Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:I, MADMAN a.k.a Hardcover

I, MADMAN a.k.a Hardcover

I, Madman

ocena:8
Rok prod.:1989
Reżyser:Tabor Takacs
Kraj prod.:USA
Obsada:Jenny Wright, Clayton Rohner, Randall William Cook
Autor recenzji:Zbigniew Głowala
Ocena autora:8
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

W 1991 roku Oliver Stone nakręcił „The Doors”, cudaczną i pełną nieścisłości biografię tytułowego zespołu, w której fakty zostały wymieszane z drobnymi kłamstewkami, wymyślonymi przez reżysera, który najwyraźniej w ten sposób chciał podkolorować i tak przecież ciekawe i burzliwe życie Jima Morrisona. Mimo iż film został przyjęty chłodno zarówno przez krytyków jak i sam zespół (a raczej jego trzech „osieroconych” przez Morrsiona członków), jest on wart obejrzenia. W jednej ze scen Jimmy ma spotykać Andy’ego Warhola (mistrzowsko zagranego przez Crispina Glovera) w jego słynnej Fabryce. Zanim jednak zostają sobie przedstawieni, jeden ze współpracowników Warhola tłumaczy naiwnemu (ale też i trochę już zblazowanemu Morrisonowi), że „mądrzy ludzie w Ameryce zastanawiają się, czy Andy naśladuje życie, czy też życie naśladuje Andy’ego”. Jest to oczywiście parafraza Wilde’owskiego stwierdzenia, że „życie naśladuje sztukę bardziej, niż sztuka naśladuje życie”. W swoim filmie „I, Madman” reżyser Tibor Takács mówi jeszcze coś innego: „sztuka (nawet ta najniższych lotów) tworzy życie.” A po chwili dodaje: „i to wcale nie w przenośni…”

Główną bohaterką filmu jest Virginia, młoda dziewczyna pracująca w uroczym i wypchanym po brzegi starymi książkami antykwariacie. Wieczory spędza w przykusej pidżamie zaczytując się tanimi i makabrycznymi horrorami autorstwa niejakiego Malcolma Branda. W antykwariacie są tylko dwie pozycje tego autora (które trafiają tam z innymi podejrzanymi pozycjami, które należały wcześniej do autora – „Alchemy. The Medieval Alchemists and their Royal Art” oraz makabryczny „Atlas of Legal Medicine”), ale to wystarczy, żeby nasza czytelniczka naraziła się ich lekturą na duże niebezpieczeństwo. Psychopatyczny Alan Kessler (alter ego Branda), główny bohater tego drugiego czytadła (zatytułowanego właśnie „I, Madman”), okazuje się być całkiem realny i przenika do rzeczywistego świata, żeby prześladować Virginię. W książce Kessler jest doktorem zakochanym w pewnej aktorce, który postanawia się dla niej oszpecić. Ten okropny pomysł przychodzi mu do głowy, kiedy uzmysławia sobie, że obiekt jego westchnień wcale nie uważa go za przystojniaka. Ohydnie okaleczony, biega teraz Kessler nocami po ulicach i zabija kolejnych Bogu ducha winnych ludzi, żeby z części ich twarzy skomponować swoją własną. Tutaj włosy, tam nos i Kessler nam pięknieje (nie no, przesadzam – nadal wygląda tragicznie, serio…). Wszystkie morderstwa popełniane są w takiej kolejności i w taki sam sposób, jak to opisał w swojej książce (która notabene jest reklamowana jako oparta na faktach) autor. Na domiar złego szaleniec upatrzył sobie Virginię, w której rozpoznaje swoją aktorkę, a która zaczyna obawiać się o swoje życie, zwłaszcza, że wie, jak kończy się książka…

„I, Madman” to dobry kawałek horroru. Historia nie wydaje się oryginalna (podobny motyw wykorzystał Wody Allen w „The Purple Rose of Cairo” [1985], gdzie fikcyjni bohaterowie schodzą z ekranu, a ci „prawdziwi” mogę wejść w świat przestawiony w filmie; w 1995 roku Carpenter w podobny sposób namiesza w fabule ciężkostrawnego „In the Mouth of Madness”), a cała akcja kręci się wokół coraz bardziej spanikowanej bohaterki, która próbuje przekonać swojego chłopaka policjanta i jego współpracowników, że wie, kto będzie następną ofiarą i że Kessler istnieje naprawdę. Film ogląda się jednak gładko, bez większych ziewnięć i utyskiwań. Podczas seansu stajemy się prawdziwie zainteresowani zagadką, domagamy się wyjaśnienia, czemu ten zły Kessler dybie na życie ślicznej Virginii, chcemy wiedzieć, jak to się stało, że wylazł z książki. Tak, fabuła jest płynna i nieskomplikowana – sama frajda z oglądania. Do czasu. Takács nie ustrzegł się kilku błędów i jednym z nich jest niepotrzebna (i chyba wciśnięta na siłę, żeby jakoś wydłużyć prostą historię) scena, w której bohaterowie szykują zasadzkę na Kesslera. Nic z niej nie wynika, nie buduje nawet napięcia, a tylko opóźnia akcję. Sam trzon fabuły to mroczna wariacja na temat znany z wielu różnych adaptacji „Pięknej i Bestii”, tylko tym razem nie ma tu żadnych klątw do zdjęcia i romantycznego zakończenia – bestia to faktycznie bestia, natomiast piękna to… no cóż, zwyczajna dziewczyna, która jest, powiedzmy, niebrzydka. Mamy natomiast nawiązanie do klasycznego „The Phantom of the Opera” (1925), w którym to filmie tytułową rolę zagrał fantastyczny Lon Chaney. Wszyscy pamiętamy Erika, tytułowego Upiora grasującego w operze i usychającego z miłości do uroczej śpiewaczki, Christine. Chaney sam przygotował swoją charakteryzację. Czarne obwódki wokół oczu, zadarty nos, wampirze kły – aktor naprawdę się postarał, żeby wyglądać upiornie. Jeśli wierzyć pogłoskom (i Wikipedii), widzowie mdleli przerażeni podczas oglądania sceny, w której Christine zdejmuje maskę Erika, a jego szkaradne oblicze ukazane jest w pełnej okazałości. Charakteryzacja pierwsza klasa, zestaw do jej wykonania ciągle do obejrzenia w muzeum w Los Angeles, a
Takács ma doskonały wzór do naśladowania. Mimo iż jest to nowa charakteryzacja (lepsza? inna?), ohydnie zniekształcony Kessler dość wiernie przypomina Erika i przeraża w równej mierze. Opatulony czarnym płaszczem i przemykający po skąpanych w mroku ulicach bohater staje się nowym Upiorem. I podobnie jak Erik, także Kessler zakłada maskę, żeby ukryć swoje szkaradne lico. Czarny szal, którym zakrywa dolną część twarzy (zostawiając widoczne tylko oczy) i taki sam kaszkiet to odpowiednik maski, którą nosi Erik. Warto porównać obie charakteryzacje i zwrócić uwagę na podobieństwa.

Aktorstwa nie ma się co czepiać. Jenny Wright (Virginia) zrobi od czasu do czasu maślane oczy, przygryzie wargę, przerażona pobiegnie na obcasach w dół ulicy i w ostatecznym rozrachunku wychodzi to całkiem nieźle. Trochę naiwna, rozpaczliwie bezradna, nieco niewinna Virginia to łakomy kąsek dla maniakalnego mordercy i stuprocentowy obiekt westchnień dla psychopatycznego wielbiciela. Ale szału raczej nie ma. Jej chłopaka gra raczej mało znany Clayton Rohner, a że rola policjanta nigdy nie jest wymagająca (chyba że jest to Harry Callahan albo John McClane), to i Rohner daje radę. W rolę Kesslera wcielił się Randall William Cook, który aktorem raczej nie jest (chociaż demoniczny Kessler w jego wykonaniu potrafi przerazić), a zajmuje się głównie animacją i charakteryzacją (podobnie jak Chaney, który sam się ucharakteryzował do roli Erika). Cook współpracował już wcześniej z reżyserem „I, Madman” podczas kręcenia jego wcześniejszego dziełka „The Gate” (1987), a potem popracuje przy wszystkich częściach „Władcy pierścieni”, czego wynikiem będą trzy Oscary. Wcześniej zajmował się również animacją w filmie „Q” (1982), który recenzowałem w poprzedniej aktualizacji. Jeśli chodzi o efekty specjalne, nie ma Cook w „I, Madman” dużego pola do popisu, ale to, co wykonał na potrzeby emocjonującej sceny zamykającej film (oraz tej pierwszej, w hotelu) zasługuje na oklaski. Duży postęp od czasów „Q”. Na uwagę zasługują również płynne przejścia między przedstawioną w filmie rzeczywistością, a fikcyjnym światem książki, do którego Viriginia nieświadomie przechodzi (jak w świetnej scenie, w której bohaterka idzie zaparzyć sobie herbatę – zobaczcie!).

Nie będę narzekał, „I, Madman” to dobry horror. Zapomniany przez widzów (ale takie filmy właśnie lubię!), zasługuje na odkurzenie i poświęcenie mu tych dziewięćdziesięciu minut. Takács nawiązuje do klasyki oraz pokazuje siłę książki (a nie filmu, jak u Allena) i wyobraźni – pisarz tworzy postacie, które mają swoje myśli, emocje, słabostki, aż w końcu zaczynają żyć swoim własnym życiem. To chyba Tarantino powiedział (na pewno Tarantino!), że kiedy pisze scenariusz, postacie przejmują nad nim kontrolę i to one decydują, co mają w danej chwili powiedzieć lub zrobić – bohaterowie piszą sami siebie, a autor pozwala na ich swobodną egzystencję. Gorzej, kiedy bohaterowie przejmują kontrolę nad pisarzem i nie pozwalają mu uwolnić się od siebie. Jest to wtedy właściwy moment, żeby udać się na specjalistyczne leczenie. To właśnie przed taką siłą wyobraźni przestrzega nas reżyser. Poster reklamujący „I, Madman” to najlepsza rekomendacja tego filmu. Zwróćcie uwagę na efekt Droste przedstawiony na plakacie. To właśnie Takács chciał osiągnąć swoim filmem.

Udało mu się.

Screeny

HO, I, MADMAN a.k.a Hardcover HO, I, MADMAN a.k.a Hardcover HO, I, MADMAN a.k.a Hardcover HO, I, MADMAN a.k.a Hardcover HO, I, MADMAN a.k.a Hardcover HO, I, MADMAN a.k.a Hardcover

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ nawiązania do “The Phantom of the Opera” (1925),
+ charakteryzacja i animacja,
+ pomysł,
+ jego wykonanie,
+ pomysłowo nakręcone sceny,
+ zadowalająca gra aktorów

Minusy:

- trochę dłużyzn,
- ta animacja jednak już nieco czerstwa,
- aktorstwo zadowalające, ale to nie znaczy, że nie może być lepsze

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -