Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:VAN DIEMEN'S LAND

VAN DIEMEN'S LAND

Ziemia van Diemena

ocena:7
Rok prod.:2009
Reżyser:Jonathan Auf Der Heide
Kraj prod.:Australia
Obsada:Oscar Redding, Arthur Angel, Paul Ashcroft, Mark Leonard Winter, Torquil Neilson, Greg Stone, John Francis Howard
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:7
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Ziemią van Diemena do 1856 roku nazywano Tasmanię, wyspę, która na początku XIX wieku służyła Brytyjczykom jako kolonia karna. Pierwszym Europejczykiem, który postawił stopę na tej części dzisiejszej Australii był Abel Tasman. W 1642 roku nazwał ją Anthoonij van Diemenslandt na cześć Antoniego van Diemen, gubernatora generalnego Holenderskich Indii Wschodnich. Tasmania słynie przede wszystkim z diabła tasmańskiego, największego drapieżnego torbacza. Ale i fan makabry w historii tego lądu znajdzie coś dla siebie – mam tu na myśli postać Alexandra Pearce’a, który by przeżyć na niegościnnej Ziemi van Diemena wielokrotnie dopuszczał aktów kanibalizmu.

Trudno się zatem dziwić, iż losy irlandzkiego przestępcy stały się pożywką dla popkultury – na podstawie wydarzeń, w których Pearce uczestniczył powstały dwa filmy. W 2008 roku swoją premierę miał film „The Last Confession of Alexander Pearce”, wstrząsająca opowieść o tym, do czego może doprowadzić istotę ludzką głód. Rok później w kinach pojawił się obraz „Van Diemen's Land” autorstwa Jonathana Auf Der Heide’a. Mimo że oba dzieła opowiadają tę samą historię, każde robi to inaczej – u Rowlanda Pearce próbuje udowodnić swojemu spowiednikowi, iż człowieczeństwo jest tylko politurą skrywającą zdolne do wszystkiego zwierzę, zaś „Van Diemen's Land” to film o paradoksie związanym z wolnością, która dla jednych oznacza zbawienie, dla innych zaś jest przekleństwem doprowadzającym do samozagłady (w 2008 roku premierę miał horror w reżyserii Jody Dwyera, „Dying Breed”, będący fikcyjną opowieścią o potomkach Alexandra Pearce’a).

Widz otwarty na filmowe eksperymenty i wszelaką awangardę sięgając po kino gatunkowe oczekuje jednak opowieści „oczywistej”, tzn. takiej, której powtarzające się elementy dostrzegł w dziesiątkach innych filmów. Sięgając po produkcję wojenną, dramat obyczajowy, horror czy komedię chce przeżyć to, czego doświadczył podczas seansu podobnych im historii. Dlatego dla niejednego odbiorcy projekcja „Van Diemen's Land” wywołać może nie lada zakłopotanie – czy filmowi Jonathana Auf Der Heide’a można przypiąć jakąkolwiek gatunkową łatkę? Po części jest to na pewno dramat historyczny, bo dość wiernie trzyma się faktów, nie brakuje w nim horroru, choćby dlatego, że reżyser nie szczędzi nam brutalnych scen, w których zabija się i zjada człowieka, ale jest też w „Van Diemen's Land” sporo zadumy nad tym, do czego zdolna jest istota ludzka znajdująca się w sytuacji ekstremalnej. Wreszcie obraz Auf Der Heide’a ma również coś w sobie z eseju filozoficznego, w którym reżyser opowiadając losy irlandzkiego rzezimieszka zastanawia się nad genezą zła.

„Van Diemen's Land” to historia ośmiu brytyjskich więźniów, którzy nie godząc się na tortury i dręczenie postanawiają w maju 1822 roku uciec spod batoga angielskich żołnierzy w głąb Tasmanii. Początkowo cieszą się odzyskaną wolnością. Są przekonani, iż lada dzień trafią do osady, której mieszkańcy pomogą im w dalszej ucieczce. Z czasem okazuje się, iż Ziemia van Diemena jest niezamieszkana. Uciekinierom szybko kończy się jedzenie. Straszliwy głód powoduje, iż w grupie dochodzi do coraz gwałtowniejszych kłótni. Podczas jednej z nich ktoś rzuca pomysł, aby zabić któregoś z więźniów i zjeść jego ciało.

Tym co najlepiej udało się australijskiemu reżyserowi, to pokazanie sytuacji, w której wolność dotąd kojarzona z błogosławieństwem i wartością, o którą zawsze warto walczyć, w konkretnej sytuacji okazuje się być prawdziwym piekłem. Ośmiu mężczyzn dotąd zniewolonych przez system penitencjarny oraz sadyzm więziennych decydentów najpierw raduje się faktem odzyskania swobody. Mogą wreszcie decydować o swoim losie, nikt nie mówi im, co w danej chwili mają robić. Ale euforia ma to do siebie, że jej żywot jest krótki. Nieprzygotowani do długiej wędrówki bohaterowie by przeżyć, każdego dnia muszą toczyć walkę z przeciwnościami losu. Najsroższy pojedynek muszą stoczyć z głodem, który w pewnym momencie paraliżuje wszystkie ich działania. Lasy Tasmanii – piękne, lecz dla człowieka skrajnie nieprzyjazne – zamiast przestrzenią wolności stają się więzieniem o wiele gorszym, niż te, jakie uciekinierom zgotowali brytyjscy żołnierze.

Ale to nie przyroda okazuje się najgroźniejszym wrogiem mężczyzn. Największym zagrożeniem są oni sami. Grupa bowiem bardzo szybko dzieli się na dwa obozy – część uważa, iż jedynym sposobem na to, by przetrwać, jest współpraca. Dla innych znowu ocalenie całej grupy nie ma znaczenia – przeżyć mają najsilniejsi oczywiście kosztem najsłabszych. Kiedy wreszcie władzę przejmuje druga frakcja, tylko pierwsze morderstwo przychodzi bohaterom z trudem – wszyscy bowiem wydają się być zszokowani tym, do czego doprowadziło pragnienie bycia wolnym. Z kolejnymi bohaterowie nie mają już problemu – moralność całkowicie zastąpiona zostaje przez instynkt przetrwania, wraz z nią zanikają także wyrzuty sumienia. Pojawia się za to paranoja. Uciekinierzy przestają sobie ufać, patrzą na siebie jak na najgorszych nieprzyjaciół, by się bronić zawierają wewnątrzgrupowe sojusze, wreszcie, by nie dać się zaskoczyć przestają sypiać.

Ważną rolę w filmie Auf Der Heide’a pełni natura. Początkowo to ona - dzika, dziewicza, nieskażona cywilizacją - staje się dla bohaterów synonimem wolności. Gęste lasy dają schronienie, rzeki pomagają zmylić ewentualny pościg, mężczyźni liczą także na to, że będą mogli polować, a tym samym zapewnić sobie wyżywienie. Nic z tych rzeczy, przyroda na Tasmanii – piękna i monumentalna – w niczym nie pomaga uciekinierom. Niczym niezauważalny obserwator biernie i „na zimno” przygląda się temu, jak ludzie zabijają się i zjadają. Tak skonstruowany świat przedstawiony – ośmiu mężczyzn bezradnych „niegościnności” Tasmanii – mógł mieć decydujący wpływ na formę filmu. „Van Diemen's Land” to kino wręcz minimalistyczne, pozbawione efektownych sekwencji, fabularnych zabaw z planami czasowymi czy rytmu nadawanego przez dynamiczny montaż. Opowieść jest bardzo prosta, chwilami wydaje się wręcz surowa. Historię budują przede wszystkim długie ujęcia, które ilustrują zagubienie bohaterów – zarówno to dosłowne, pośród ogromu niezamieszkałej przez ludzi przestrzeni, jak i alegoryczne, o wyzbywaniu się człowieczeństwa na rzecz zachowań typowo zwierzęcych.

Gdzieś w połowie seansu, pełen wątpliwości względem tego co dotychczas zobaczyłem, zacząłem zadawać sobie pytanie, jaka idea tak naprawdę przyświecała twórcom „Van Diemen's Land”? Z jednej strony reżyser postarał się, aby widz, przynajmniej ten, który lubi myśleć podczas oglądania filmu, nie nudził się. Z drugiej jednak zabrakło w produkcji Jonathana Auf Der Heide’a narracyjnego kręgosłupa, któremu podporządkowane byłby inne, ważne, choć drugorzędne wątki. Mimo to z „Van Diemen's Land” zapoznać się jak najbardziej warto, choćby po to, by zobaczyć, w co przedzierzgnąć może się człowiek w obliczu nieznanego mu dotąd zagrożenia.

Screeny

HO, VAN DIEMEN'S LAND HO, VAN DIEMEN'S LAND HO, VAN DIEMEN'S LAND HO, VAN DIEMEN'S LAND HO, VAN DIEMEN'S LAND HO, VAN DIEMEN'S LAND HO, VAN DIEMEN'S LAND HO, VAN DIEMEN'S LAND HO, VAN DIEMEN'S LAND HO, VAN DIEMEN'S LAND

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ mimo nieśpiesznego tempa narracji przykuwa uwagę
+ wiarygodność
+ bardzo dobre zdjęcia
+ świetnie dobrane plenery
+ dobra gra aktorska
+ minimalizm i surowość
+ skłania do zadumy

Minusy:

- nie emocjonuje tak jak powinien

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -