczywiście ktoś na nią poluje. I kiedy wydaje się, że dziewczynie uda się umknąć prześladowcy, ofiara wpada w pułapkę, których w lesie zapewne jest mnóstwo. Zaraz po tym poznajemy dwoje ludzi - przeżywającą kryzys parę - dla których przeprowadzka ma być nowym początkiem ich związku. W trakcie podróży bohaterowie zaatakowani zostają przez kilkuosobowy gang, który trudni się ograbianiem domostw bardzo bogatych ludzi. Przestępcy porywają bohaterów i zabierają cały ich dobytek. Zaraz jednak dane jest im dowiedzieć się, w jaką kabałę wpędzili się porywając dwoje nieznajomych ludzi – ona bowiem wcale nie jest szukającą miłości dziewczyną, on nie ma nic wspólnego ze znudzonym związkiem mężczyzną, a ich bagaże nie są bambetlami przewożonymi z jednego mieszkania do drugiego.

W pierwszej połowie filmu co i rusz raczeni jesteśmy niezwykłymi zwrotami akcji. Umowny podział z początku filmu na katów i ofiary, czyli złych i dobrych, szybko przestaje funkcjonować, kiedy napadnięty przedzierzga się w żądne krwi indywiduum, a dotychczasowi „panowie życia i śmierci” - zaprawione w bojach zakapiory – coraz bardziej spanikowani będą ginąć jeden po drugim. Druga część filmu już nie obfituje w scenariuszowe wolty. Tu mamy już to, co każdy fan horroru lubi najbardziej – dynamiczną akcję, przekonujący „background” oraz rzeź, w dużej dawce i fachowo wykonaną.

Nie znaczy to, że pierwsze kilkanaście minut ciągnie się niczym flaki z olejem. Już od pierwszych scen film ma swój rytm, a wydarzenia jedno po drugim mkną w naprawdę niezłym tempie. Całość rozgrywa się gdzieś na prowincji – w przydrożnym barze, w lasach, w położonej z dala od szosy melinie gangsterów, wreszcie w pustym wiecznie motelu zarządzanym przez wścibskiego kolesia. Ważne jest także to, iż akcja całego filmu dzieje w czasie jednej nocy. Zabieg ów sprawia, iż bohaterowie działać muszą szybko, nie zawsze rozważnie, a to tylko intensyfikuje emocje towarzyszące seansowi.

No właśnie, bohaterowie. Specyfika odbioru slasherow polega na tym, iż kibicuje się nie tyle ofiarom (ci zresztą bardzo często robią nie tyle pełnokrwistych bohaterów, co za skrwawioną padlinę), a czarnemu charakterowi skwapliwie i z ochotą czyniącemu swoją powinność. U Kitamury nieźle jest zarówno z tymi, którzy umrzeć muszą, jak i z prowadzącym swoją „misję” psychopatą. Właściwie za pomocą kilku scen udało się Japończykowi nadać swoim bohaterom wiarygodnych rysów. Pewnie, że przez przerysowanie (co najmniej trzy męskie postacie zostały „przeszarżowane”), ale też i dzięki dystansowi, z jakim twórcy musieli podejść do swoich postaci. „Zły pan” to prawdziwy „man of steel” – nic nie jest go w stanie ruszyć, doskonale zna się na broni, potrafi przewidzieć każdy krok swojego przeciwnika. Jest bezwzględny, pozbawiony emocji i niezwykle okrutny. Ma się za boga i decydowanie o czyimś życiu lub śmierci stanowi dla niego jedyną motywację. Ale co ważne, tym razem nie szlachtuje zajętych browarami i macankami nastolatków, a twardzieli, co z niejednego przestępczego pieca chleb jedli. Mamy więc tu do czynienia nie tyle ze schematem „rzezi niewiniątek”, co z filmowym obrazkiem ilustrującym powiedzenie „trafiła kosa na kamień”.

Dla wielu miłośników filmowej makabry z pieczołowitością wykonane efekty specjalne stanowią clou każdego horroru. Im w filmie więcej pomysłowego i wycyzelowanego gore, tym większą cieszy się on estymą. „No One Lives” powinien usatysfakcjonować i tych, którzy horror łączą przede wszystkim z napięciem i dużymi emocjami, i widzów, dla których o jego wartości stanowi zawarta w nim dawka okrucieństwa. Trudno przyczepić się do jakiegokolwiek efektu zastosowanego w filmie Kitamury – wszystkie wyglądają nader profesjonalnie i doskonale wpasowują się w mroczny i kipiący sadyzmem klimat filmu.

Kitamura wpadł na pomysł, by trochę inaczej opowiedzieć historię o psychopacie wykańczającym jeden po drugim swych adwersarzy. Nie ma mowy tu o innowacyjności czy odświeżeniu konwencji. Jeśli już, to można powiedzieć o jej „przewietrzeniu”. Celem Japończyka było przede wszystkim opowiedzenie brutalnej, dynamicznej i opartej na zwrotach akcji historii. I to udało mu się w stopniu co najmniej zadowalającym. Umiejętne wykorzystanie konwencji slahera tylko dodaje temu filmowi wartości. Podsumowując, „No One Lives” to kawał porządnej rozrywki.

Screeny

HO, NO ONE LIVES HO, NO ONE LIVES HO, NO ONE LIVES HO, NO ONE LIVES HO, NO ONE LIVES HO, NO ONE LIVES HO, NO ONE LIVES HO, NO ONE LIVES HO, NO ONE LIVES

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ dynamicznie i z biglem podana opowieść
+ trochę inny slasher
+ sporo brutalności
+ ciekawi bohaterowie
+ tempo akcji
+ reżyseria
+ zwroty akcji
+ od początku do końca ogląda się z zainteresowaniem

Minusy:

- nie dla tych, którzy w horrorach szukają nowinek, oryginalności i świeżego spojrzenia na gatunek

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -