Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:HACK!

HACK!

Cięcie!

ocena:7
Rok prod.:2007
Reżyser:Matt Flynn
Kraj prod.:USA
Obsada: William Forsythe, Kane Hodder, Jay Kenneth Johnson, Sean Kanan, Juliet Landau, Danica McKellar, Lochlyn Munro, Burt Young
Autor recenzji:gościnnie: Zbigniew Głowala
Ocena autora:7
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

W 1994 roku Wes Craven wypuścił swój autotematyczny „New Nightmare” i zapoczątkował pewien nurt lub podgatunek w horrorze, który w języku angielskim określany jest jako self-referential horror film i którego to terminu, z braku lepszego tłumaczenia, będę się dalej w recenzji trzymał. Dwa lata później Craven nakręcił „Scream”, którym sprawił, że zapomniany na kilka lat gatunek, jakim jest slasher, powrócił do łask. „Scream” zapoczątkował serię podobnych mu filmów, doczekał się kolejnych części oraz dziwacznej serialowej wariacji wyprodukowanej przez MTV, a odświeżony gatunek zdetronizował typowy dla początku lat 90. teatralny horror gotycki. Jedną z najbardziej wyrazistych postaci w filmie jest Randy Meeks, który z wyglądu przypomina mi Maynarda G. Krebsa z serialu „The Many Loves of Dobie Gillis” (nie wierzę, że to podobieństwo jest przypadkowe) i którym Craven posługuje się, żeby nadać swojemu filmowi metafikcyjnej formy. Randy to typowy geek i pasjonat horroru, który jako jedyny analizuje morderstwa w Woodsboro, jak gdyby były żywcem wyjęte ze slashera i który jest przekonany, że Sidney Prescott oraz jej znajomi powinni trzymać się zasad, którymi rządzi się ten gatunek. Meeks, niczym Tarantino, pracuje w wypożyczalni kaset wideo, i tak jak Quentin nie stroni od odniesień, cytuje swoje ulubione filmy często i gęsto, oraz wie, że w slasherach „każdy jest podejrzany”. Być może tą postacią Craven daje widzowi znać, tak jak na słynnym plakacie do „The Last House on the Left”, że to tylko film i razem z nim powinniśmy podjąć grę z konwencją. Jednak w filmowej rzeczywistości (która dla nas pozostaje już tylko filmowa, a dla Meeksa jest rzeczywista, mimo iż on sam pewnie chciałby, żeby było odwrotnie), Randy domyśla się, że morderca, być może (nie)świadomie, kieruje się pewną formułą typową dla gatunku. My natomiast wiemy, że Craven kopiuje znane klisze. I świetnie się przy tym bawimy.

Jedenaście lat później Matt Flynn wyreżyserował „Hack!”, który osobiście traktuję (trochę na wyrost) jako spóźnioną odpowiedź na filmy Cravena. Może szału nie ma, ale produkcja ma swój urok, a podobne elementy fabuły pojawią się także dwa lata później w bardziej udanym „The Hills Run Red” z Williamem Sadlerem w jednej z ról. „Hack!” wydaje się być mieszaniną „Scream”, „I Still Know What You Did Last Sumer” (1998) oraz klasycznego „Peeping Tom” (1960). Fabuła jest typowa dla gatunku: grupka młodych ludzi wyrusza na wycieczkę edukacyjną na odciętą od reszty świata wyspę. Dla niektórych jest to szansa, żeby podciągnąć sobie średnią, a dla innych okazja do ostrego imprezowania. Ich gospodarze to para oryginałów, którzy mieszkają w przytulnym i wypełnionym wypchanymi zwierzętami domu z pokaźną jadalnią. Pani domu wydaje się być zafascynowana kinem i wszędzie zabiera ze sobą zabytkową ręczną kamerę 8mm, którą dokumentuje większość z tego, czym zajmują się studenci. A studenci, jak studenci – ognisko na plaży, nocne kąpiele, alkohol, trawa. Nauka zostaje zepchnięta na drugi plan, wszyscy dobrze się bawią (może oprócz organizatorki wyjazdu, prymuski i miłośniczki starych horrorów, która faktycznie chce poświęcić większość czasu spędzonego na wyspie obserwacji bezkręgowców), lecz jak to w slasherach bywa, imprezowicze w końcu zaczynają znikać, nikt nie wie, co się z nimi dzieje, jedyny telefon na wyspie przestaje działać etc., etc. Widzieliśmy to już wiele razy. Więc co takiego dobrego jest w tym filmie, że mimo arcybanalnej fabuły uważam go za wart obejrzenia?

Podobnie jak film Cravena, „Hack!” jest przykładem self-referential horror film i jest nawet pod tym względem cokolwiek nachalny. Już same nazwiska bohaterów nie pozostawiają wątpliwości, że swoim filmem Matt Flynn będzie bezwstydnie i bez umiaru nawiązywał do gatunku. Tak jak w „Scream” mieliśmy Billy’ego Loomisa, tak tutaj mamy cała plejadę znanych w horrorowym światku nazwisk. Para, u której zatrzymują się bohaterowie, to Mary Shelley i Vincent King. Nauczyciel, z którym przypływają na wyspę, to pan Argento, a kapitan łodzi nazywa się Bates. Dodatkowo mamy szeryfa, którego nazwisko brzmi Stoker. W filmie tylko młodzi bohaterowie nie posiadają nazwisk, a ich imiona są zupełnie zwyczajne. No może oprócz niejakiego Q, którego imię może być odniesieniem do „Q: The Winged Serpent” (1982) z Davidem Carradinem w jednej z głównych ról. Ale nie tylko samymi nazwiskami reżyser nawiązuje do gatunku. Flynn rozrzuca po całym swoim filmie odniesienia, które fani horroru łatwo rozpoznają. Łódź o nazwie Orca, groteskowa parodia jednej ze scen z „The Shining” (1980), aluzje do filmów Roba Zombiego i do „The Twilight Zone” – to wszystko tam jest i jeszcze więcej. Nie tylko do horroru Flynn się odnosi, ponieważ jego bohaterowie cytują „Spiker-Mana” (2002) i „A Few Good Men” (1992), drwią z „Free Willy” (1993), a jadalnię zdobią plakaty reklamujące „Porcile” (1969) Pasoliniego i „Mondo Cane 2” (1963). Nawiązań i odniesień jest jeszcze w filmie o wiele więcej, i tych ukrytych i tych oczywistych, a wszystkie reżyser wymieszał z dawką osobliwego humoru, jak gdyby nie brał swojego filmu na poważnie, a kręcił go tylko z myślą o zabawie z konwencją. My też nie powinniśmy zatem traktować „Hack!” jako poważnego filmu. Jest to raczej nie do końca udany pastisz gatunku, któremu brakuje błyskotliwości i inteligencji dzieła Cravena i w którym bohaterowie sami się orientują, że tworzą grupę stereotypowych postaci, jakby specjalnie dobranych pod niskobudżetowy slasher i nawet zauważają z gorzką ironią, że w horrorach czarnoskóry bohater ginie zawsze pierwszy. Nic zatem dziwnego, że film nazywa się „Hack!” Z jednej strony tytuł odnosi się do cięcia i takie też jest jego polskie tłumaczenie. Jednak z drugiej strony rzeczownik „hack” oznacza dziennikarza lub pisarza, który powiela schematy i pisuje tanie książki, często na zamówienie. Ot, taki Guy N. Smith. I tak też należy traktować film Flynna – jako szablonowy slasher, którego główną zaletą jest pewnego rodzaju samoświadomość i autoironia.

Dodatkowym atutem filmu są aktorzy. Nie znaczy to, że grają dobrze. Wręcz przeciwnie, grają tak, jak należy się tego spodziewać po aktorach zatrudnionych w horrorze tej klasy – większość poprawnie, ale nijako, a niektórzy nawet nie udają, że im zależy. Główną rolę gra znana z „The Wonder Years” Danica McKellar, której umiejętności aktorskie ograniczają się do szczerzenia zębów w niewinnym uśmiechu i nerwowego poprawiania okularów. Jest też William Forsythe, który w sposób karykaturalny imituje szkocki akcent. Co ciekawe, tylko ci aktorzy, którzy występują w „Hack!” nie dłużej niż osiem minut, wydają się grać najlepiej. Mimo iż akcent Forsythe’a daleki jest od tego, z jakim mówi na przykład Billy Connolly, to nie można przejść obojętnie obok jego nieco przejaskrawiona interpretację zdziwaczałego kłusownika. Innym aktorem, na którego warto zwrócić uwagę jest znany z „Rocky’ego” (1976) Burt Young, który z lekką ironią odgrywa mrukowatą wersję Quinta z „Jaws” (1975). Dla fanów horroru gratką będzie także krótkie pojawienie się Kane’a Hoddera. Występ ikony horroru w filmie Flynna może mieć nawet wydźwięk symboliczny i oznaczać koniec pewnej ery w historii tego gatunku, zaakcentowany właśnie przez produkcje takich twórców jak Zombie, Roth, lub siostry Soska. A może to tylko ja nadinterpretuję? Pozostali aktorzy nic ciekawego do filmu nie wnoszą. Sean Kanan głupawo wytrzeszcza oczy, Juliet Landau zaciska zęby w nawiedzonym uśmiechy, a Lochlyn Munro umie już chyba grać tylko zastępców szeryfa i agentów FBI (a może Flynn obsadził go w takiej roli, jako kolejny metafikcyjny zabieg?). Reszty nie ma co komentować, ponieważ zagrali, jak potrafili: bez entuzjazmu, ale też bez wpadek. Dlaczego zatem napisałem, że aktorzy są atutem? Ponieważ w chwili kręcenia filmu wszyscy oni byli już w miarę znani, a jeśli nie, to mieli już na koncie kilka poważnych ról. Nie są to zatem aktorzy zaangażowani do filmu znikąd i obsada wygląda na całkiem przemyślaną.

Jeszcze kilka słów o muzyce. Cały soundtrack sprawia wrażenie przyzwoicie przygotowanego, mimo iż jest to typowy dla horroru o nastolatkach zestaw pop rockowych kawałków. Jego mocną stroną jest to, że większość utworów wydaje się być skomponowanych i nagranych specjalnie dla potrzeb filmu. Lecz nie tylko. Usłyszymy także trochę starego dobrego R&B w wykonaniu Arethy Franklin, radosnego popu (Irene Cara i jej oscarowy „Fame”) oraz szybkiej, punkowej przeróbki „That’s Entertainment” The Jam. A zatem wybór kawałków ilustrujących poszczególny sceny jest niczego sobie, a dodatkowy punkt należy się całości za oryginalność.

„Hack!” to dobry film. Daleko mu do innych self-referential horror films takich jak „Wes Craven’s New Nightmare” lub serii „Scream”, ale biorąc pod uwagę fakt, że jest to produkcja skierowana głównie do fanów gatunku, należy przymknąć oko na pewne niedociągnięcia w grze aktorów, tanie efekty specjalne i oklepaną fabułę (hm… po namyśle wygląda mi to na wiele przymykania). Film Flynna warto obejrzeć ze względu na jego metafikcyjny ładunek, ogrom nawiązań i dobrze dobraną obsadę. Jednak powtarzam - nie należy spodziewać się nie wiadomo czego od tej produkcji jako całości, a jeśli ktoś w ogóle nie ogląda horrorów, to nie będzie potrafił docenić tego, co reżyser chciał osiągnąć. Jak sama nazwa wskazuje, „Hack!” to w dużej mierze zrzynka z innych filmów, ale ponieważ jest to zrzynka świadoma, zrobiona umyślnie i z dużą dawką autoironii, warto docenić starania Flynna i podjąć z nim zabawę z gatunkiem. Co więcej, pomimo wyrażonej przez jedną z postaci nadziei, że film nie doczeka się kontynuacji, osobiście liczę, że takowa jeszcze kiedyś powstanie.

Screeny

HO, HACK! HO, HACK! HO, HACK! HO, HACK! HO, HACK! HO, HACK!

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ nawiązanie goni nawiązanie
+ aktorzy (niektórzy)
+ muzyka
+ niekiepskie ujęcia i montaż

Minusy:

- oklepana fabuła
- takie spbie efekty
- Sean Kanan i Juliet Landau
- tylko dla miłośników gatunku
- może jednak zbyt dużo tych nawiązań?

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -