Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:SACRAMENT, THE

SACRAMENT, THE

The Sacrament

ocena:6
Rok prod.:2013
Reżyser:Ti West
Kraj prod.:USA
Obsada:Amy Seimetz, Gene Jones, AJ Bowen, Kentucker Audley, Joe Swanberg
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Już kilka pierwszych ujęć „The Sacrament” nie pozostawia wątpliwości, iż swojemu najnowszemu filmowi Ti West postanowił nadać formę paradokumentu. Taki a nie inny wybór podyktowany został dwiema okolicznościami. Najpierw rzecz prozaiczna – we współczesnym kinie grozy niezwykle dużą popularnością cieszy się konwencja, którą określa się mianem mockumentary, found footage albo fałszywego dokumentu. Ti West nie ma jeszcze w dorobku tego typu filmu, dotąd bowiem inspiracji dla swojej twórczości szukał w horrorach z lat 70. i 80. ubiegłego wieku. Druga okoliczność jest istotniejsza – autor „The House of the Devil” pomysł na „The Sacrament” oparł na fundamencie prawdziwych wydarzeń. W 1978 roku w miasteczku Jonestown w Gujanie charyzmatycznemu guru Jimowi Jonsowi udało się przekonać do samobójstwa 909 Amerykanów, członków ruchu religijnego Świątynia Ludu. Wydarzenie to ze względu na rozmiar tragedii i szokujące relacje nielicznych, którzy przeżyli hekatombę, nazwane największym samobójstwem we współczesnej historii ludzkości. Wyżej opisane wydarzenia mogłyby stanowić świetny punkt wyjścia jednego z najbardziej wstrząsających filmów w dziejach kinematografii. Jak z presją tematu poradził sobie Ti West?

Dwóch dziennikarzy z niezależnej grupy medialnej Vice na prośbę swojego kolegi – ten martwi się o niestabilną emocjonalnie siostrę - postanawia dotrzeć do żyjącej pośród lasów i całkowicie odizolowanej od cywilizacji grupy religijnej. Po długiej podróży bohaterowie docierają do... raju. W samowystarczalnej osadzie mieszkają i pracują bowiem ludzie, którzy po raz pierwszy z dala do zgiełku i duchowej pustki konsumpcyjnego Zachodu odnaleźli szczęście. Dzięki przychylności przywódcy nazywanego przez wiernych Ojcem, dziennikarze mają wolną rękę w przygotowaniu materiału na reportaż. Dopiero podczas uczty wydanej na cześć przybyłych ze „świata” gości bohaterowie orientują się, iż pośród wyznawców Ojca są tacy, którzy jak najszybciej chcieliby wydostać się z „raju”. Szybko okazuje się, iż na wydostanie się z osady nie mają co liczyć zarówno „odszczepieńcy” jak i przebywający w niej dziennikarze.

Ti West stanął przed bardzo trudnym wyborem – w formie quasi-dokumentu przedstawić sytuację ludzie, którzy w imię silnej integracji z myślącymi podobnie zrzekli się wolności czy nakręcić mocny, oddziałujący na emocje horror o sekcie, z jasnym podziałem na ofiary i łaknących krwi katów. Autor „The Innkeepers” dotąd bardzo konsekwentny w swych artystycznych wyborach tym razem zdecydowanie zboczył na filmowe manowce. Podejrzewam, że koncepcja Westa zasadzała się na połączeniu wody z ogniem – reportażu o groźnej sekcie i fabule wykorzystującej chwyty charakterystyczne dla kina grozy. Niestety, pomysł nie wypalił, bo „The Sacrament” nie jest bowiem ani przejmującym dramatem o próbie wyrwania się z religijnej matni (świetne „Martha Marcy May Marlene” Seana Durkina) ani horrorem zderzającym konfrontującym światopogląd przyjezdnego z religijnością małej, odizolowanej od świata społeczności („The Wicker Man” Robina Hardy’ego). To niezły film, momentami emocjonujący, dobrze zrealizowany, ale dający widzowi tylko namiastkę tego, co spostrzegawczy i obdarzony wrażliwością scenarzysta mógłby zaadaptować do wstrząsającego obrazu dominacji jednego człowieka nad drugim.

Akcja filmu Westa rozgrywa się zbyt szybko. Kilka krótkich ujęć z ręki i już bohaterowie znajdują się bardzo daleko od Nowego Jorku. Na miejscu najpierw wyłapują tych szczęśliwych i spełnionych, dopiero później zza rzeszy uniesionych słowami Ojca wyłaniają się pojedynczy niezadowoleni, którzy wraz z bohaterami natychmiast opuściliby wspólnotę. I ni z tego, ni z owego mamy wstrząsający, w zamierzeniach twórców rzecz jasna, finał. Ponad setka ludzi, którzy z najróżniejszych przyczyn dali się zamknąć w położonej pośród pustkowi osadzie, charyzmatyczny guru namawiający swych wyznawców do zabicia najbliższych i pretorianie Ojca w oazie pokoju nierozstawający się z bronią – powyższe postacie u Westa są tylko pionkami, które reżyser przestawia tak, by swój film jak najbardziej udramatyzować. Bo twórcy „The House of the Devil” nie tyle zależało pokazaniu dramatu człowieka do cna zmanipulowanego, a na ukartowanym dramatyzmie co i rusz podkręcanym przez chwyty charakterystyczne dla kina grozy.

Bo co prawda „The Sacrament” stricte horrorem nie jest, ale West nadał mu wiele gatunkowych szlifów. Jak wspomniałem wyżej, akcja rozgrywa się z dala od jakichkolwiek skupisk ludzkich, bohaterowie więc w razie jakiegokolwiek niebezpieczeństwa zdani są tylko na siebie. Izolację twórcy wykorzystują jako jedno z narzędzi umożliwiających „podkręcanie” napięcia – telefony nie działają, do radiostacji nie ma dostępu, ucieczka bez jakiegokolwiek środka lokomocji nie ma sensu. Całość realizowana jest kamerą „z ręki”. Aby uwiarygodnić przekaz i uczynić go bardziej emocjonującym obraz jest roztrzęsiony, nie brakuje ująć nocnych; kiedy grozi im niebezpieczeństwo, bohaterowie porzucają włączoną kamerę. Jest wreszcie charyzmatyczny guru oraz ponad setka podporządkowanych mu fanatyków, którzy gotowi są wprowadzić w czyn najbardziej szalone idee swojego mistrza.

Ale sięganie po gatunkowe instrumentarium nie czyni filmu Westa ani ciekawszym, ani bogatszym w dające do myślenia konteksty. Jak na film z zacięciem do analizy pewnego zjawiska za dużo w nim uproszczeń i silnych „skrętów” ku eskapizmowi. Reżyser rozczarowuje także jako twórca charakterów - takich postaci, którym albo byśmy kibicowali, albo których byśmy się bali albo nienawidzili. Filmowi dziennikarze to zasiedziali, mało ciekawi nowojorczycy. W ich szeleszczącej papierem kreacjach zabrakło niekonwencjonalnego i nieszablonowego podejścia do tematu, co odróżnia dziennikarstwo niezależne od mainstremowego. Co więcej, nie przekonała mnie także postać guru, przez wyznawców nazywanego Ojcem. Nie dlatego, że grający ją Gene Jones nie poradził sobie z rolą. Aktorowi nie dano pola do popisu – grany przez niego przywódca religijny nie ma w sobie tej iskry wyjątkowości, dzięki której mógłby porwać i pociągać za sobą na koniec świata rzeszę fanatycznie oddanych mu wyznawców.

Pomimo licznych wad, „The Sacrament” Ti Westa nie jest tego rodzaju obrazem, które należy omijać szerokim łukiem. To zdecydowanie najsłabszy film reżysera, rozczarowujący, wziąwszy pod uwagę to, jakim materiałem twórca dysponował. Z drugiej jednak strony całość jest na tyle rzetelnie zrealizowana i momentami emocjonująca, że nie sposób opędzić się od refleksji dotyczących motywacji, jakie kierują ludźmi dobrowolnie dającymi się zamknąć w hermetycznych ruchach religijnych. Wartością dodaną będzie także to, że pod wpływem seansu ktoś sięgnie po publikacje i filmy poświęcone historii Jima Jonesa i stworzonej przez niego Świątyni Ludu.

Screeny

HO, SACRAMENT, THE HO, SACRAMENT, THE HO, SACRAMENT, THE HO, SACRAMENT, THE HO, SACRAMENT, THE HO, SACRAMENT, THE HO, SACRAMENT, THE

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ na początku nie można oderwać oczu od ekranu
+ od strony realizacyjnej filmowi trudno cokolwiek zarzucić
+ kilka wstrząsających momentów
+ sprawnie opowiedziana historia
+ forma quasi dokumentu idealnie pasuje do tego typu opowieści

Minusy:

- nie ma w filmie Westa tyle dramatu, ile być powinno
- mało przekonujący bohaterowie – przybysze, tubylcy oraz ich guru
- akcja dzieje się zbyt szybko, West nie miał pomysłu na to, jak za pomocą niuansów pokazać życie w sekcie
- obraz życia ludzi w zamknięciu to okazja do uogólnień, powiedzenia czegoś istotnego o człowieku – West z tego nie skorzystał
- film nie sprawdza się ani jako wstrząsający dramat, ani jako trzymający w napięciu horror

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -