Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:LUBIĘ NIETOPERZE

LUBIĘ NIETOPERZE

Lubię nietoperze

ocena:3
Rok prod.:1985
Reżyser:Grzegorz Warchoł
Kraj prod.:Polska
Obsada:Katarzyna Walter, Marek Barbasiewicz, Małgorzata Lorentowicz, Jonasz Kofta, Edwin Petrykat, Jan Prochyra, Andrzej Grabarczyk
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:3
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Problem podejścia polskich filmowców do kina gatunkowego najlepiej widać na przykładzie horroru. Od zakończenia drugiej wojny światowej rodzima kinematografia pochwalić się może zaledwie kilkoma filmami grozy, które, najoględniej rzecz ujmując, dają się oglądać. Zbyt artystowskie podjecie do sztuki filmowej naszych reżyserów i krytyków spowodowało, iż kino gatunków, może poza komedią, uważano (i chyba dalej się uważa) za artystyczny produkt pośledniejszego sortu. Z drugiej strony trudno dziwić się podobnym sądom, kiedy filmowa popkultura reprezentowana jest przez „dzieła” pokroju „Lubię nietoperze”.

Wyreżyserowany przez Grzegorza Warchoła (polski aktor znany przede wszystkim z ról drugoplanowych, w tym reportera TV z „Alternatyw 4”, oraz jako autor „Dylematu 5”, niechlubnej kontynuacji słynnego serialu Stanisława Barei) film swoją premierę miał w 1986 roku. Opowiada historię Izy, młodej i niezwykle atrakcyjnej kobiety, która wraz z ciotką prowadzi sklep z dziwacznymi bibelotami. Pięknością interesują się liczni adoratorzy, jednak ku zgryzocie ciotki bohaterka odrzuca ich umizgi i propozycje. Żaden z nich nie podejrzewa, iż brak zainteresowania płcią przeciwną wynika z tego, iż Iza jest wampirzycą. By zaspokoić swój głód poluje na mężczyzn. Pewnego dnia jej sklep odwiedza tajemniczy gość. Wydając niemałą sumę, kupuje serwis herbaciany wykonany przez bohaterkę. Zaintrygowana kobieta postanawia odnaleźć nieznajomego. Szybko okazuje się, iż jest nim Rudolf Jung, światowej sławy psychiatra. Wampirzyca decyduje się przekonać naukowca, by wyleczył ją z upiornych skłonności. Jak nietrudno się domyśleć, między Izą a doktorem rodzi się niejednoznaczne i pełne komplikacji uczucie.

Swojego czasu o filmie Grzegorza Warchoła, do którego scenariusz reżyser napisał wraz z Krystyną Koftą, pisano jako o ciekawym eksperymencie polegającym na urozmaiceniu polskiego kina popularnego tematyką wampiryczną. Stworzeniu jakoby niepokojącego i mrocznego obrazu pomóc miało wykreowanie niezwykłej postaci, jaka w kinematografii znad Wisły jeszcze nie gościła – demonicznej wampirzycy spijającej krew z męskich tętnic. Ton sarkazmu w powyższych zdaniach użyty został jak najbardziej świadomie, to bowiem, co wyszło spod ręki Warchoła i jego współpracowników nijak ma się do nowoczesnego kina, które atrakcyjnym przekazem oraz oddziałującym na wyobraźnię klimatem zabawić miało żądnych godziwej rozrywki widzów.

Na pierwszy rzut oka obraz „Lubię nietoperze” ma w sobie wszystko to, co powinno zwierać filmowe straszydło – motyw wampirzycy upozowanej na rasową famme fatale, twardo stąpającego po ziemi naukowca, który długo będzie przekonywał się do istnienia zjawisk nadprzyrodzonych, wreszcie szpital psychiatryczny, gdzie lubująca się w krwi bohaterka wcale nie będzie wyróżniającą się i najoryginalniejszą z person tam zamieszkujących. Co prawda większość scen rozgrywa się za dnia, ale Warchoł nie rezygnuje z typowo horrorowego anturażu – wprowadzania atmosfery dziwaczności, pokazywania odludnych miejsc skąpanych w mroku, wreszcie niezwykłych indywiduów wyłaniających się z oparów mgły. Jest oczywiście i wampirzyca, ta jednak wrażenia nie robi. Funkcjonuje głównie za dnia, pije krew tak, ale tak abyśmy tego nie widzieli, a jeżeli już wyrusza na polowanie, przywdziewa szatki prostytutki, której żaden mężczyzna oprzeć się nie może.

Dlaczego film Warchoła trudno nazwać inaczej jak niezjadliwy? Przede wszystkim dlatego, iż reżyser nie ma pojęcia o tym, jak opowiadać obrazem. To, że ekipa nakręci ileś tam ujęć i scen, a później na stole montażowym połączy się je w miarę logiczną całość wcale nie znaczy, iż efektem końcowym będzie przykuwający uwagę film. Oglądanie produkcji Warchoła do droga przez mękę – opowieść jest przeraźliwie nudna i strasznie wydumana. Nie ma w niej za grosz napięcia, niektóre sekwencje – np. ta z na wpół obłąkanym naukowcem kolekcjonującym na plaży wszelakiej maści odmieńców - pasują do całości jak pięść do nosa. Wątki zapożyczone z anglosaskiego kina grozy zamiast wzbudzać emocje zostały ledwo zasygnalizowane. Na dodatek, nie wiedzieć czemu, Warchoł postanowił uczynić świat przedstawiony filmu zawieszonym zarówno w czasie jak i przestrzeni. Niby akcja dzieje się współcześnie, świadczą o tym chociażby gadżety, którymi posługują się bohaterowie, filmowa przestrzeń jednak ewidentnie stylizowana jest na retro – wystarczy spojrzeć na pojazdy, wnętrza budynków oraz sposób ubierania się bohaterów. Podobnie rzecz się ma z miejscem akcji. W obrazie Warchoła nie pada ani jedna nazwa własna. Kilka scen oraz niektóre wypowiedzi postaci sugerują, iż wydarzenia rozgrywają się w... Zachodniej Europie (dziwaczny szpital dla dziwolągów znajduje się nad oceanem).

Osią fabularną filmu Warchoła jest nieodwzajemniona miłość głównej bohaterki, wampirzycy przypomnę, do cieszącego się uznaniem psychiatry. Początkowo lekarz traktuje kobietę jako kolejny przypadek, którym będzie musiał się zająć. Nie widzi w Izie ani pięknej, atrakcyjnej kobiety, ani pacjenta, którego schorzenie wymaga szczególnego zainteresowania. Z czasem jednak mężczyzna przekonuje się do wampirzycy, całkowicie ulega jej urokowi. Rzecz w tym, iż u Warchoła te miłosne perypetie nie mają w sobie ani temperatury, ani pikanterii. Reżyser nie łamie żadnego tabu, pokazuje związek naukowca z wampirzycą tak, jak robią to dzisiaj seriale – bez emocji, niedomówień, za to z ogromną ilością niepotrzebnych słów. Beznamiętna miłostka bohaterów emanuje na resztę wątków, z których utkana została fabuła. Film Warchoła pozbawiony został jakiegoś wyrazistego punktu kulminacyjnego, a co za tym idzie efektu suspensu, na fundamencie którego można budować napięcie.

Czy „Lubię nietoperze” to film od początku do końca źle skrojony? Tak, choć kilka drobiazgów zasługuje na zainteresowanie. Jednym z nich jest nieduża rola Jonasza Kofty. Legendarny autor piosenek zagrał bogatego narkomana leczącego się w ośrodku profesora Rudolfa Junga. Podobieństwo do Klausa Kinskiego oraz charakterystyczna ekspresja sprawiają, iż z całej trupy aktorskiej to właśnie jego kreacja zapada w pamięć. Zaletą filmu są także zdjęcia zamku w Mosznej, nazywanego „polskim Disneylandem” lub „bajkowym zamkiem”. Fantastyczna budowla z dziewięćdziesięcioma dziewięcioma wieżami i wieżyczkami robi wrażenie, zwłaszcza jeśli nie wie się, iż takie cudo znajduje się w Polsce. Zabawna jest także scena rozgrywająca się w klubie nocnym – tam nasza bohatera najczęściej rozpoczyna polowanie na swe ofiary. Widać, że „dzieło” kręcone było w połowie lat 80. ubiegłego wieku. PRL-owski kicz króluje zarówno w wystroju lokalu – duża reklama Malboro ma uczynić go „zachodnim” – jak w wyglądzie pracujących w nim pań.

Seans filmu Warchoła to strata czasu, chyba że ktoś jest kinomanem-patriotą i każdy polski film uznaje za unikatowe dzieło sztuki albo wielkim admiratorem horroru wampirycznego i wystarczy mu jedno długozębne monstrum, by obraz uznać godnym zainteresowania.

Screeny

HO, LUBIĘ NIETOPERZE HO, LUBIĘ NIETOPERZE HO, LUBIĘ NIETOPERZE HO, LUBIĘ NIETOPERZE HO, LUBIĘ NIETOPERZE

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ kilka klimatycznych scenek
+ rola Jonasza Kofty
+ zamek w Mosznej

Minusy:

- nuda
- momentami film jest bez sensu
- opowieść pozbawiona jest dramaturgii i napięcia
- grozy w tym tyle, co kot napłakał
- manieryczne aktorstwo
- dziwaczne koncepty fabularne
- nieudana próba uczynienia kina grozy nie wiadomo jak ambitnym filmem

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -