Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:VAMPIRE IN BROOKLYN

VAMPIRE IN BROOKLYN

Wampir w Brooklynie

ocena:3
Rok prod.:1995
Reżyser:Wes Craven
Kraj prod.:USA
Obsada:Eddie Murphy, Angela Bassett, Allen Payne, Kadeem Hardison
Autor recenzji:gościnnie: Michał Miller
Ocena autora:3
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Horror komediowy to gatunek mieszający dwa, wydawałoby się, niepasujące do siebie kolory. To jak czerwona suknia wieczorowa do niebieskich converse’ów. Śmiać się i bać się jednocześnie jest niemożliwością, ale bać się, a później śmiać się to zabieg bardzo przydatny w horrorze – budowanie napięcia, eskalacja, a później ujście, głęboki wydech. Tyle że jest to równie mile widziane, co trudne do osiągnięcia. Niestety najczęstszym ujściem po eskalacji grozy stało się we współczesnym horrorze przewidywalnie wyskakujące zza rogu zwierzę – ani to zabawne, ani emocjonujące. Taki też właśnie jest zamach Wesa Cravena na horror komediowy, „Wampir w Brooklynie”.

Zacznijmy od przyblakłej dziś gwiazdy, wtedy świecącej pełnym blaskiem. To nie Wes Craven, ale właśnie Eddie Murphy stał się przyczyną tego filmu. Razem z bratem wymyślił historię starą jak świat, ale z właściwym sobie duchem kultury afroamerykańskiej. „Wampir w Brooklynie” opowiada historię Maximiliana, ostatniego z rodu krwiopijców, który wypędzony przed stuleciami na Karaiby wraca w poszukiwaniu panny będącej ratunkiem przed jego zbliżającym się wymarciem (co przeczy się z nieśmiertelnością wampira). Panna ta jest policjantką o imieniu Rita i żyje w niewiedzy o swojej naturze dhampira, czyli dziecka wampira i człowieka. W staraniach uwiedzenia kobiety, Maximilianowi pomaga jego rozpadający się ghoul, typowa postać z filmów Murphy’ego, której jadaczka się nie zamyka i czasami chciałoby się, żeby język mu wreszcie odpadł. W niecnym planie przeszkadza natomiast partner policjantki, wymownie do granic umowności zwący się detektyw Justice. Ciężkie pióro scenarzystów daje o sobie znać szczególnie poprzez chaos na drugim planie. Policja prowadząca niezdarne śledztwo, włoska mafia pojawiająca się bez konkretnego celu, zapewne tylko po to, aby Murphy miał możliwość zagrania kilku różnorodnych postaci. Ten charakterystyczny dla niego chwyt prowadzi film z poważnym potencjałem grozy na manowce błazenady. W komedii typu „Gruby i chudszy” wygłupy takie są mile widziane, ale w tym wypadku sam nie wiem czy jest to wybujałe ego gwiazdora, czy tylko budowanie aktorskiego portfolio.

Historia wampiryczno-romansowa jest tą najciekawszą w filmie. Może i jest osią wydarzeń, ale przez większą część filmu traktowana jest, niestety, pretekstowo. Robiąc z Maximiliana głównego bohatera, Craven stawia nas w niebezpiecznej sytuacji kibicowania czarnemu charakterowi. Jego zakusom na piękne dziewczę nie brakuje stylu i szarmanckości. W końcu romans z domieszką sił nadprzyrodzonych i szpanowania przed dziewczyną lataniem z peleryną unoszącą się na wietrze jest wystarczająco cool. Murphy talentu dramatycznego nie ma, ale za to dobry z niego smooth criminal. Z biegiem czasu przyjemny dla oka romans schodzi na złowieszczą drogę, kiedy wampir zdobywa już swoją wybrankę i wprowadza ją w tajniki swojej krwią ociekającej natury. Sprawy nabierają obrotu bardziej dramatycznego, romans nabiera cech horroru, a Maximilian zmienia się w bestię – po prostu typowy toksyczny związek. Scena transformacji jest efektowna, wreszcie odczuwamy rękę Cravena i przypominamy sobie, że oglądamy film o bestii nocy, a nie o amancie z trumny. Za mało to i za późno jednak, aby uratować tę historię. Dlatego potencjalnie dziki romans zakrapiany krwią kończy ze spiłowanymi pazurkami.

Na domiar złego, „Wampir w Brooklynie” wypełniony jest scenami, które nie pasują do ogólnej konwencji. Wampir przybierający postać wilka? Wampir, któremu zagraża śmierć z przyczyn naturalnych? Albo taka kuriozalna scena, w której Murphy wzrokiem katapultuje psa policyjnego wysoko w powietrze, ten się kopci, dymi i wpada do pobliskiego zbiornika z wodą. To tyle jeśli chodzi o horror. A komedia? Podsumuję to sceną walki z bandziorami, w której Maximilian wyrywa jednemu z nich serce, na co ten reaguje zdziwionym „Ouch” i dopiero umiera. Jedyne zabawne momenty to te, kiedy Craven pozwala swojemu gwiazdorowi poszarżować w swoich, wspomnianych przeze mnie wcześniej, ulubionych przebierankach. Jako pastor wygłaszający kazanie, że zło jest dobre, Murphy daje upust niewyparzonemu językowi, jakby miał dosyć powagi, którą wymusza na nim zachowawcza postać wampira. Na szczęście my mamy okazję się wtedy trochę pośmiać. Jednak podczas gdy postać wielebnego wnosi dawkę luzu, kolejna rola Murphy’ego, drobny włoski cwaniaczek Guido, to już ewidentnie zapychacz czasu i szansa dla Murphy’ego na zagryzienie samego siebie. Craven wielbi metafikcję, ale tu mamy już do czynienia z meta-nadużyciem charakteryzacji. Podejrzewam, że Craven chciał zasmakować kina z gatunku blaxploitation w stylu „Blaculi”, jednak na planie zderzyły się ze sobą dwie różne wizje, a osobą decyzyjną wcale nie musiał być reżyser. Romantyczny taniec Murphy’ego i Angeli Bassett do dźwięków „No, woman, no cry” sugeruje, kto tu pociągał za sznurki.

Podsumowując – mało tu horroru, mało komedii, mało Cravena, jego mrugania okiem i łamania zasad. Za dużo jest za to nudy, udawanego akcentu Murphy’ego i wytrzeszczania oczu. Wampir jest bliższy pastiszowi, żartowi ze stand-upu. Całość jest bardziej ciekawostką dla fanów twórczości Cravena – można mieć do filmu sentyment z dzieciństwa, ale w rzeczywistości to tylko ten film przed „Krzykiem”. Jest co prawda kilka dobrych sekwencji, funkowa muzyka przyjemnie buja, a czasem wszystko przypomina teledysk Michaela Jacksona. Być może w krótkiej formie „Wampir w Brooklynie” miałby ręce i nogi, a tak – nie ma nawet serca.

Screeny

HO, VAMPIRE IN BROOKLYN HO, VAMPIRE IN BROOKLYN HO, VAMPIRE IN BROOKLYN HO, VAMPIRE IN BROOKLYN HO, VAMPIRE IN BROOKLYN HO, VAMPIRE IN BROOKLYN HO, VAMPIRE IN BROOKLYN HO, VAMPIRE IN BROOKLYN

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ afro-wampir
+ miły dla oka romans w tle
+ funky music
+ Eddie Murphy w peruce i pelerynie, zawsze coś

Minusy:

- film robiony pod Murphy’ego i jego publikę (szczególnie afroamerykańską)
- niestraszny
- nieśmieszny
- przerysowany
- chaos w scenariuszu
- brak ciekawego pozytywnego bohatera

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -