Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:HORNS

HORNS

Rogi

ocena:6
Rok prod.:2013
Reżyser:Alexandre Aja
Kraj prod.:USA / Kanada
Obsada:Daniel Radcliffe, Max Minghella, Joe Anderson, Juno Temple, Kathleen Quinlan, David Morse
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:
M@rio - 7

Dorobek reżyserski Alexandra Aji może nie jest szczególnie bogaty, ale trudno znaleźć miłośnika kina grozy, który nie znałby Francuza oraz jego filmów. Wszak to spod jego ręki wyszły horrory, które powalały gigantyczną dawką okrucieństwa – „Haute Tension” i „The Hills Have Eyes”. W „Mirrors” Aja postawił na klimat i pogłębienie portretów psychologicznych bohaterów. Film dziełem sztuki nie jest, ale ogląda się go całkiem przyjemnie. Wreszcie „Pirania 3D” – tu Aja postanowił zabawić się na całego, bo jego opowieść to pastisz oraz tony szyderczego rechotu, ale „przywalone” taką ilością krwi i cyfrowego mięcha, że po seansie aż trudno „ogarnąć się” i powiedzieć cokolwiek mądrego na temat obejrzanego właśnie filmu. Najnowszy filmy Aji, „Horns”, to novum w dorobku francuskiego reżysera. Po pierwsze jest to adaptacja utworu prozatorskiego („Rogów” Joego Hilla, syna Stephena Kinga), po drugie zaś Francuz postanowił uciec z gatunkowego getta i zrobić coś, co non stop zaskakiwałoby widza.

Głównym bohaterem filmu jest Ig Perrish, który oskarżony zostaje o zamordowanie swojej ukochanej narzeczonej. Nie ma co prawda dowodów na jego winę, ale wszystkie poszlaki wskazują na to, iż tylko on mógł się dopuścić zbrodni. W napadzie szału wywołanym bezradnością chłopak złorzeczy Bogu i wysyła ludzką moralność oraz pobożność do wszystkich diabłów. Następnego dnia budzi się z diablimi rogami na głowie. Co więcej, szybko uświadamia sobie, że ludzie w jego obecności zwierzają się z każdego bezeceństwa, które chcieliby uczynić drugiemu człowiekowi. Bohater ową cudowną zdolność postanawia wykorzystać, by znaleźć mordercę swojej narzeczonej.

Przyznam się szczerze, iż podczas seansu rzeczywiście co i rusz zaskakiwany byłem czy to nowym wątkiem, czy twistem wywracającym na nice któryś z moich pomysłów na rozwiązanie filmowej zagadki. Element niespodzianki w sztuce filmowej uznaje się najczęściej za jego walor, w przypadku „Horns” nieustanne kierowanie akcji na nowe tory każe się zastanawiać nad tym, czy Aja na pewno miał jasną koncepcję tego, co i w jaki sposób chce powiedzieć.

Wszystko zaczyna się jak w hollywoodzkim melodramacie – on i ona się kochają, planują wspólna przyszłość, ale dochodzi do tragedii i ni stąd ni zowąd mężczyzna nie tylko musi nauczyć żyć się sam, ale jeszcze z odium mordercy, które przypisuje mu małomiasteczkowa społeczność. Aby uczynić zadość gatunkowym wymogom Aja wprowadza wątek nadprzyrodzony – główny bohater zostaje diabłem, a że złem każdy jest podszyty tak i mieszkańcy miasteczka bardzo szybko znajdują z Igiem wspólny język. Przemieniony w rogatego bohater postanawia zostać detektywem. Czuje, że nie ma nic do stracenia, dlatego robi wszystko, by dowiedzieć się, kto zamordował jego ukochaną. Wątkowi specyfiki małomiasteczkowego grajdoła Francuz stara się nadać szerszy kontekst – przenosi nas co jakiś czas w przeszłość, abyśmy poznali w jakim środowisku poznali się i dorastali najważniejsi bohaterowie (chodzi o braci Iga i przyjaciół, z którymi rodzeństwo tworzyło prawdziwą paczkę). Jakby tego było, w pewnym momencie dowiadujemy się, iż zarówno wybranka bohatera jak i jej ojciec żyli w cieniu ogromnej tragedii. Nie tylko nie pozwalała ona cieszyć się teraźniejszością, ale mocno oddziałuje na ich przyszłość.

Taki fabularny miszmasz zmusił francuskiego reżysera do porzucenia instrumentarium niezbędnego w kreowaniu jednej wybranej konwencji gatunkowej. W „Horns” mamy rzecz jasna do czynienia z horrorem – główny bohatera ma w sobie coś z diabła, że się posłużę eufemizmem, ale też nie brakuje w filmie bardzo brutalnych scen, które są znakiem rozpoznawczym Alexandra Aji. O charakterystycznych wątkach dla melodramatu – wielkiej, acz niespełnionej, bo naznaczonej tragedią, cierpieniem i śmiercią miłości – wspomniałem już wyżej. Najważniejszym elementem gatunkowej pstrokacizny w „Horns” jest satyra. Aja w sposób niewybredny, acz na pewno celny i zabawny, drwi sobie z ludzkich przywar i mentalności amerykańskich prowincjuszy. Punktuje ich obłudę i podwójną moralność. Nie oszczędza rodzinnego „ciepełka” rodem z „Moralności pani Dulskiej”, toczonego przez robaka hipokryzji i dwulicowości. Fragmenty, w których zbiesiony Perrish ogląda prawdziwe twarze swoich ziomków, należą do najciekawszych w filmie. Aja dał się poznać jako twórca ociekających krwią horrorów, teraz okazuje się, że nieźle wychodzą mu komedie. Film niedobrze się kończy, bo twórcy postanowili niby zabić nam ćwieka metaforą (coś o naturze człowieka), ale tak łopatologiczną, iż niejeden może poczuć się obrażony.

Powyższa krytyka nie oznacza, iż w przypadku „Horns” mamy do czynienia z kinem rażącym realizacyjnym niechlujstwem oraz schlebiającym najmniej wybrednym gustom. Od strony technicznej i audiowizualnej trudno cokolwiek filmowi Aji zarzucić. Akcja rozgrywa się co prawda na dość głębokiej prowincji, jednak dzięki świetnym zdjęciom Fredericka Elmesa („Eraserhead”, „Blue Velvet”, „Wild at Heart”, „Night on Earth”) twórcom udało się nadać przestrzeniom wymiar uniwersalny i niemalże symboliczny (każde miejsce ze względu na osobowość mieszkańców może być ciekawe). Film nie dłuży się; przez to, że Aja co i rusz uatrakcyjnia fabułę, nie nudzimy się podczas seansu. Refleksje dotycząca sensu widzianych na ekranie wydarzeń nasuwają się po seansie. Nie sposób w tym miejscu pominąć kwestii aktorstwa, wszak w „Horns” zagrały gwiazdy – Daniel Radcliffe, David Morse, Kathleen Quinlan, Joe Anderson. Filmowe postacie nie oddziałują na widza tak jak powinny. Szeleszczą papierem i brak im wiarygodności. Nie przekonuje przede wszystkim ten, który powinien być lokomotywą aktorskiej kolejki w filmie Aji. Nie potrafię stwierdzić tego, czy scenariusz nie pozwolił mu stworzyć postaci wymykającej się prostemu podporządkowaniu charakterologicznego, czy też sam aktor nie dysponuje na tyle wysokimi umiejętnościami, by zagrać postać intrygującą i pełną sprzeczności.

Film miał zadatki na miana nietuzinkowego i oryginalnego. Szkoda, że Aja nie jeszcze bardziej w stronę bezpardonowej satyry okraszonej dużą ilością czarnego humoru oraz licznymi scenami gore. Coś takiego stworzyłoby mieszankę wybuchową, która może nie każdego widza przekonałaby do siebie, ale na pewno nie pozostawiłaby obojętnym. A tak powstał film bezpieczny, pozbawiony większych kontrowersji, z przeznaczeniem dla jak najszerszego grona odbiorców. Dlatego film Aji „ani grzeje, ani ziębi” – nie wzrusza, tam gdzie powinien to robić, nie straszy, a przecież to horror, jedynie gdzieniegdzie wywołuje przelotny uśmiech.

Screeny

HO, HORNS HO, HORNS HO, HORNS HO, HORNS HO, HORNS HO, HORNS HO, HORNS

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ film dobrze się ogląda, status solidnej rozrywki jak najbardziej mu się należy
+ satyra na małomiasteczkową „sielankę”
+ kilka naprawdę ciekawych spostrzeżeń dotyczących natury ludzkiej
+ bardzo dobre zdjęcia

Minusy:

- ni to horror, ni komedia, ni kino obyczajowe (a może wszystko naraz)
- jak na kino z zacięciem obyczajowym słabo nakreślone postacie
- kreacja Daniela Radcliffe’a nie porywa

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -