Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:DEAD SNOW: RED VS. DEAD a.k.a Død Snø 2

DEAD SNOW: RED VS. DEAD a.k.a Død Snø 2

Dead Snow: Red vs. Dead

ocena:5
Rok prod.:2014
Reżyser:Tommy Wirkola
Kraj prod.:Islandia / Norwegia
Obsada:Vegar Hoel, Ørjan Gamst, Derek Mears, Martin Starr, Stig Frode Henriksen
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:5
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Mogłoby się wydawać, iż po niewątpliwym sukcesie „Dead Snow” jego twórca Tommy Wirkola wzorem swoich amerykańskich kolegów będzie z żelazną konsekwencją „tłukł” kolejne odsłony perypetii zombie-nazistów, by co roku ci „panowie” mogli gościć w naszych domach. Ciąg dalszy pojawił dopiero na początku 2014 roku i w przeciwieństwie do wcześniejszej historii nie wywołał wypieków na twarzy miłośników horroru. I nie ma się czemu dziwić – „Dead Snow: Red vs. Dead” ogląda się sympatycznie, ale z kilku powodów nie ma on jednak takiej siły oddziaływania, jak pierwszy film z pułkownikiem Herzogiem i jego gnijącymi zastępami.

„Dead Snow: Red vs. Dead” jest bezpośrednią kontynuacją historii opowiedzianej w części pierwszej. Martin, jedyny ocalały z rzezi, budzi się szpitalu. Przypomina sobie, iż czasie ucieczki przed siepaczami Herzoga spowodował wypadek samochodowy. Zadowoleni z siebie lekarze obwieszczają mu, iż udało im się przyszyć oderwaną w kraksie rękę. Mężczyzna wie jednak, że to nie jego ręka, a… pułkownika Herzoga. Czym prędzej także chce uciec ze szpitala, bo wie, iż oddział nazistów zejdzie z gór, by go odnaleźć, a przy okazji wymordować mieszkańców niewielkiej norweskiej mieściny. Martin z pomocą zwraca się do Amerykanów, którzy uchodzą za speców od walki z zombie. Ci już po przylocie do Norwegii podpowiadają bohaterowi, by w konfrontacji z martwymi nazistami stanął na czele innej armii martwiaków.

Co za dużo, to niezdrowo – te słowa chyba najtrafniej oddają istotę porażki, której gorycz Wirkola musiał przełknąć po premierze „Dead Snow: Red vs. Dead”. Film z 2009 roku był przede wszystkim zgrywą. Norweski reżyser wydrwił, choć dość życzliwie, do cna zgraną konwencję, w której grupa młodych ludzi/imprezowych przyjaciół z dala od ludzkich skupisk musi stawić czoło jakiemuś monstrum lub budzącemu grozę psychopacie. Ale oprócz powielania zgranych schematów twórca „obdarzył” zombie – ostatnimi czasy istotę goszczącą w horrorach bardzo często – nową tożsamością. Nie przypominam sobie, aby przed „Dead Snow” ktoś czarnym charakterem filmu uczynił zombie w mundurach SS. Całość oglądało się bardzo dobrze, bo z jednej strony reżyser dość konsekwentnie trzymał się wyśmiewanej przez siebie konwencji (bo jakby nie było, slasher ma w sobie niemały ładunek dramaturgiczny), z drugiej zaś opowieść oblał taką ilością czarnego humoru, krwi oraz odniesień to klasyki horroru, że miłośnik kina grozy nie miał innego wyjścia, jak uśmiać się podczas seansu niczym przysłowiowa norka.

W „Dead Snow: Red vs. Dead” Wirkola postanowił upchnąć wszystko, cokolwiek jemu i dwóm innym scenarzystom przyszło do głowy. Mamy więc głównego bohatera, który zmierzyć się musi z hordą zombie, ale także ze zbuntowaną kończyną (prawie jak Ash z „The Evil Dead”) oraz policją oskarżającą go o zamordowanie swoich przyjaciół. Dowódcą wsiowych policjantów jest socjopata, złodziej i idiota jakich mało. To kolejny z dziwolągów „zamieszkujących” świat Wirkoli. Jeszcze jednym jest cudaczny gej prowadzący muzeum z nazistowskimi eksponatami, który wraz z trójką amerykańskich Łowców Zombie będzie dzielenie walczył z komandem herr Herzoga. Ci ostatni to już dziwolągi do kwadratu. Przywódcą jest zafiksowany na punkcie zombie geek, zaś za jego „armię” stanowią dwie zapatrzone w niego dziewoje – okularnica-kujonka oraz fanatyczna miłośniczka „Gwiezdnych wojen”. Prawdziwą wisienką na torcie jest mięso armatnie, które bohaterowie powołają do życia, by w ramach historycznych zaszłości dokonało „ostatecznego rozwiązania kwestii oddziału Herzoga”. Ale kim ów przeciwnik nie napiszę, bo może to być nie lada niespodzianką.

Wirkola w kontynuacji „Dead Snow” nie bawi się chwytami charakterystycznymi dla kina grozy – w „Dead Snow: Red vs. Dead” nie ma miejsca na suspens, twórcy nie zawracają sobie głowy budowaniem napięcia ani próbami zbicia widza z pantałyku za pomocą niekonwencjonalnych zwrotów akcji. Filmowej historii nie spowija żaden oddziałujący na wyobraźnię klimat, jej świat przedstawiony nie kreuje specyficznej dla wielkich horrorów atmosfery. W historii Wirkoli króluje niczym nieskrępowana zabawa. Nie ma absurdu, który nie pasowałby do fabuły, prawie każda scena podszyta jest smoliście czarnym humorem, w przeciwieństwie do poprzedniej odsłony, w „Red vs. Dead” akcja z niezwykłą prędkością mknie do przodu, co i rusz przenoszeni jesteśmy w zmiesza na miejsce. Norweg swojej historii nie próbuje wtłoczyć w ramy żadnej konwencji, od pierwszych minut do finałowej sceny panuje radosny chaos. Jest w tym oczywiście miejsce na horroru – mamy przecież hordy zombie, kamera z iście chirurgiczną precyzja rejestruje wręcz wylewającą się z ekranu przemoc. Tym elementom filmowego warsztatu w „Dead Snow: Red vs. Dead” niczego nie brakuje. Wszystko wykonane jest nader profesjonalnie i, co zakrawa na paradoks, wypruwanie flaków oraz inne jeszcze bardziej „mięsne” sceny ogląda się z niemałą przyjemnością.

Dlaczego w takim razie, jeśli jest tak dobrze, to jest źle, a przynajmniej nienajlepiej? W kontynuacji „Dead Snow” jest tyle atrakcji, że film rozłazi się w szwach. Brakuje mu wewnętrznej dyscypliny i zwartej, przemyślanej konstrukcji. Jest rzeź, jest zabawa, jest niepoprawny politycznie dowcip – i to według Wirkoli starczy. Ale jest też przesyt i komiczny w zamiarze twórców bezwład. Obie właściwości przeszkadzają w jego odbiorze. Zabrakło prawdziwego elementu zaskoczenia, takiego, jakim było w pierwszej odsłonie pojawienie się prześcigających się w katach bestialstwa zombie-nazistów. „Dead Snow: Red vs. Dead” bawi dawką absurdu i „one-linerami”, chwilami fascynuje efektami i charakteryzacją, ale jako całość nuży, bo i niektóre żarty są wysilone, ileż także można oglądać ludzi – żywych lub martwych – rozrywanych przez martwych SS-manów. W filmie sprzed kilku lat nie brakowało dramaturgii, w sequelu jest jej naprawdę niewiele.

Nie znaczy to jednak, iż film Wirkoli to nieoglądany „szrot” będący cynicznym odcinaniem kuponów do sukcesu poprzednika. Z racji dynamicznej narracji nawet nie obejrzymy się, a będziemy oglądać napisy końcowe. Zwłaszcza że zakończenie i epilog to chyba najlepsze fragmenty historii. Jeśli ktoś lubi tego typu kino, pewnie nie zwróci uwagi na wymienione przeze mnie uchybienia. Bardzo często bowiem sięgamy po film, by dobrze się bawić. A w tej akurat materii „Dead Snow: Red vs. Dead” naprawdę „daje radę”.

Screeny

HO, DEAD SNOW: RED VS. DEAD a.k.a Død Snø 2 HO, DEAD SNOW: RED VS. DEAD a.k.a Død Snø 2 HO, DEAD SNOW: RED VS. DEAD a.k.a Død Snø 2 HO, DEAD SNOW: RED VS. DEAD a.k.a Død Snø 2 HO, DEAD SNOW: RED VS. DEAD a.k.a Død Snø 2 HO, DEAD SNOW: RED VS. DEAD a.k.a Død Snø 2 HO, DEAD SNOW: RED VS. DEAD a.k.a Død Snø 2 HO, DEAD SNOW: RED VS. DEAD a.k.a Død Snø 2 HO, DEAD SNOW: RED VS. DEAD a.k.a Død Snø 2 HO, DEAD SNOW: RED VS. DEAD a.k.a Død Snø 2 HO, DEAD SNOW: RED VS. DEAD a.k.a Død Snø 2

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ dynamizm
+ mnóstwo krwi i flaków
+ jeszcze więcej rozrywanych i rozszarpywanych zombie
+ przeciwnicy nazi-zombie
+ sporo rubasznego, niepoprawnego politycznie dowcipu

Minusy:

- to już zgrywa w stanie czystym – bez kreowania napięcia i jakiegokolwiek klimatu
- zalew absurdu może być męczący
- fabularny chaos

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -