Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:WEREWOLVES ON WHEELS

WEREWOLVES ON WHEELS

Werewolves on Wheels

ocena:5
Rok prod.:1971
Reżyser:Michel Levesque
Kraj prod.:USA
Obsada:D.J. Anderson, Deuce Berry, Stephen Oliver, Barry McGuire
Autor recenzji:gościnnie: Zbigniew Głowala
Ocena autora:5
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:


Mam nadzieję, że część osób czytających ten tekst kojarzy początek „Sick Bubblegum”, utworu, którego autorem jest Rob Zombie i który można znaleźć na jego albumie zatytułowanym „Hellbilly Deluxe 2”. Zombie zna horror, a wyraźna fascynacja tym gatunkiem słyszalna jest na jego płytach i oczywiście widoczna w jego filmach. Wspomniany tu kawałek zaczyna się cynicznym oświadczeniem, które brzmi: „We all know how we’re gonna die, baby. We’re gonna crash and burn” i które jest cytatem z nieszablonowej produkcji zatytułowanej „Werewolves on Wheels”, w której zostały wymieszane elementy kina wilkołaczego i motocyklowego (niestety, tego pierwszego jest znacznie mniej). Wydawać by się mogło, że na filmie, w którym bohaterowie wypowiadają tak niesztampowe kwestie, jak ta przytoczona powyżej, żaden fan horroru nie może się zawieść. Niestety, w przypadku „Werewolves on Wheels” mariaż gatunków tylko drażni i wygląda na to, że twórcy nie bardzo wiedzieli, czy chcą nas straszyć wilkołakami, czy przestrzec przed zagrożeniem ze strony brutalnych gangów motocyklowych. Ale i tak jest nieźle, zważywszy na zapewne niski budżet i dziadowskie aktorstwo.

Fabuła filmu jest dokładnie taka, jak jego tytuł – cudaczna i farsowa. Oto banda motocyklistów przemierza pustynne tereny Stanów, zatrzymując się, żeby zatankować i popijając w dołączonych do stacji paliw knajpach, oraz obijając po drodze dwóch kolesi jadących w ciężarówce (wygląda mi to na chęć zemsty ze strony reżysera za to, co oglądamy w końcówce „Easy Rider” [1969]). Motocykliści w końcu docierają do tajemniczej świątyni, gdzie odurzeni przez urzędujących tam mnichów, zasypiają na trawie nieświadomi niebezpieczeństwa. Mnisi bowiem należą do bliżej niezidentyfikowanego kultu i przeprowadzają jakiś tajemniczy i mrożący krew w żyłach rytuał, w którym bierze udział także dziewczyna herszta gangu (która sama wchodzi do świątyni, kiedy reszta smacznie chrapie). A motocykliści jak to motocykliści – budzą się, dziewczynę odbijają, mnichom dają łupnia i znowu w pustynię… Nie wiedzą jednak, że razem z dziewczyną wywożą ze świątyni klątwę, która została na nią nałożona. O jej skutkach mają się przekonać już niebawem.

Treść filmu to zdecydowanie najsłabszy punkt tej produkcji. Nie bardzo trzyma się to wszystko kupy i ciężko połapać się, o co tutaj w ogóle chodzi. Oglądamy gang motocyklowy pędzący przez opuszczone drogi prowadzące przez pustynie, widzimy, jak jego członkowie imprezują, podglądamy ich, kiedy odpoczywają przy ogniskach i jesteśmy świadkami drobnych aktów wandalizmu, kiedy terroryzują właściciela stacji paliw lub gdy podpalają wraki samochodów gdzieś pośrodku bezludzia. W filmie pełno jest długich i malowniczych ujęć mknących przez pustkowia motocyklistów i wszystkie ilustruje przyjemny dla ucha rock 'n' roll. I to w zasadzie cały film. A gdzie ten horror? No, mamy ten element okultystyczny w fabule, jest trochę mikrego gore, ale na tytułowe wilkołaki przyjdzie nam długo czekać. Zbyt długo, jak na horror o tak fantazyjnym i wiele obiecującym tytule.

Muszę jednak przyznać, że pomimo kiepskiej (żeby nie napisać fatalnej) fabuły, „Werewolves on Wheels” podoba mi się na tyle, że nie ocenię go negatywnie, a wręcz dam mocny dostateczny (tzn. pięć czaszek). Warto przysiąść z piwem w ręce i poświęcić tej produkcji godzinę dwadzieścia, chociażby po to, żeby posłuchać dobrej muzyki. Nieziemski soundtrack do filmu zrobił niejaki Don Gere. Scenom motocyklowym towarzyszy kawałek dobrego blues rocka i polecam zwłaszcza motyw otwierający film – pycha! Oprócz tego mamy sporo radosnego country, którego ogólnie nie tarwię, ale te dwa kawałki wykorzystane w filmie („Mount Shasta Home” i „One Foot in Heaven”) doskonale pasują do całości. Oglądając sceny w świątyni, posłuchamy także trochę wyśmienitego rocka psychodelicznego, który brzmi jak połączenie Jefferson Airplane, The Doors (zwłaszcza motyw ilustrujący scenę tańca z wężem przypomina mi końcówkę „The End”) oraz Coven. I wydaje mi się, że okładka pierwszej płyty tego ostatniego zespołu (mowa o „Witchcraft Destroys Minds & Reaps Souls” z 1969 roku) najlepiej obrazuje złowieszczą atmosferę towarzyszącą całemu filmowi. Czyli nie jest aż tak źle.

Na pochwałę zasługuje przedstawienie gangu motocyklowego jako swoistego plemienia. Mamy oczywiście wodza, którym jest przewodzący grupie Adam, grany przez mało znanego Stephena Olivera. Jak każde plemię, tak i to ma swojego szamana, którym jest Tarot (Gene Shane, który wymieniony został jako Deuce Berry), którego ksywka pochodzi od tego, że potrafi wróżyć z kart. Tarot reprezentuje inteligencję i zdrowy rozsądek (ale też wiarę w to, co nadprzyrodzone), podczas gdy narwany Adam symbolizuje brutalną siłę. Inni członkowie gangu to dziewczyna Adama (Donna Anders, wymieniona jako D.J. Andersen) oraz Scarf, którego gra, uwaga, Barry McGuire. Ten ostatni znany jest dzięki pesymistycznemu, ale bardzo dobrze przyjętemu singlowi „Eve of Destruction” (to ten kawałek, który przez chwilę wykonuje Larry Underwood siedząc na masce samochodu, podczas gdy w oddali widać płonący Nowy Jork w „The Stand” [1994]). Aktorzy są słabiutcy, ale nie trzeba mieć wybitnych zdolność aktorskich, żeby jeździć na motorze, potańczyć wokół ogniska i markować kilka ciosów w udawanej bójce.

Nic więcej niestety napisać na temat „Werewolves on Wheels” się nie da. Oczywiście jest tutaj więcej minusów niż plusów (filmów nie ogląda się dla soundtracków, nieważne, jak dobre by one były), ale ciekawe ujęcia i montaż, interesujące sceny (jak, na przykład ta, w której jeden z motocyklistów stoi przy ognisku i obserwuje gwieździste niebo) i oryginalny (choć, kurczę, trochę absurdalny) pomysł sprawiają, że film da się obejrzeć, a niektóre sceny mogłyby z powodzeniem zostać użyte w kolażu ujęć z innych okultystycznych horrorów z lat 70. i obrazować w teledyskach muzykę takich kapel, jak na przykład Electric Wizard albo Uncle Acid and the Deadbeats. No i ten soundtrack. Ten sountrdack!...

Screeny

HO, WEREWOLVES ON WHEELS HO, WEREWOLVES ON WHEELS HO, WEREWOLVES ON WHEELS HO, WEREWOLVES ON WHEELS HO, WEREWOLVES ON WHEELS HO, WEREWOLVES ON WHEELS

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ cały soundtrack
+ klimat dobrego exploitation
+ pomysł (mimo całej swojej absurdalności)
+ niezłe ujęcia

Minusy:

- gdzie te wilkołaki?
- słabiutcy aktorzy
- to tylkoj biker film z elementami horroru
- no właśnie – gdzie horror? gdzie groza?
- może znużyć

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -