Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:Q a.k.a Q – The Winged Serpent

Q a.k.a Q – The Winged Serpent

Q – The Winged Serpent

ocena:6
Rok prod.:1982
Reżyser:Larry Cohen
Kraj prod.:USA
Obsada:David Carradine, Candy Clark, Michael Moriarty, Richard Roundtree
Autor recenzji:gościnnie: Zbigniew Głowala
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Jeśli kule tego nie zabiją, to chyba sam się zacznę do tego modlić - zapowiada David Carradine w jednej ze scen „Q”, dracznego (ach, jak ja lubię takie słowa!) monster movie w reżyserii Larry’ego Cohena, faceta, który osiem lat wcześniej zrobił „It’s Alive” (1974), a dwa lata później wyreżyseruje słynny „The Stuff” (1985). Słowa wypowiedziane przez Carradine’a odnoszą się do Quetzalcoatla (prawie żaden z bohaterów w filmie nie potrafi tego poprawnie wymówić), azteckiego boga o ciele węża i ogromnych pierzasto-błoniastych skrzydłach, i są dowodem dystansu, z jakim reżyser podchodzi do swojego obrazu. Napiszę to na samym początku: „Q” nie da się nie lubić (oczywiście piszę to w imieniu fanów gatunku). Można marudzić, że postacie są jednowymiarowe, biadolić nad tanią animacją poklatkową, lub narzekać na luki w fabule. Nie sposób jednak odmówić tej produkcji owego uroku, jakim charakteryzują się stare monster movies pokroju „The Beast from 20,000 Fathoms” (1953), „It Came from Beneath the Sea” (1955), czy kultowe pozycje takie jak „Godzilla” (1954) lub „King Kong” (1933), których nowe, gorsze lub (rzadziej) lepsze, wersje ciągle powstają, a ich twórcy koszą kasiorę na naiwnych fanach, którzy pędzą do kina, bo to przecież kolejna (i zapewne przewyższająca poprzedników pod wieloma względami) „Gadzina” i kolejny Kong. Wydaje się, że Cohen inspirował się zwłaszcza filmem o przerośniętym gorylu. Wystarczy porównać plakaty reklamujące obie produkcje. Na tym z 1933 widzimy King Konga stojącego na szczycie Empire State Building i trzymającego w łapie przerażoną Fay Wray. Plakat promujący „Q” przedstawia Quetzalcoatla lecącego obok Chrysler Building i również dzierżącego w szponach anonimową blond piękność. Pod względem fabularnym oba filmy to dwie różne produkcje, ale „Q” to z pewnością jeden z tych obrazów, które dekadę lub dwie wcześniej pokazywany byłby jako wieczorny hit w przeróżnych programach z cyklu creature feature.

Główni bohaterowie filmu to Jimmy Quinn (którego kapitalnie gra Michael Moriarty) oraz Shepard (w tej roli trochę drewniany David Carradine). Ten pierwszy to drobny przestępca i cwaniaczek (ale też zdolny muzyk jazzowy), który, nie chcąc uczciwie pracować, żeby zarobić na utrzymanie siebie i swojej dziewczyny, ciągle pakuje się w różne kłopoty. Shepard jest detektywem, który próbuje rozwiązać sprawę kilku morderstw, które, jak podejrzewa, zostały popełnione na tle rytualnym. Jak gdyby tego było mało, w mieście zaczynają znikać pojedynczy obywatele. Wydaje się, że nie ma w tym nic dziwnego, Nowy Jork to przecież ogromne miasto i takie zniknięcia dla tamtejszej policji to zapewne chleb powszedni. Mieszkańcy jednak zaczynają zauważać niepokojące rzeczy - krew kapiącą z nieba niczym deszcz oraz oderwaną (lub odgryzioną) stopę, która ląduje na ulicy w centrum miasta. Policja dostaje zgłoszenia o kolejnych ofiarach oraz powoli odkrywa, że gdzieś w mieście zagnieździło sie latające monstrum (o dziwo, nikt nie wydaje się tym zaskoczony). Akcja przyspiesza, Shepard stara się przekonać przełożonych, że latający gad ma związek z morderstwami, a Quinn stara się naciągnąć miasto na gruby milion w zamian za informację o miejscu, w którym znajduje się gniazdo potwora.

Zaletą „Q” jest jego szybkie rozpoczęcie. Już pierwsza scena, w której robotnik myjący okna biurowca próbuje flirtować z menedżerką, pokazuje, z jakim filmem mamy do czynienia. Cohen nie sili się na powagę, do niektórych scen podchodzi z przymrużeniem oka i wie, że nikt raczej nie będzie brał jego filmu na serio. Dlatego nie przedłuża rozpoczęcia, nie zarysowuje tła, nie zanudza widza zbyt wieloma detalami. Akcja filmu zaczyna się już w drugiej minucie, a reżyser całkiem sprawnie łączy elementy komedii i horroru. Muszę przyznać, że groteskowy początek filmu wywołał u mnie głównie ironiczny uśmieszek, ale z drugiej strony naprawdę nie spodziewałem się po tej produkcji estetycznych uniesień porównywalnych do tych, które może dostarczyć - bo ja wiem? - na przykład „Suspiria” Dario Argento. Szybkie zawiązanie akcji pozwala uniknąć wszelkich nieporozumień wynikających z niezrozumienia, czym film Cohena jest (lub czym na pewno nie jest). Zaczynając swój obraz w taki, a nie inny sposób, reżyser mówi do widza: "Hej, to jest dokładnie to, czego powinieneś się spodziewać po 'Q'. Jeśli ci się nie podoba, możesz już teraz wyjść z kina, bo dalej wcale nie będzie lepiej". Bardzo uczciwe postawienie sprawy.

Czymś niesamowitym jest natomiast gra Michaela Moriarty'ego. Jego występ w „Q” zaowocuje później kolejnymi rolami u Cohena (na przykład we wspomnianym wyżej „The Stuff” lub „A Return to Salem's Lot” [1987]). Jednak to w filmie o skrzydlatym azteckim bóstwie Moriarty daje niezapomniany popis odgrywając nieco zwichrowanego emocjonalnie drobnego kryminalistę, który chce w pełni wykorzystać nadarzającą się okazję na oskubanie kasy miasta z tłuściutkiego miliona i uratowanie przy tym obywateli Nowego Jorku. Bo tak też Jimmy Quinn usprawiedliwia swoje mało moralne postępowanie - skoro ze strony miasta i policji spotykały go do tej pory tylko mało przyjemne rzeczy (Jimmy spędził w więzieniu ponad dwa lata), to nie ma nic złego w odegraniu roli bohatera, uratowaniu miasta i przy okazji zarobieniu kupy szmalu. Quinn wie, że zwlekając z podaniem informacji tylko zwiększa ryzyko pojawienia się kolejnych ofiar, ale nie przeszkadza mu to w prowadzeniu negocjacji z policją i władzami Nowego Jorku. Jest przekonany, że jeśli policjanci będzie dalej czekać, to krew kolejnych ofiar splami ich ręce, ponieważ to właśnie oni odrzucili ofertę jego pomocy. Jimmy Quinn, który wydaje się być raczej nieszkodliwym cwaniakiem, jest w gruncie rzeczy wyrachowanym i trochę niezrównoważonym przestępcą, który, mimo iż jest głównym bohaterem i wzbudza pewną sympatię u widza, jest postacią raczej negatywną. Moriarty wyczynia cuda, żeby dobrze odegrać lekko obłąkanego kryminalistę, którego nikt tak naprawdę nie traktuje poważnie, a który, korzystając tylko ze swojego sprytu, okazuje się być dla niektórych śmiertelnie groźnym przeciwnikiem. Sposób, w jaki gra Moriarty przypomina mi trochę technikę gry Crispina Glovera - chaotyczne gesty, wyostrzona mimika, przesadna dykcja. Nic z tego jednak nie razi, a jest wręcz wymagane przy takiej roli. Michael na zmianę śmieje się gwałtownie, kuli przerażony, rzuca na policjantów, wścieka na swoją dziewczynę, udaje pokrzywdzonego przez los, by zaraz potem napyskować na Carradine'a. Ale ani razu nie porzuca swojej postawy cynicznego i wyrachowanego cwaniaka, który kontroluje wszystkich, od swoich (nie)przyjaciół kryminalistów po przedstawicieli władzy, i który z pewną pretensją odnosi się do otaczającego go świata. Brawo Moriarty!

David Carradine gra już trochę gorzej. Nie jest to może rola tak dobrze napisana jak postać Billa lub Caine'a (z serialu „Kung Fu”), ale zestaw kilku sztywnych ruchów i lekko kpiąca mina twardego gliniarza to trochę za mało, żeby uznać występ za udany. Jest on co najwyżej dostateczny. Trzeba jednak przyznać, ze nikt na świecie nie seplenił z taką gracją, z jaką robił to Carradine. Czasem w głowę zachodzę, jak ten gość mógł zostać znanym aktorem z taką wadą wymowy. Nie przeszkadza to jednak, a pogarszająca sie z wiekiem sygmatyzm stał się dla Carradine'a rodzajem znaku firmowego. Inni aktorzy pojawiający się w filmie to Candy Clark znana z roli rozwrzeszczanej Debbie w hicie „American Graffiti” (1973) oraz John Shaft, czyli Richard Roundtree, który najwyraźniej dobrze czuje się w rolach policjantów. Warto zwrócić uwagę na Clark, która, grając dziewczynę Quinna, dorównuje Moriarty’emu pod względem umiejętności aktorskich. Kiedy tych dwoje pojawia się razem na ekranie, jest co oglądać, a Clark dwoi się i troi żeby sprostać wysokim standardom gry, narzuconym przez jej partnera.

Jak na monster movie przystało, film charakteryzuje się słabą animacją poklatkową. Dzisiaj twórcy użyliby taniego CGI, ale „Q” to już staruszek i animacja azteckiego bożka, jak i reszta efektów, też ma długą i siwą brodę. Jeśli podejdzie się do seansu z odpowiednim nastawieniem, pamiętając, że film powstał ponad trzydzieści lat temu i że Cohen najwyraźniej nigdy nie miał ambicji, by wyreżyserować epickie dzieło za ogromne pieniądze, naprawdę będziemy się dobrze bawić oglądając zmagania nowojorskiej policji z mitycznym Quetzalcoatlem (mam nadzieję, że dobrze napisałem) na szczycie Chrysler Building. Jak już pisałem, „Q” posiada urok starych filmów o monstrach atakujących duże miasta i prawdę mówiąc osobiście czułbym się nieco zawiedziony, gdyby efekty specjalne okazały się choć trochę lepsze. Z drugiej strony za mało jest tutaj potwora w filmie o potworze. Niby coś tam lata, zaskrzeczy od czasu do czasu, kamera wychwyci a to kawałek szponu, a to fragment dzioba, ale Quetzalcoatla w pełnej krasie zobaczymy dopiero pod koniec filmu (wcześniej chyba tylko w jednej scenie i tylko na chwilę pojawia się na ekranie w całej okazałości, łapie ofiarę i znika). Co więcej, nie mogę uwierzyć, że nikt nie potrafiłby wskazać miejsca, gdzie tak wielka bestia się ukrywa. Niby zostało to w filmie wytłumaczone, ale bez przesady – wielki skrzydlaty gad lata nad Nowym Jorkiem, porywa ludzi i nikt z mieszkańców do tej pory nie zauważył, dokąd ich zabiera? Bzdura. Utrzymywanie wyglądu potwora w tajemnicy prawie do końca samego filmu jest uzasadnione tylko wtedy, jeśli twórcy mają w zanadrzu kilka ciekawych zwrotów akcji (a ona sama charakteryzuje się szybkim tempem), w miarę interesujących bohaterów lub cokolwiek, co zapełni film i pozwoli widzowi dotrwać do finałowego starcia. No i kiedy wygląd monstra jest wart godziny czekania. Takie przedłużanie zdało egzamin w „Cloverfield” (2008). Tam potwór nigdy nie jest do końca ukazany, przemyka tylko gdzieś nad budynkami, ciska głową Statuy Wolności, zrzuca z siebie żerujące na nim pasożyty, które pomagają mu (jej?) w masakrze, znika w dymie, by za chwilę wyskoczyć i łapą strącić helikopter. Dzieje się. I kiedy Clover pojawia się prawie na samym końcu filmu, wiem, że nie zostałem przez twórców oszukany – wygląd bestii wart był czekania. Oni wiedzieli jednak, jak utrzymać widza w ciągłym napięciu, a fabuła filmu została tak skonstruowana, że monster movie zamienia się w pewnej chwili w post-apokaliptyczne found footage, gdzie bohaterowie, mimo iż nigdy nie zapominają o grasującym potworze, muszą się także zmierzyć z samym miastem, które ulega zniszczeniu nie tylko ze strony potwora, ale także armii. „Q” nie jest tak widowiskowy (zresztą dlaczego miałby być? Różnica wieku między tymi filmami to dwadzieścia sześć lat!), no i brakuje w nim owych szczegółów, które później sprawią, że „Cloverfield” to naprawdę interesująca pozycja (scena zamykająca film – bomba!). Niestety, podczas seansu „Q” miałem wrażenie, że film, który właśnie oglądam to jakiś police procedural z lat 70.: okultystyczne morderstwa, mafia, drobni przestępcy, napad na bank, detektywi, no i ten Shaft, który najwyraźniej został wpisany w fabułę jako mocno stąpający po ziemi i trochę cyniczny odpowiednik postaci, którą gra Carradine. Horror też tam jest, a kilka scen może nawet wywołać niesmak u bardziej wrażliwego widza. Mam jednak wrażenie, że jest tego wszystkiego trochę za mało.

Chciałbym także zwrócić waszą uwagę na muzykę, która została wykorzystana w niektórych scenach. Polecam zwłaszcza jazzowe improwizacje Quinna, które słyszymy, gdy bohater gra w knajpie, w której ma nadzieję dostać pracę. Lubię takie drobne smaczki (jak na przykład Stegman grający na pianinie bardzo melancholijny kawałek w kultowym „Class of 1984” [1982]), ponieważ mimo wszystko pozwalają mi uwierzyć, że film Cohena to być może coś więcej, niż tylko tani monster movie.

Miałem wielką ochotę dać „Q” siedem czaszek, ale obawiałem się, że troszkę bym tu przesadził. Owo „troszkę” to zaledwie jedna czaszka, która jednak wnosi wiele do oceny. Zdecydowałem zatem, że dam sześć punktów, ponieważ film jest jednocześnie zły i niespodziewanie dobry. Jak już pisałem, wszystko zależy od nastawienia, które towarzyszy nam podczas seansu i oczywiście znajdą się takie osoby, którym film się nie spodoba. Jeśli tuż po obejrzeniu otwierającej film sceny widz stwierdzi, że obraz Cohena to nic innego, jak tani film klasy B z nonsensowną fabuła i nędznymi efektami specjalnymi, to następna godzina będzie wypełniona jojczeniem na mierną jakość produkcji i utyskiwaniem na Cohena i jego umiejętności reżyserskie (co ciekawe, w takich chwilach wszyscy nagle stają się znawcami reżyserskiego rzemiosła). Jeśli jednak od początku będziemy wiedzieli, czego się po „Q” spodziewać, to dobrniemy do końca filmu z przyjemnością, a marne efekty uznamy nawet za zaletę. Pierwsza scena to taka próbka produktu i jeśli nas usatysfakcjonuje, to sięgniemy po resztę towaru. Oceniam więc „Q” na sześć, żeby ostrzec grymaśników i marudy, ale w domyśle jest to siódemka.

Screeny

HO, Q a.k.a Q – The Winged Serpent HO, Q a.k.a Q – The Winged Serpent HO, Q a.k.a Q – The Winged Serpent HO, Q a.k.a Q – The Winged Serpent HO, Q a.k.a Q – The Winged Serpent HO, Q a.k.a Q – The Winged Serpent

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ Michael Moriarty i Candy Clark
+ znani aktorzy
+ muzyka
+ dystans reżysera do filmu
+ klimat starego monster movie

Minusy:

- słaba animacja potwora
- za mało horroru
- za mało potwora
- za dużo kryminału
- jak to? nikt nie zauważył latającego węża?
- grymaśnicy będą grymasić
- Carradine powinien brać lekcje u kolegi z planu

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -