Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:WOLF CREEK 2

WOLF CREEK 2

Wolf Creek 2

ocena:7
Rok prod.:2013
Reżyser:Greg McLean
Kraj prod.:Australia
Obsada:John Jarratt, Ryan Corr, Phillipe Klaus, Shannon Ashlyn
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:7
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Po ośmiu latach przerwy Mick Taylor, bohater wymyślony przez australijskiego reżysera Grega McLeana, postanowił wrócić na ekrany kin. A jak wiadomo, bohaterowie slasherów są jak wino – im starsi, tym lepsi. Kilka siwych włosów tylko dodało Mickowi werwy i pomysłowości niezbędnej w uprawianym przez niego procederze, a nade wszystko wyostrzyło dowcip, którym bohater „Wolf Creek 2” co i rusz próbuje nas zabawić. Na wyczyny Micka Taylora aż chce się patrzeć, kolejne niepoprawne polityczne żarty autentycznie bawią, szkoda tylko, że film jako całość nie daje tyle „radochy”, ile tego typu kino powinno dostarczać rzeszom jego wyznawców.

Greg McLean po raz wtóry przenosi nas na pustkowia Australii Zachodniej, by pokazać nam nie tylko jego lokalne atrakcje, czyli Micka Taylora i słynny krater Wolf Creek, ale także turystów z całego świata pragnących z dala od cywilizacji „zaliczyć” przygodę życia. Tym razem pada na dwoje młodych Niemców, którzy wbrew opinii o wygodnictwie zachodnioeuropejskiej młodzieży, postanawiają zobaczyć dziką Australię z perspektywy pieszego. Ich spotkanie z Mickiem kończy się rzezią. I film wylądowałby na półce z napisem „krótki metraż”, gdyby nie przypadkowe pojawienie się samotnego Anglika. To on staje się głównym, choć nie jedynym, oponentem australijskiego patrioty, Micka Taylora.

W 2005 roku za niewielkie pieniądze udało się McLeanowi nakręcić dynamiczny, emocjonujący i aż kipiący od brutalności film. „Wolf Creek” pokochali przede wszystkim miłośnicy horroru, którzy przez osadzenie akcji w okolicach australijskiego, po trosze mistycznego odludzia zobaczyli w nim coś nowego, powiew świeżości tak potrzebny w spetryfikowanym przecież gatunku. Dwa lata później McLean znowu zachwycił. Tym razem grupkę mieszczuchów odbywających rejs po Parku Narodowym Kakadu skonfrontował z ogromnym krokodylem. W doskonale skonstruowanej i trzymającej w napięciu historii Australijczyk pokazał nie tylko ogromnego gada zażerającego się „ludziną”, ale także zasugerował, iż mimo niezwykłych osiągnięć cywilizacyjnych nadal pozostajemy bezsilni wobec żywiołu jakim jest otaczająca nas natura. „Wolf Creek 2” to kino na wskroś rozrywkowe, z pretekstową fabułą, pozbawione jakiegokolwiek przesłania. Liczy się tylko zabawa, dlatego też by nas zabawić, McLean żongluje zarówno schematami wypracowanymi przez siebie osiem lat wcześniej jak również sięga po patenty, które sprawdziły się u innych twórców kina grozy.

McLean starał się tak dobierać składniki fabularnego dania, by widz podczas seansu nie miał wrażenia deja vu. Australijczyk nie mógł zrobić takiego samego filmu jak przed laty, czyli historii o rednecku mordującym turystów, którzy akurat nawinęli mu się pod nóż. Dlatego reżyser postanowił zrealizować sequel według zasady „więcej, mocniej, szybciej”. W nowej odsłonie „Wolf Creek”, w przeciwieństwie do pierwszej, trup ściele się wyjątkowo gęsto. Mick Taylor nie daruje nikomu, kto staje na jego drodze. Jedynie na co może liczyć każda ofiara, to na komentarz „post factum”, oczywiście podlany odpowiednią dawką smoliście czarnego humoru. W rewelacyjnym wstępie bohater daje lekcję nawet „swojakom” – dwóm australijskim policjantom. W licznych scenach mordów kamera niczym wścibski szkrab z uwagą śledzi poczynania psychopaty. Obcinane jest wszystko, co można obcinać, wywlekanych wnętrzności nie brakuje, mordowani cierpią nie tylko z powodu własnych ran, ale także widząc kaźń najbliższych. Taylor dla nikogo nie przewiduje taryfy ulgowej. Tym co różni oba filmy jest strategia narracyjna. W części pierwszej sposób opowiadania podporządkowany został suspensowi oraz technikom budowania napięcia. „Wolf Creek 2” to niemalże kino akcji. Nie brakuje w nim dynamicznych pościgów, niesamowitych kraks oraz przenoszenia akcji z miejsca na miejsce. Australijczyk dysponował dużo większym budżetem, dlatego mógł sobie pozwolić na takie bardzo efektowne sceny, jak np. konfrontację pędzącej ciężarówki ze stadem przecinających szosę kangurów. Ogląda się to bardzo dobrze, bo każda tego typu sekwencja została wręcz dopieszczona, po drugie, samochodowa gonitwa po pustkowiach przez zawężenie uczestniczących w niej bohaterów ma w sobie coś z westernowego pojedynku. Na widzów oddziałuje nie tylko dynamizm filmowej sytuacji, lecz także wyrysowane na twarzach postaci emocje.

Na czym Australijczyk poległ? Dlaczego „Wolf Creek 2” nie robi takiego wrażenia jak poprzednia odsłona? Właśnie przez efekciarstwo oraz uczynienie z filmowej opowieści czegoś na kształt Indiany Jonesa. Mamy bowiem szczyptę egzotyki (Australia Zachodnia z całym bogactwem inwentarza), mnóstwo urzekających swym pięknem widoczków oraz ciągły ruch, bo bohaterowie uciekają lub prowadzą pogoń zarówno na piechotę jak i przeróżnymi środkami lokomocji. Porównanie do Indiany Jonesa jest nieprzypadkowe. Bo oprócz elementów charakterystycznych dla kina przygodowego, w „Wolf Creek 2” mamy do czynienia z postacią, która nie rozstaje się z kapeluszem, nieźle jeździ na koniu, a pejcza używa tak, jakby się z nim urodził. Jest więc w filmie McLeana sporo huku, sporo humoru, tylko grozy jakby trochę zabrakło. Filmu nie ratuje sekwencja finałowa. Aż nie chciało mi się wierzyć, iż tej klasy fachura co twórca emocjonującego „Rogue” mógł wysmażyć tak nużące zakończenie. Otóż niby mamy ostatni „akt” filmu, ten najważniejszy, najbardziej emocjonujący, w którym czarny charakter pastwi się nad swa ofiarą. Powinien być wrzask, wymyślne tortury, strugi krwi oraz rosnące z każdą sekundą napięcie, wszak poharatana ofiara musi się uwolnić, by stoczyć ostateczny pojedynek ze swym prześladowcą. W „Wolf Creek 2” adwersarze postanawiają w finale uciąć sobie pogawędkę. Bardzo długą pogawędkę – o sporcie, turystach, Australii i ogólnie, o życiu. I kiedy wreszcie bohaterowi dane jest stanąć oko w oko z demonicznym Mickiem Taylorem, starcie owo wrażenia nie robi.

Miłośnicy krwawych widowisk po film McLeana sięgną. Polecam go również tym, którzy w kinie grozy nie doszukują się recept na poprawę świata, a od tego typu przedsięwzięć oczekują jedynie godziwej rozrywki. I jako taki „Wolf Creek 2” sprawdza się przyzwoicie. Na Johna Jarratta aż chce się patrzeć, a jego one-linery naprawdę bawią. Można było lepiej? Można, choć nawet nie tyle lepiej, co trochę inaczej. McLeanowi zabrakło pomysłów na to, aby swój najnowszy film – zrobiony według sprowadzonego schematu – uatrakcyjnić takimi konceptami fabularnymi, które kliszom nadałyby nimb nowości.

Screeny

HO, WOLF CREEK 2 HO, WOLF CREEK 2 HO, WOLF CREEK 2 HO, WOLF CREEK 2 HO, WOLF CREEK 2 HO, WOLF CREEK 2 HO, WOLF CREEK 2 HO, WOLF CREEK 2 HO, WOLF CREEK 2

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ miejsce akcji
+ dynamizm historii
+ John Jarratt
+ realizacja
+ mnóstwo świetnych „tekstów”
+ wstęp

Minusy:

- za mało typowego dla horroru napięcia
- finał

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -