Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:JOHN DIES AT THE END

JOHN DIES AT THE END

John ginie na końcu

ocena:7
Rok prod.:2012
Reżyser:Don Coscarelli
Kraj prod.:USA
Obsada:Chase Williamson, Rob Mayes, Paul Giamatti, Clancy Brown, Glynn Turman
Autor recenzji:Adach
Ocena autora:7
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

„Załóżmy, że nie poniosły cię emocje.
Powiedzmy, że masz siekierę.
I w pewien mroźny dzień użyłeś jej do dekapitacji.
Bez obaw, koleś już nie żył.
A może jednak?
Bo to ty go zastrzeliłeś.
Był wielkim, napakowanym gościem, ze swastyką na języku.
Odrąbujesz mu głowę, bo pomimo postrzałów zapewne facet zaraz ożyje, wprawiając cię w przerażenie.”


Czy powyższy cytat sensowne działanie bohatera z filmu, w którym horda faszystowskich zombiaków podbija oddalony od cywilizacji teren albo nawet cały świat? Nic bardziej mylnego to początek recenzowanego komedio – horroru, ale, uwaga, to nie kolejny horror z żywymi trupami w roli głównej. To raczej surrealistyczna zupka, której składnikami jest mięso pochodzące z różnych potworów, doprawione pieprzem i przede wszystkim sosem sojowym.

W małej chińskiej knajpce Dave udziela wywiadu dziennikarzowi, który jest zainteresowany działalnością swojego rozmówcy i jego przyjaciela, tytułowego Johna. Docieka, czym młodzi mężczyźni się zajmują. Podejrzewa ich między innymi o łapanie duchów, egzorcyzmy. Dave opowiada dziennikarzowi historię o tym, jak razem z tytułowym bohaterem poszukują informacji na temat tajemniczego specyfiku – sosu sojowego, który po zażyciu powoduje niesamowite i przerażające halucynacje, wyostrza zmysły, a nawet doprowadza ludzi do śmierci. Pech chce, że John i Dave również są pod działaniem narkotyku.

„John umiera na końcu” to adaptacja powieści o tym samym tytule napisanej przez Jasona Pargina, ukrywającego się pod pseudonimem David Wong. Pierwotnie opublikowana w częściach w internecie w 2001 roku, sześć lat później do księgarni trafiła papierowa wersja, a od 2013 roku można przeczytać ją także w naszym języku. Na ekran przeniósł ją Don Coscarelli („Mordercze kuleczki”, „Bubba Ho-Tep”), chyba jeden z nielicznych reżyserów, który mógł sobie z poradzić z taką książką. David Wong to również główny bohater powieści i filmu.

Recenzowany film skonstruowano w nietypowy sposób, być może istnieje początek, ale rozwinięcia i zakończenia, jako takiego brak. Fabuła wymyka się spod wszelkich klasyfikacji. Narracja prowadzona jest z punktu widzenia Davida. Właściwie wspomniany wcześniej wywiad to jedyny czytelny składnik obrazu Coscarellego. To nie zaskakuje, bo przecież główni bohaterowie także ulegają wpływowi narkotyku. Opowieść Davida zatem wprost z tego wynika – to chaos narkotycznych wizji. Mężczyzna opisuje dziennikarzowi przygody, których doświadcza razem ze swoim kumplem Johnem. Ich świat narzucony poniekąd przez sos sojowy jest pełen najdziwaczniejszych stworów. Zombiaki? Zapomnijcie. Co powiecie na wąsy przemieszczające się od jednej postaci do drugiej? A może niezbyt rozgarnięty potwór złożony z różnych gatunków zamrożonego mięsa, który wypełzł z zamrażalnika. Przygody głównych bohaterów są dla nich przerażające, a dla widza bezustannie zaskakują.

Próba usystematyzowania tego, co możemy doświadczyć na ekranie, jest właściwie bezcelowa, bo fabuła często pozwala nam na bardzo luźne i dowolne interpretacje. Poszczególne sceny równie dobrze mogłyby się pojawić w innym momencie. Druga część filmu jednak już tak nie zaskakuje, a nawet nieco rozczarowuje. A może moje oczekiwania po początku były zbyt wygórowane.

Dialogi to jeden z wielkich atutów obrazu. W większości niewiele wnoszą do fabuły. Budują jednak odpowiedni nastrój. Po prostu bawią, zadziwiają, a czasem może nawet zniesmaczają. Niekiedy są na swój pokrętny sposób istotne dla rozwoju wypadków. Bardzo często są doprawione dawką czarnego humoru i absurdu.

Coscarelli nie wysilał się zbytnio, aby zapanować nad fabułą, dzięki temu więcej czasu poświęcił bohaterom. Nie poznajemy ich jednak zbyt dokładnie, no może poza Davidem. Pozostali, nawet tytułowy John, są nakreśleni przez narkotyczne wizje, którym często nie można zaufać. Owszem wiemy, jak poznali się główni bohaterowie. Tylko czy to istotne? W główne role wcielili się Chase Williamson (Dave) i Rob Mayes (John), którzy zagrali brawurowo i przekonywająco. Świetnie zbudowane są ich wzajemne relacje. Panowie na planie doskonale się uzupełniają. Mimo to nieco ustępują bardziej znanym kolegom Paulowi Giamattiemu („Części intymne”, „Truman Show”, „Szeregowiec Ryan”, „Iluzjonista) w roli dziennikarza Arniego oraz Clancy Brownowi („Skazani na Shawshank”, „Nieśmiertelny”) jako dr Albert Marconi. Ich kreacje to rzemiosło najwyżej próby. Dopełniają głównych bohaterów i zapadają w pamięć. Dziennikarz to postać podstawowa (choć na drugim planie), ale nieco poboczny dr Marconi nie jest aż tak bardzo istotny. Jednak po seansie nie mogę sobie wyobrazić filmu bez tej postaci. Na planie nie zabrakło również Angusa Scrimma, jednego z ulubionych aktorów reżysera, niezapomnianego Tall Mana z „Morderczych kuleczek”.

Świetna obsada aktorska to jeszcze nie wszystko. Na szczególną uwagę zasługuje charakteryzacja i oldschoolowe efekty specjalne. Wystarczy przywołać choćby wspomnianego wcześniej stwora mięsnego, czy zombie. Całości dopełnia świetna muzyka, za którą odpowiadał popularny ostatnio Brian Tyler („Iron Man 3”, „Thor: Mroczny świat”, seria „Szybcy i wściekli”, seria „Niezniszczalni”, „Oszukać przeznaczenie 4”). Na uwagę nie zasługują za to efekty stworzone przy pomocy komputera. Po prostu rażą sztucznością, która nie komponuje się zbyt dobrze z całością.

„John ginie na końcu” to obraz zaskakujący humorem i różnymi szalonymi pomysłami i szybkim tempem akcji. Nie ma miejsca na nudę i dłużyzny. To chaos, ale jeżeli uspokoimy na chwilę myśli, to odnajdziemy w tym szaleństwie metodę, a poszczególne elementy puzzli zaczną układać się w pewną całość. Choć jak sądzę, po ich złożeniu widzowie niekoniecznie otrzymają ten sam obrazek. Dave Wong to biały facet. Skąd zatem jego nazwisko? Film tę kwestię wyjaśnia, a może nie. Tytułowy John podobno ginie na końcu. Czy to prawda? Czy to spojler? A może twórcy zażartowali sobie z widza. Główni bohaterowie mają swoją misję, swoją miał także Don Coscarelli, wypełnił ją dobrze. Należy jednak przyznać, że konwencja „Johna...”, rodzaj humoru i konstrukcja fabularna wielu widzom nie przypadnie do gustu. Ten film pokochasz lub znienawidzisz — wybór należy do Ciebie. Pamiętaj, że ostrzegałem.

Screeny

HO, JOHN DIES AT THE END HO, JOHN DIES AT THE END HO, JOHN DIES AT THE END HO, JOHN DIES AT THE END HO, JOHN DIES AT THE END HO, JOHN DIES AT THE END HO, JOHN DIES AT THE END HO, JOHN DIES AT THE END HO, JOHN DIES AT THE END HO, JOHN DIES AT THE END HO, JOHN DIES AT THE END HO, JOHN DIES AT THE END HO, JOHN DIES AT THE END

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ pomysłowość
+ zabawny
+ dialogi
+ scenariusz
+ muzyka

Minusy:

- film nie dla każdego
- druga połowa
- CGI

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -