Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:VISITING HOURS

VISITING HOURS

Visiting Hours

ocena:6
Rok prod.:1982
Reżyser:Jean-Claude Lord
Kraj prod.:Kanada
Obsada:Lee Grant, Michael Ironside, Linda Purl, William Shatner
Autor recenzji:gościnnie: Zbigniew Głowala
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Nie cierpię szpitali. Nie znam też nikogo, kto twierdziłby, że pobyt w szpitalu wspomina jak wypoczynek w czterogwiazdkowym hotelu. Jest oczywiście basen (ale nie taki, którego się spodziewamy), jest sprawna obsługa (pyskata i mało uprzejma), jest telewizor (na monety!). Białe ściany, biała pościel, białe kitle. Koszmar. Nic zatem dziwnego, że twórcy horrorów lubią swoje fabuły umieszczać w tak ponurych miejscach, a swoich bohaterów robią lekarzami lub pielęgniarkami. Wystarczy wymienić „Autopsy” (2008), „Nurse 3D” (2013), „Infection” (2004), „Cold Prey 2” (2008), „Dr. Giggles” (1992), „The Dentist” (1996), „Hospital Massacre” (1982), oraz wiele innych, włączając w to całą gamę filmów, których akcja dzieje się w szpitalach psychiatrycznych. Niektóre z nich wyrażają nasz lęk przed lekarzami (kto się nie boi dentysty?), inne straszą nielegalnym handlem organami, jeszcze inne próbują przerazić widza wizją ohydnych pseudonaukowych eksperymentów medycznych. Natomiast w „Visiting Hours” szpital staje się pułapką dla głównej bohaterki, która poważnie ranna, stara się ujść z życiem przed atakami ścigającego ją maniaka. Wydawałoby się, że szpital to jedyne bezpieczne miejsce, w którym mogłaby się schronić i gdzie, otoczona przez przyjazny personel i policyjną obstawę, spokojnie wróci do zdrowia. A jednak…

Główna bohaterka „Visiting Hours” to dziennikarka i wojująca feministka. Broniąc publicznie kobiety, która w akcie samoobrony postrzeliła swojego męża, naraża się na atak ze strony niejakiego Colta Hawkera, który napada ją w jej własnym domu. Deborah, bo takie jest jej imię, przeżywa napaść, ale w ciężkim stanie trafia do miejskiego szpitala, gdzie czeka ją operacja. Hawker nie daje jednak za wygraną i w dalszym ciągu dybie na życie dziennikarki. Mimo zapewnień ze strony personelu oraz jej przyjaciół, że szpital jest bezpiecznym miejscem, Deborah domyślą się, że Colt tak łatwo się nie podda, zwłaszcza, że wśród pacjentów pojawiają się ofiary, które giną w tajemniczych okolicznościach.

„Visiting Hours” nie przypadł mi do gustu, ale nie oznacza to, ze nie potrafię go docenić. Cały film niestety zbyt przypomina mi starszą o dwa lata (i o wiele lepszą) produkcję, zatytułowaną „New Year’s Evil” (1980) w reżyserii Emmetta Alstona. Główną bohaterką w filmie Alstona jest prezenterka radiowa, Diane Sullivan, która w budynku stacji prowadzi sylwestrowy koncert rockowy i odbiera telefony od słuchaczy. Jednym z nich okazuje się tajemniczy mężczyzna, który ostrzega, że będzie mordował po jednej osobie z chwilą wybicia północy w każdej strefie czasowej. Diane ma być jego ostatnią ofiarą. Fabuły wydają się być różne, a więc gdzie te podobieństwa? Otóż zarówno Deborah, jak i Diane znajdują się w zamkniętym budynku, którego nie mogą z różnych powodów opuścić, a do którego mordercy, pomimo bogatej obstawy policyjnej, potrafią wślizgnąć się bez większych trudności. Obie bohaterki są też dziennikarkami. W obu filmach mordercy pałają do kobiet nienawiścią, która ma źródło w ich przeszłości i obaj mają poważne problemy psychiczne. Dodatkowo od samego początku wiemy, kim oni są, zupełnie inaczej, niż w innych slasherach z tamtego okresu, w których zabójcy ukrywają się pod maskami, lub reżyser unika pokazania ich twarzy, eksponując za to ich dłonie lub ukazując wszystko z ich perspektywy. I Colt, i morderca w filmie Alstona kolekcjonują pewnego rodzaju trofea po swoich ofiarach – pomysł z uwiecznianiem ostatnich chwil ofiar na zdjęciach jest odpowiednikiem nagrywania ich na taśmę w „New Year’s Evil”. Co więcej, oba filmy poruszają temat zażyłych relacji między ojcem i synem. „New Year’s Evil” to jednak nie jedyna inspiracja dla „Visiting Hours”. Niektóre elementy w filmie zostały zaczerpnięte z takich klasyków, jak „Maniac” (1980, mizoginizm oraz silne przywiązanie do jednego z rodziców), „Peeping Tom” (1960, uwiecznianie ostatnich chwil ofiar), oraz wielu innych (często niskobudżetowych) slasherów z tamtego okresu, w których mizoginia, nawet jeśli nie było to początkowo zamierzeniem reżysera, stała się jednym z wiodących elementów fabuły, zaraz obok nierozwiązanych konfliktów z rodzicami i traumatycznych zdarzeń z dzieciństwa. Nie ma nic złego w tych nawiązaniach, przecież prawie wszystkie slashery bazują na podobnym schemacie, a na jakiekolwiek zmiany przyszło nam czekać do drugiej połowy lat 90., mimo to podobieństwa (zamierzone lub nie) między filmem Lorda, a wcześniejsza produkcją Alstona troszkę mnie irytowały. Może sprawa miałaby się inaczej, gdybym jako pierwszy widział „Visiting Hours”, a potem dopiero sięgnął po „New Year’s Evil”. Wtedy ten drugi stałby się dla mnie tylko „tym-fimem-który-zainspirował-tamten-film-Lorda”. W tej chwili jednak to „Visiting Hours” stał się „sprytnie-zakamuflowaną-kopią-filmu-Alstona”.

Nie ma jednak co narzekać, ponieważ film ratuje Michael Ironside w roli Colta Hawkera. Znany ze „Scanners” (1981) Cronenberga oraz całej gamy ról czarnych charakterów, wojskowych i policjantów w latach 80. i 90., Ironside trochę ociężale przemierza szpitalne korytarze, nieco przypominając swoim chodem, zachowaniem i ogólnie wyglądem młodego Nicholsona. To dobry aktor, który w filmie Lorda gra głównie twarzą – zaciśnięta szczęka, nienawistne spojrzenie, uśmiech szaleńca. Ironside doskonale sprawdza się w roli psychopatycznego Hawkera, jego potężna postura nadaje postaci złowieszczy wygląd, a powolny i ciężki chód aktora świetnie wpisuje się w ogólną mrukliwość Hawkera. W roli Deborah została obsadzona Lee Grant, która już wtedy miała na swoim koncie Oscara za występ w „Shampoo” (1975) oraz już wcześniej grała w horrorach (w 1978 w „Damien: Omen II” oraz w tym samym roku w „The Swarm”). Jej rola znerwicowanej i lekko fanatycznej Deborah ogranicza się niestety głównie do leżenia lub siedzenia na szpitalnym łóżku, oraz do biegania po korytarzach i wrzeszczenia w późniejszych partiach filmu. Nic specjalnego. Oprócz tej dwójki w filmie zobaczymy jeszcze Lindę Purl, która, młodsza od Grant trzydzieści lat, swoimi umiejętnościami aktorskimi i naturalnością przewyższa zmanierowaną grę starszej i uhonorowanej Oscarem koleżanki. Na końcu należy wymienić też Jamesa T. Kirka ze „Star Trek”, czyli Williama Shatnera, który gra szefa Deborah. Niestety, ani Shatner, ani jego postać, nie wnoszą do filmu zupełnie nic ciekawego. Mam wrażenie, że postać Gary’ego została na siłę wciśnięta do fabuły, żeby kapitan Kirk mógł zagrać sobie w czymś innym, niż film science fiction i zapełnić czas w bezczynnym oczekiwaniu między drugą i trzecią częścią „Star Trek” (wcale tego nie potrzebował – grał w tym czasie w serialu „T. J. Hooker”).

Warto zaznaczyć, że twórcy filmu nie chcieli nakręcić kolejnego sztampowego horroru powielającego schematy znane z „Halloween” (1978), „Friday the 13th” (1980) lub „The Prowler” (1981). Wydaje się, że ich ambicje sięgały dalej i dlatego dodali do fabuły motyw relacji między ojcem, synem i matką, który ma ukazać widzowi źródło mizoginicznych zapędów Hawkera. Pomysł wart jak najbardziej pochwały, problem jednak tkwi w długości produkcji. W i tak dłuższym od standardowego horroru filmie Lorda („Visiting Hours” trwa godzinę czterdzieści pięć minut) nie ma miejsca na analizy nierozwiązanych konfliktów z dzieciństwa, które leżą u podstaw późniejszych barbarzyńskich zachowań bohatera. No i umówmy się – „Visiting Hours” to nie „Psycho”, a Jean-Claude Lord to nie Hitchcock. Chcąc straszyć widza, nie możemy tracić czasu na pseudo-psychologiczne analizy, ponieważ nie ma na to zwyczajnie czasu. Kiedy jednak reżyser upiera się, żeby dogłębnie badać i pokazywać zachowanie i działanie bohatera w kontekście wcześniejszych traumatycznych zdarzeń, wtedy sam horror na tym traci. Błąd ten popełni później Rob Zombie kręcąc „Halloween” (2007), w którym przez pierwszą godzinę pokazuje dzieciństwo Myersa (co i tak nie tłumaczy, czemu Michael jest, jaki jest), a potem w pośpiechu streszcza to, co znamy z oryginału Carpentera. W wyniku mamy kilka wersji filmu, ponieważ Zombie skracał i ciął materiał, usuwał lub dodawał sceny, i już sam nie wiem, która to theatrical release, która director’s cut, a która jeszcze coś innego. Młyn jak przy „Blade Runner” Scotta. Tak więc Lord stara się wytłumaczyć widzowi, skąd wzięły się mordercze zapędy jego bohatera i dowodzi to pewnych ambicji reżysera. Niestety, „Visiting Hours” to nie thriller psychologiczny i na takie dywagacje nie ma w nim miejsca. Dlatego cała analiza zrobiona jest po łebkach i w formie wyrywkowych retrospekcji (ale nie tylko).

Jak wiele podobnych filmów, także „Visiting Hours” nie ustrzegł się przed niedorzecznym zachowaniem niektórych bohaterów. Mowa tu o postaci granej przez Lindę Purl, pielęgniarce pracującej w szpitalu, której postępowanie w chwili, gdy dowiaduje się o niebezpieczeństwie grożącym jej córce, zachowuje się nieco pochopnie. O ile jej nierozważne działanie można oczywiście wytłumaczyć lękiem przed utratą dziecka, o tyle chaotyczne i nieudolne zachowanie policjantów strzegących szpitalnego piętra, na którym znajduje się pokój Deborah, jest zupełnie niepojęte. Jako plus należy jeszcze dodać zwolnienie akcji (tak, to jest plus!) w chwili, kiedy pielęgniarka dowiaduje się, że jej córka jest w niebezpieczeństwie i odkrywa kim jest morderca. To właśnie wtedy najbardziej widoczna jest nieporadność i niechęć w działaniu policji. Niespieszne i rozwlekłe ujęcia, brak zainteresowania ze strony innych oraz raczej powolne działanie samej zainteresowanej (wydawałoby się, że powinna histerycznie wybiec ze szpitala i tak samo wpaść do domu, zawiadamiając w międzyczasie wszystkie jednostki policji) potęgują poczucie bezradności do tego stopnia, że zaczynamy nerwowo stukać palcami w poręcz fotela i bezwiednie powtarzać: „Szybciej, no szybciej…”

Obawiam się niestety, że zapomnę o „Visiting Hours” dość szybko. Bynajmniej nie dlatego, że film Lorda jest zły. Przeciwnie, jest całkiem niezły (nie tak dobry jednak jak „New Year’s Evil”). Na plus należy zaliczyć fakt, że, pomimo wspomnianych powyżej zapożyczeń z innych horrorów, różni się on pod wieloma względami od innych schematycznych slasherów z początku lat 80. No i jest Ironside, dla którego być może właśnie warto sięgnąć po tę pozycję. Nie jest to jednak produkcja, którą polubią fani mainstreamowych slasherów typu „dead teenager movie”, jak ten podgatunek zgrabnie określił niezastąpiony Roger Ebert, ani też pozycja dla miłośników ambitnych thrillerów psychologicznych spod znaku Hitchcocka lub De Palmy. Zawieszony gdzieś pomiędzy tymi gatunkami, „Visiting Hours” nie doczeka się ani sequela, ani też remake’u. A szkoda, ponieważ dziś są to jedyne formy przypomnienia jakiegoś filmu szerszej (młodszej) publiczności. W inny sposób niestety film Lorda się nie obroni. Zapomniany przez wszystkich, „Visiting Hours” zasługuje na mocną szóstkę.

Screeny

HO, VISITING HOURS HO, VISITING HOURS HO, VISITING HOURS HO, VISITING HOURS HO, VISITING HOURS HO, VISITING HOURS

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ Michael Ironside w roli maniakalnego mordercy
+ Linda Purl pokazuje Lee Grant, jak należy grać
+ reżyser potrafi utrzymać odpowiednie tempo filmu
+ Lord ambitnie podchodzi do gatunku (nierozwiązany konflikt z dzieciństwa)…

Minusy:

- …ale nie potrafi się zdecydować, czy kręci slasher, czy thriller psychologiczny
- film zbyt krótki, żeby w pełni pokazać to, co twórcy sobie zaplanowali
- od czego jest tam ta policja?
- nierozważne decyzje postaci granej przez Purl
- Lee Grant się nie wysiliła
- co tam robi Shatner? po co on tam w ogóle jest?

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -