Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:ZOMBEAVERS

ZOMBEAVERS

Bobry zombie

ocena:5
Rok prod.:2014
Reżyser:Jordan Rubin
Kraj prod.:USA
Obsada:Rachel Melvin, Cortney Palm, Lexi Atkins, Hutch Dano, Jake Weary, Peter Gilroy, Rex Linn, Bill Burr
Autor recenzji:Adach
Ocena autora:5
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Na czym ostatnio byliście w kinie? Czy zrobił na was wrażenie najnowszy „Kapitan Ameryka”? Był lepszy od dwójki „Niesamowitego Spider-Mana”? A „Hobbit” Petera Jacksona? „Godzilla” - za czy przeciw? Może wolicie komedie? Ziewaliście na „Epicentrum”? Nie? Efekty były świetne. No cóż, wymieniłem tylko kilka „świeżych” tytułów wielkich produkcji. Jeżeli byliście na nich w kinach, zachwycacie się nimi, to prawdopodobnie dalsza lektura niniejszej recenzji to czas stracony. Jeżeli wiecie, że Troma to nie jakaś egzotyczna choroba. Dodatkowo potraficie wymienić więcej niż dziesięć filmów kanału SyFy, a przynajmniej o czterech myślicie z wyraźnym entuzjazmem, wtedy jest szansa, że zachęceni zwiastunem i poniższą recenzją sięgniecie po niskobudżetowy „Zombeavers”, a telewizora nie wyrzucicie przez okno po piętnastu minutach seansu.

„Bobry zombie” to produkcja, o której swego czasu zrobiło się głośno jeszcze przed premierą za sprawą świetnego zwiastuna. Fabuła nie należy do skomplikowanych. Trzy atrakcyjne dziewczyny wybierają się na „babski” wyjazd do domku w lesie. Beztroskie picie, kąpiele w pobliskim jeziorze i opalanie się przerywają im znajomi mężczyźni, którzy pojawiają się niezapowiedziani, chcąc przyłączyć się do imprezy. Nie oni są największym zmartwieniem przyjaciółek a krwiożercze bobry zombie.


Brzmi znajomo? Twórcy grozy chętnie korzystają z miejsc położonych z dala od ludzkich siedlisk. Wystarczy przypomnieć „Piątek trzynastego”. Oczywiście w tym wypadku zagrożeniem są sympatyczne stworzenia. Bóbr zabójca? Rasowy „animal attack” to krwiożercze rekiny, krokodyle, olbrzymie koty, węże, wilki, małpy, czy szczury. Choć osoby zainteresowane gatunkiem pamiętają także o pszczołach, mrówkach, a nawet komarach. Czyżby twórcom horrorów brakowało już natchnienia? Nie, to nie jest nowość. Przecież wszyscy pamiętamy „Laleczkę Chucky”. Oczywiście to nie zwierzę, ale przecież w tego typu produkcjach celowo kreuje się absurdy, w których mordercą może być nawet tupecik czy kondom. Debiutant na fotelu reżysera Jordan Rubin, zarazem współtwórca scenariusza, zdawał sobie również sprawę z sukcesu „Sharknado” i postanowił pójść w podobnym kierunku - „filmu tak „złego”, że dobrego”. Rubin, miłośnik grozy lat osiemdziesiątych poprzedniego stulecia oraz kina klasy B, chętnie korzysta z rozwiązań jego ulubionych filmów. Można po kolei „odfajkowywać” poszczególne składniki mikstury. Ponętne, młode kobiece ciała (plus „cycki”), bestie i krew, czyli dewiza Lloyda Kaufmana (współtwórcy Tromy) – Beast, Boobs & Blood. Skojarzenia niewątpliwie budzą lokacje. Fana tej stylistyki zainteresują krwawe sceny, czy odrąbane kończyny. Warto również wspomnieć o bobrach zombie. Skąd one się biorą? Proste i oczywiste – powodem jest zagubiona beczka z toksycznymi odpadami. Skąd my to znamy.

Obrazy o niskich budżetach mają swoją charakterystykę. Pomysłowe scenariusze często nie są zbyt spójne i logiczne, nie wspominając o kiepskich dialogach. Dobre efekty specjalne również sporo kosztują, podobnie jak aktorzy. Fabuła przesycona jest żartem. Wymienić można więcej cech (i grzechów), ale akurat wypisane dobrze opisują recenzowany film. „Zombeavers” oparty jest na żartach sytuacyjnych, często udanych, choć żerujących na prostych rozwiązaniach zaczerpniętych, zdarza się, że nawet z gier obecnych nawet na przeglądarkach internetowych. Całość stosunkowo dobrze podkreśla ścieżka dźwiękowa. Fabuła jest stosunkowo spójna, choć parę nieścisłości można wychwycić, ale przy tego typu produkcja nie powinny irytować. Scenariusz, choć pomysłowy, ma jednak kilka sporych wad. Nie chodzi tylko o dialogi. Twórcy postarali się o dobre tempo akcji, na czym ucierpiała fabuła. Początkowe wprowadzenie i rozwój wzajemnych relacji pomiędzy bohaterami jest dobrze poprowadzone, ale czasem źle kontrastuje z dramaturgią filmowej rzeczywistości. Kiepsko nakreślono również rozwój zombifikacji bobrów, co akurat można wybaczyć tego typu produkcji. Odnoszę wrażenie, że twórcy zbyt szybko dążyli do finałowych scen , choć może to była kwestia skromnego budżetu.

Gra aktorów nie irytuje. Bardzo dobrze wypadają weteran Rex Linn, którego najłatwiej skojarzyć z rolą sierżanta Franka Trippa z serialu „CSI: Miami” oraz komik Bill Burr. Panie na planie nie są może zbyt mocno ubrane w warsztat aktorski, ale za to odzieży na nich pozostawiono niewiele (oczywiście nie we wszystkich scenach). Zapewne żeńska część widowni w podobny sposób oceni męską załogę. Jednym z największych atutów obrazu są tytułowe bobry zombie, które na szczęście nie są efektem pracy grafików komputerowych. To dobry przykład, że produkcje zrobione za nie wielkie pieniądze mogą opierać się również na animatronice. Choć nie spodziewajmy się bardzo realistycznych stworzeń, ale chyba tak też miało być, bo przecież to produkcja, w której pewne niedociągnięcia mogą również być atutem.

Co powoduje, że fani tego typu kinematografii potrafią niemal jednogłośnie docenić niektóre tytuły, inne idą w zapomnienie? Choć większość z nich przecież nie wytycza nowych szlaków, a podąża dawno już przetartymi przez innych filmy. To przede wszystkim wspomniany dobry pomysł, a także choćby najdrobniejsza innowacja. To również dystans twórców do ich obrazu – nie spodziewają się Oskarów. Często pewne elementy mniej szwankujące niż w podobnych produkcjach. W ostatnich latach jednym z takich dzieł było „Sharknado”. Wystarczył totalnie absurdalny pomysł oraz bohaterowie, którzy wzbudzili zainteresowanie i sympatie publiczności oraz epatowanie kiczem. Niestety w recenzowanych „Bobrach zombie” to nie do końca funkcjonuje. Niektóre elementy, np. efekty specjalne są lepsze, ale bohaterowie zbyt słabo nakreśleni, żeby ich polubić. Zresztą trzeba było się spieszyć ich kochać, bo tak szybko odchodzili, kiedy masakra się zaczęła. Kto przeżył? Spojler, więc nie odpowiem. Mogły irytować również pewne klisze fabularne, choć całość w miarę ze sobą współgrała. Humor i pomysłowe sytuacje i dobrze rozpędzona akcja to na pewno atuty filmu, który trwa niecałe osiemdziesiąt minut. Wiem, że fani amerykańskich blockbusterów dawno już porzucili lekturę recenzji, więc mogę w zaufaniu napisać, że jeżeli spotkacie takiego, który jest fanem „Hobbita”, „Władcy pierścieni” lub „King Konga”, to zaproponujcie mu seans najpierw „Martwicy mózgu”, potem „Sharknado”, a na końcu „Zombeavers”.

Screeny

HO, ZOMBEAVERS HO, ZOMBEAVERS HO, ZOMBEAVERS HO, ZOMBEAVERS HO, ZOMBEAVERS HO, ZOMBEAVERS HO, ZOMBEAVERS HO, ZOMBEAVERS HO, ZOMBEAVERS HO, ZOMBEAVERS HO, ZOMBEAVERS HO, ZOMBEAVERS HO, ZOMBEAVERS

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ koncept
+ bobry zombie
+ Rex Linn, Bill Burr
+ humor
+ efekty specjalne

Minusy:

- klisze fabularne
- scenariusz

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -