Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:FRIGHT NIGHT (2011)

FRIGHT NIGHT (2011)

Postrach nocy

ocena:7
Rok prod.:2011
Reżyser:Craig Gillespie
Kraj prod.:USA
Obsada:Colin Farrell, Anton Yelchin, Toni Collette, Imogen Poots, Christopher Mintz-Plasse
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:7
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Od ponad dwóch dekad kultura popularna próbuje przewartościować wizerunek wampira znany z ludowych podań – bestii, krwiopijcy, potwora, wreszcie pasożyta, którego tępi się z równą zajadłością jak szczury zżerające ostatnie zapasy na przednówku. Usilnie szuka się w nich człowieczeństwa, zdolności do empatii oraz wiary w moc uczuć. W „Draculi” Coppoli czy w „Wywiadzie z wampirem” wyglądało to jeszcze nieźle, ale we współczesnym kinie grozy (o ile jest to jeszcze kino grozy) wampir przedstawiany jest jako androgyniczne coś, co uwieść może zarówno kobietę jak i mężczyznę. Dopiero w „30 Days of Night” monstrum odzyskało status... monstrum – inteligentnej bestii, drapieżnika żyjącego z polowania i dla polowania (choć trzy lata później David Slade wyreżyserował „The Twilight Saga: Eclipse”). W remake’u „Fright Night” znowu powracamy do wizerunku wampira-przystojniaka, na widok którego panny w różnym wieku zapominają o bożym świecie. Na szczęście w historii Craiga Gillespie główną rolę gra świetny Colin Farrell. Jego wdzięk i dystans do postaci a także satyra, którą reżyser wręcz oblał swój film czynią „Fright Night” daniem nie tyle smakowitym, co ładnie i elegancko podanym.

Dwóch znajomków ze szkoły, nerdów lubujących się w fantastyce i szukających radochy w kręceniu tandetnych filmików monster movie, orientuje się, iż nieopodal domu jednego z nich zamieszkał wampir. Rzecz w tym, iż krwiopijca o imieniu Jerry w niczym nie przypomina monstrum, którego wizerunek lansowany był w dziesiątkach filmów o przybyszu z Transylwanii. Gość to chłopak z sąsiedztwa, uśmiechnięty, skory do pomocy, a na dodatek zabójczo przystojny. Miano potwora jest ostatnim, którym można by go określić. Bohaterowie nie dają jednak za wygraną – kiedy znika jeden z ich przyjaciół postanawiają zbadać, jakie tajemnice kryje dom Jerry’ego. Włamanie okaże się brzemienne w skutkach, żaden wampir bowiem nie pozwoli żyć komuś, kto odkrył jego prawdziwą tożsamość.

Nowy „Fright Night” to teatr jednego aktora - Colin Farrell ukradł show wszystkim pozostałym odtwórcom. I nie ma się czemu dziwić, bo obsadzenie tego jakże dobrze w naszym kraju znanego twórcy okazało się strzałem w dziesiątkę. Jego rola to prawdziwy popis – Farrell w jednej chwili potrafi przeistoczyć się z rozbawionego i słodkiego chłopaka, w drapieżnika, który uśmiecha się tylko ustami. W białym podkoszulku i jeansach wygląda jak kumpel stąd, któremu zawsze mówiło się cześć, a który z osiedla wyjechał tylko na chwilę. To typ faceta, który potrafi w sobie rozkochać zarówno dorastającą córkę jak i dojrzałą, stateczną matkę. Trudno się zatem dziwić, iż nikt nie wierzy w odkrycie bohaterów.

Nie najgorzej jest z innymi bohaterami. Ci główni to trochę karykaturalni nerdowi outsiderzy, którzy żyją w zupełnie innym świecie niż reszta ich nastoletnich rówieśników. Toni Collette za bardzo nie ma co grać, bo rola matki jednego z bohaterów rozpisana została według schematu „samotna pani, która całkowicie ulega wdziękowi mega przystojnego sąsiada”. Za to w ramach przeciwwagi mamy postać Petera Vincenta, showmena, telewizyjnego okultystę i łowcę wampirów, którego ze swadą zagrał David Tennant. Grana przez niego postać to mocny prztyczek w nos wszystkim tym, którzy wierzą w magię i mistycyzm lansowany przez telewizję. Końcówka XX i początek XXI wieku to niemalże drugie średniowiecze. Na którekolwiek medium nie zwróci się uwagi, od razu rzucają się w oczy wróżbici, magicy, cudotwórcy, poszukiwacze trzeciego wymiaru, wreszcie zaciekle tropiący demony egzorcyści.

Ale zabawna i pełna dwuznaczności figura Petera Vincenta to nie jedyny element satyryczny w „Fright Night”. Jest nim chociażby miejsce akcji – idealnie symetryczne osiedle domków położone nieopodal Las Vegas. Posiadanie takiego „gniazda” to niemalże realizacja „american dream”, pomysłu na życie zakładającego egzystencję w porządku i dostatku. Jak może znaleźć się w tym wampir, istota kojarzona ze złem i chaosem? A no może się znaleźć, bo Las Vegas to przecież hazard, imprezy i celebryci, a wszystko to kojarzy się z nocnym życiem. Ktoś, kto w dzień śpi, a w nocy „pracuje”, idealnie pasuje do społeczności przebywającej w tak charakterystycznym miejscu jak Las Vegas. Twórcy bawią się nie tylko wizerunkiem postaci wampira, ale także ironizują sobie z całego gatunku jak i z konwencji, które mieszczą się w jego granicach. Wampir Jerry lubi oczywiście krew, ale nie stroni także od zdrowej żywości – jabłek – oraz lubianych przez ludzi używek, np. piwa. Z drugiej strony to nie dzieciak ze „Zmierzchu”, bo kreuje się na typowego macho, dla którego kobiety to nic innego jak żywność. Grana przez Farrella postać kilkukrotnie zachowuje się jak psychopata ze slashera. On nie musi gonić swoich ofiar, cokolwiek będą planowały, wampir zawsze jest przed nimi. Bo on nie musi wysilać, on ma za sobą… scenarzystów. Celowym zabiegiem satyrycznym było na pewno zderzenie ze sobą poważnej, często patetycznej, zawsze niezwykle wzniosłej muzyki z wydarzeniami nie do końca przecież mającymi wywołać w nas strach. Chodziło zapewne o drwinę z tych filmowców, którzy brak pomysłowości maskują wywołującymi zawał serca dźwiękami lub niemalże apokaliptyczną muzyką.

Podobało mi się także to, iż właściwie cały film wypełniony jest erotycznymi dwuznacznościami oraz odniesieniami do seksualnej sfery człowieka. Jednego z naszych bohaterów coś takiego jak seks w ogóle nie interesuje (na świecie jest mnóstwo ważniejszych spraw niż to, co dziewczyny mają pod sukienkami), drugi zaś ma problemy z „konsumpcją” związku. Jerry na pierwszy rzut oka wygląda na personifikację testosteronu, my jednak wiemy, że to wampir. Nie przeszkadza mu to jednak uwodzić kobiety, w wiadomym celu rzecz jasna. Telewizyjny łowca wampirów wręcz otacza się pięknymi i emanującymi seksem dziewczynami. Co z tego jednak, kiedy poza studiem telewizyjnym wyśmiewany jest przez nie. Tak jak jego antywampirza misja jest humbugiem, tak i męskość Petera Vincenta, dyplomatycznie rzecz ujmując, nie wyceniana jest szczególnie wysoko.

Nowy „Fright Night”, podobnie jak pierwowzór, to kino lekkie, chwilami zabawne, a co chyba najistotniejsze, pozbawione jakichkolwiek pretensji do bycia „ważnym” i „uznanym”. Komediowość oraz zdystansowanie twórców wobec prawideł gatunkowych, a także kapitalna rola Colina Farrella sprawiają, iż film ogląda się z niekłamaną przyjemnością. Łyżką dziegciu w tej filmowej beczce miodu mogą być jedynie efekty specjalne. Już na pierwszy rzut oka widać, iż realizatorom nie chciało się bawić ani (albo przez honorarium dla Farrella nie starczyło na to pieniędzy) w charakteryzację, ani w animatronikę. Wszystko zastąpiono trikami CGI oraz koszmarkami 3D mającymi zapewne przyciągnąć do kin rzeszę nastoletniej dziatwy.

Remake „Fright Night” to kawałek bardzo „sympatycznego” kina, który idealnie wpasuje się jako dodatek do halloweenowej imprezy.

Screeny

HO, FRIGHT NIGHT (2011) HO, FRIGHT NIGHT (2011) HO, FRIGHT NIGHT (2011) HO, FRIGHT NIGHT (2011) HO, FRIGHT NIGHT (2011) HO, FRIGHT NIGHT (2011) HO, FRIGHT NIGHT (2011) HO, FRIGHT NIGHT (2011) HO, FRIGHT NIGHT (2011) HO, FRIGHT NIGHT (2011) HO, FRIGHT NIGHT (2011) HO, FRIGHT NIGHT (2011)

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ z wdziękiem opowiedziana historia
+ świetna kreacja Colina Farrella
+ mnóstwo humoru i satyry
+ dynamiczna akcja
+ miejsce akcji
+ naśmiewanie się z wiary w telewizyjnych autorytetów

Minusy:

- efekty specjalne

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -