Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:MONSTER SQUAD, THE

MONSTER SQUAD, THE

The Monster Squad

ocena:7
Rok prod.:1987
Reżyser:Fred Dekker
Kraj prod.:USA
Obsada:Ashley Bank, Brent Chalem, Leonardo Cimino, Michael Faustino, Jack Gwillim, Andre Gower, Jason Hervey, Robby Kiger, Ryan Lambert, Tom Noonan, Duncan Regehr, Mary Ellen Trainor
Autor recenzji:gościnnie: Zbigniew Głowala
Ocena autora:7
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Universal Monsters, czyli potwory ze stajni Universal Studios, już tysiąckrotnie gościły na ekranach kin w różnych inkarnacjach. Prawdopodobnie najbardziej znanymi są Dracula, potwór Frankensteina, mumia, wilkołak i potwór z Czarnej Laguny. Z powodzeniem straszyły widzów do lat 50., a później zadomowiły się w brytyjskiej wytwórni Hammer, gdzie dalej przerażały miłośników horroru aż do lat 70. Ponieważ w następnej kolorowej i radosnej dekadzie zrezygnowano z nierzeczywistych potworów na rzecz tych zamaskowanych i bardziej realnych (no, prawie…), miłośnicy horroru z poprzednich lat musieli obejść się smakiem. Dopiero w latach 90. starano się powrócić do gotyckich klimatów rodem z tamtych produkcji. Tym, czego zabrakło w horrorach z lat 80. (oraz także samych filmach wyprodukowanych przez Universal Studios lub Hammer Films), uzupełnili swoje dzieła Francis Ford Coppola (Bram Stoker’s Dracula, 1992), Kenneth Branagh (Mary Shelley’s Frankenstein, 1994) oraz, już mniej udanie, Stephen Sommers (The Mummy, 1999). Na kolejnego wilkołaka musieliśmy poczekać jeszcze jedenaście lat, a gdy już się pojawił (The Wolfman, reż. Joe Johnston, 2010), okazał się poniżej oczekiwań. Jest jednak pewien film, ani to horror, ani komedia, ani też komedio-horror, który trafił na ekrany w 1987 roku, a o którym, mam wrażenie, dużo osób zapomniało.

The Monster Squad, bo o nim mowa, zgromadził wszystkie wyżej wymienione potwory w jednej fabule. Nie jest to zabieg zupełnie nowy, ponieważ Universal już wcześniej pozwolił zejść się tym postaciom w jednym filmie. Wystarczy wspomnieć, że Bud Abbott i Lou Costello spotkali już potwora Frankensteina, wilkołaka i Draculę w filmie o wiele mówiącym tytule Bud Abbott and Lou Costello Meet Frankenstein. Inne podobne produkcje to House of Frankenstein oraz House of Dracula. The Monster Squad, którego reżyserem jest znany z Night of the Creeps Fred Dekker, gubi niestety gotycką poetykę swoich poprzedników i nakręcony jest w charakterystycznej dla lat 80. estetyce.

Fabuła nie rzuca na kolana. Ot, grupka dzieciaków walczy ze złem w amerykańskiej mieścinie. To w skrócie. Oczywiście takich filmów było już kilka i każda taka fabuła ma dodatkowo jakieś bardziej lub mniej oryginalne elementy. Dzieciaki tworzą zespół (tytułowy The Monster Squad) i spotykają się w domku na drzewie, gdzie dyskutują na temat potworów i sposobów ich zabicia. Gdy jednak potwory faktycznie pojawiają się w miasteczku, bohaterowie postanawiają je powstrzymać, korzystając ze wskazówek znalezionych w pamiętniku, który spisał nie kto inny jak nasz stary znajomy, Abe Van Helsing. Najwyraźniej siły zła trzyma w ryzach tajemniczy amulet, który, mimo iż niezniszczalny, może jednak zostać zniszczony raz na sto lat, dokładnie o północy. Czyli, ekhm, nie jest on faktycznie niezniszczalny. Bo gdyby był, to by nie dało się go zniszczyć. Ani teraz, ani za sto lat. Nigdy. Kapujecie? Bo jest niezniszczalny. No ale ten widocznie może zostać zniszczony. Niby zostało wytłumaczone w filmie, dlaczego tak jest, ale ja nadal nie jestem przekonany. W każdym razie, jeśli zostanie zniszczony, siły zła zapanują nad światem. Żeby je powstrzymać i odesłać do Otchłani, należy użyć amuletu i wymówić zaklęcie, które zostało zapisane w pamiętniku. Żeby nie było zbyt prosto, może to zrobić tylko dziewica, a samo zaklęcie zostało napisane po niemiecku.

Tyle fabuła. Jak już napisałem, podobne przerabialiśmy już wiele razy, czy to w The Goonies, czy w The Lost Boys, w Fright Night, czy też w It. To, na co należy jednak zwrócić uwagę oglądając film Dekkera, to drobne smaczki, którymi produkcja jest nafaszerowana. Na pewno wszyscy pamiętają (nie)sławną scenę z pierwszego (faktycznie to chyba czwartego) filmu o Frankensteinie, w której monstrum bawi się z małą dziewczynką w rzucanie kwiatów na wodę. Kiedy mała Phoebe, jedna z głównych bohaterek, bawi się na początku filmu stokrotką, a potem siedzi nad brzegiem jeziora, Dekker daje widzowi intertekstualnego kuksańca. Podobnie rzecz ma się z filmem, na który Sean, główny bohater, chce iść do kina. Na długo przed Rodriguezem i Tarantino, którzy pozwolili kolegom umieścić w swoim Grindhouse trailery do nieprawdziwych filmów exploitation, Dekker, który jest także współscenarzystą The Monster Squad, wysyła swoich bohaterów do kina samochodowego, żeby obejrzeli fikcyjny slasher zatytułowany Groundhog Day. Co więcej, oglądamy nawet krótką scenę z tego filmu na ekranie kina, a później słyszymy także dialogi. Tak więc Dekker używa w horrorze techniki „film within a film” na kilka lat przed tym, zanim zrobili to Mark Herrier i Alan Ormsby w Popcorn lub Wes Craven w Scream 2. Wydaje się, że, podobnie jak to robią w późniejszych latach Craven, Rob Zombie, albo Adam Green, reżyser stara się udowodnić widzom, że zna swój gatunek i lubi bawić się odniesieniami. To właśnie dlatego Sean ogląda typowy slasher z lat 80. Reżyser puszcza oko do widza – jest to już dwunasta część Groundhog Day, filmu o mordercy z siekierą, który, nie ważne, co by mu zrobili w poprzedniej części, w kolejnej zawsze powraca do świata żywych. Z ciekawostek należy wymienić także to, że Jack Gwillim, grający Van Helsinga, występował wcześniej w dwóch produkcjach Hammera. Mamy też odniesienie do książek z serii The Hardy Boys. The Monster Squad nie jest może metafikcyjnym horrorem, jaki zrobi później Craven kręcąc New Nightmare, ale na pewno zawiera elementy, które zauważą i docenią głównie zatwardziali fani gatunku.

Być może aktorstwo nie stoi tutaj na wybitnie wysokim poziomie, ale jak na komedię grozy skierowaną do mniej wybrednego odbiorcy, nie jest źle. Duncan Regehr, grający Draculę, nie jest co prawda Christopherem Lee, ale jego interpretacja najbardziej znanego wampira na świecie, mimo iż ciut sztywna, nie jest wcale taka najgorsza. Na uwagę zasługuje też Mary Ellen Trainor, znana z wymienionego wyżej The Goonies lub z dziwacznego odcinka serialu Tales from the Crypt o mordercy w stroju świętego Mikołaja. Sztywnym krokiem przed kamerą przechadza się także ukryty pod maską monstrum Tom Noonan, którego widzowie kojarzą np. z Manhunter Manna. Dodatkowo w małej roli pojawia się Jason Hervey, którego w Polsce znamy najbardziej dzięki kultowemu serialowi The Wonder Years. Nie jest zatem aż tak źle, zważywszy, że Dekker zgromadził na ekranie aktorów, którzy grali w wielu filmach z tamtego okresu, a których zwykle kojarzymy „skądś”, nie pamiętając przy tym ich nazwisk.

To, co wymaga pochwały, to charakteryzacja. Noonan jest nie do poznania pod maską monstrum, a i wygląd potwora z Czarnej Laguny i mumii też jest zadowalający. Tylko Dracula wydaje mi się coś „przypudrowany”. Same efekty specjalne z butów nie wyrywają, ale polecam transformację wilkołaka, zwłaszcza w imponująco nakręconej scenie w budce telefonicznej.

Niestety, film się dłuży. I jest to największa wada tej produkcji. Zanim przejdziemy do właściwego horroru, musimy najpierw przebrnąć przez sceny żywcem wyjęte z filmu przygodowego dla młodzieży, przeplatanych elementami komediowymi. Horror (taki, na jaki czekamy, a nie, że film jest zły) zaczyna się dopiero po pięćdziesięciu minutach, kiedy mumia wkracza do akcji. Jak na film trwający osiemdziesiąt minut, jest to zdecydowanie za mało, żeby ktoś, kto spodziewa się mocnych horrorowych wrażeń wysiedział do końca. No i nic tu nas tak naprawdę nie wystraszy. Od samego początku jasne jest, że jest to film skierowany do młodszego widza, coś na wzór Goosebumps lub Are You Afraid of the Dark? No i jeszcze samo zakończenie, które jest wyjątkowo bzdurne. O ile potwory atakujące miasteczko jestem w stanie przełknąć jako element gatunku, o tyle wojsko wjeżdżające znienacka z odsieczą na rynek wydaje mi się niedorzecznym pomysłem. Zresztą jeśli sami obejrzyjcie zakończenie, to będziecie wiedzieli, dlaczego.

Bardzo ciężko jest ocenić tę produkcję. Pomysł, żeby zgromadzić wszystkie kultowe potwory w jednym filmie, mimo iż nie jest wybitnie oryginalny, mógł wydawać się strzałem w dziesiątkę. Niestety twórcy nie mogli się najwyraźniej zdecydować, czy kręcą horror, czy komedię, czy może coś jeszcze innego. Fabularnie film leży i przyznaję, że być może nie oglądałem go zbyt uważnie, ale jest pełen luk i niedomówień. Ci, którzy lubią horror, zawiodą się oczekując przytłaczającej atmosfery, gore, czy nawet zwyczajnych starych dobrych „jump scares”. Ucieszy ich natomiast kilka odniesień do klasyki i tego, co się najczęściej kręciło w tamtym okresie, czyli slasherów, oraz to, że niektórzy aktorzy mieli już wcześniej (lub dopiero będą mieć) styczność z horrorem i/lub thrillerem. Pozostali, mniej wybredni widzowie, obejrzą porządny horror komediowy z elementami przygodowymi. Po obliczonym głównie na prostą rozrywkę The Monster Squad nie można, niestety, spodziewać się niczego więcej.

Screeny

HO, MONSTER SQUAD, THE HO, MONSTER SQUAD, THE HO, MONSTER SQUAD, THE HO, MONSTER SQUAD, THE HO, MONSTER SQUAD, THE HO, MONSTER SQUAD, THE

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ Universal Monsters razem w jednym filmie
+ nawiązania do gatunku
+ styl
+ obsada
+ charakteryzacja i efekty (jak na lata 80.)

Minusy:

- gdzie ten horror?
- niezniszczalny amulet, który można zniszczyć (?)
- jak mawiał inżynier Mamoń: „Dłużyzna, proszę pana”
- film skierowany do młodszej publiczności
- końcowa scena z armią

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -