Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:ATTACK OF THE SABRETOOTH

ATTACK OF THE SABRETOOTH

Atak szablozębnego

ocena:1
Rok prod.:2005
Reżyser:George T. Miller
Kraj prod.:USA
Obsada: Nicholas Bell, Robert Carradine, Stacy Haiduk, Rawiri Paratene, Brian Wimmer
Autor recenzji:Zbigniew Głowala
Ocena autora:1
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Złe filmy najlepiej ogląda się w towarzystwie. Siada się z przyjaciółmi na sofie, zamawia pizzę, do michy wsypuje chipsy, no i otwiera piwo. Płyta zaczyna szumieć w odtwarzaczu. Jeszcze tylko zmiana ustawień: napisy, dźwięk, obraz. Wtedy otwieramy drugie piwo. Przewijamy napisy początkowe, żeby „było szybciej” i żeby maruderzy nie zaczęli jojczyć już na samym starcie. Odpowiednio znieczuleni zaczynamy właściwy seans. Złośliwe komentowanie tego, co się akurat dzieje na ekranie jest jak najbardziej dozwolone. Co ja gadam? Jest to wręcz wskazane! Wszyscy są pozytywnie nastawieni i z optymizmem patrzą w przyszłość (czyli najbliższe osiemdziesiąt minut). Jednak już po trzydziestu minutach słychać pierwsze trzaśnięcie drzwiami. To któryś z mniej odpornych widzów właśnie zrejterował, zostawiając kolegów i koleżanki na polu bitwy. Mija kolejny kwadrans. Gdzieś w rogu sofy słychać nieumiejętnie wstrzymywane pochlipywanie. Tak, załamanie nerwowe to nic niezwykłego podczas seansu „złego filmu.” Ujawniają się wtedy dotychczas tłumione nerwice i lęki, powracają epizody depresyjne, dają znać o sobie nierozwiązane konflikty z przeszłości. Kolejne dziesięć minut i ktoś zaczyna wrzeszczeć na telewizor. Krzyk się urywa i przechodzi w opętańczy chichot. Jeszcze chwila do końca. W ciemności słychać błogie chrapanie, ktoś bawi się komórką, jeszcze ktoś inny tępo wyjada resztki chipsów z miski. Piwo wypite, z pizzy zostały niedojedzone skrawki. W końcu są! Napisy końcowe powoli zaczynają płynąć w górę ekranu. Nikt nawet nie zauważył kulminacyjnej sceny, nikt też nie potrafi powiedzieć, jakie było zakończenie filmu. Ktoś zapala światło, widzowie mrużą przekrwione i załzawione oczy. Niepewnie wstają i kierują się ku wyjściu. Nikt nic nie mówi, nikt się też z nikim nie żegna. Nie ma potrzeby, przecież to nie pierwszy wspólny seans „złego filmu”. I nie ostatni.

Dramatyzuję oczywiście. Oglądanie kiepskich produkcji z przyjaciółmi to zawsze frajda i czasem okazja do małej imprezy. Cały urok tych spotkań polega właśnie na tym, że nie trzeba skupiać się na filmie, nie trzeba go stopować, gdy ktoś chce wyjść na papierosa lub do toalety, można bezkarnie komentować i otwarcie drwić z fabularnych absurdów i beznadziejnego aktorstwa. Jest to okazja, żeby pobyć ze znajomymi bez wymuszonych gadek, wymądrzania się i silenia się na intelektualne dywagacje. Tak właśnie obejrzałem ostatnio „Attack of the Sabretooth” (2005), kolejną produkcję ze stajni Syfy (wtedy jeszcze SCI FI). I o ile spotkanie jako całość wspominam bardzo miło (pozdrawiam towarzyszy niedoli!), to sam film jest jednym wielkim nieporozumieniem. Wiadomo, że Syfy produkuje różne filmidła, jedne gorsze, inne tragiczne (ciężko stwierdzić, czy są jakieś, które klasyfikują się jako „dobre”, bo o bardzo dobrych to już w ogóle nie ma co marzyć), ale „Attack of the Sabretooth” to chyba jeden z najgorszych filmów, jakie wdziałem w życiu (a wierzcie mi, widziałem ich wiele…). Posłuchajcie tylko: niejaki Niles Green otwiera ośrodek wypoczynkowy w środku malowniczej wyspy, a całość przypomina trochę centrum, które znamy z „Jurassic Park” (1993). I nie bez przyczyny, ponieważ Green, korzystając z wygrzebanego skądś DNA (coś wspomina o jakichś kamieniach…), sklonował trzy tygrysy szablozębne, które trzyma w swoim parku, gdzie wszystko jest zautomatyzowane i kontrolowane z centrum dowodzenia, w którym nad wszystkim czuwają strażnicy i naukowcy. Green ma nadzieję przyciągnąć swoim ośrodkiem inwestorów i zarobić na nich grube pieniądze. Oprócz nich, na wyspę przybywa także grupka studentów, którzy oczywiście włamują się do głównego budynku centrum (mają swoje powody). Nikt jednak nie wie (oprócz strażników i samego Greena, który chce sprawę zatuszować w obawie przed utratą inwestorów z wypchanymi portfelami), że wysiadło zasilanie całego systemu i spragnione ludzkiej krwi tygrysy ruszyły na łowy…

No dobra, ogólnie historia jest jeszcze do przełknięcia. Zaczyna być gorzej (wręcz tragicznie), kiedy dowiadujemy się, że tygrysy nie zadowolą się tylko jedną ofiarą, ale będą niezmordowanie polowały, aż wyczyszczą z ludzi całą wyspę. Powód? Otóż tygrysy Greena nie są doskonałymi klonami, ponieważ cierpią na bulimię (serio!). Co więcej, jeden z nich, olbrzymi kocur, którego pojawienie się jest pewnym zaskoczeniem dla bohaterów (i widzów też), ma sparaliżowane łapy i porusza się, ciągnąc za sobą cały swój tył. Niewyobrażalne! Kto wymyśla takie bzdury?

Efekty w tym filmie odpowiadają fabule – są tak samo beznadziejne. Wygenerowane komputerowo jest tutaj wszystko, łącznie z pisemkiem, które gubi na początku filmu strażnik i które przez dłuższą chwilę unosi się na wietrze. Rozumiem, że koty zostały animowane przy pomocy komputerów, bo taka zaistniała potrzeba. Ale żeby w ten sam sposób doklejać wielki posąg tygrysa, który widnieje na dachu głównego budynku? Granda! Nic nie stało na przeszkodzie, żeby dorzucić trochę grosza i dobudować makietę takiego posągu, a nie oszczędzać na wszystkim i upychać w filmie tandetne FX. Lepsze efekty widziałem dziesięć lat wcześniej, w produkcjach typu „Hercules” lub „Earth 2”.W „Attack of the Sabretooth” wszystko wygląda po prostu tragicznie, jakby zostało wykonane na odczep się. To nie są „złe” efekty specjalne, takie, na które patrzymy z przymrużeniem oka, lekkim uśmiechem i pewną sympatią. Te tutaj zwyczajnie drażnią swoim nieudolnym wykonaniem i wydają się być wynikiem braku szacunku dla widza ze strony twórców tej szmiry. Zresztą popatrzcie na screeny.

Lepiej jest z aktorami. Jedna z ról przypadła Stacy Haiduk, aktorce głównie serialowej, która jednak ma na swoim koncie także horrory (jeśli mowa o zły filmach, to jednym z nich jest „Luter the Geek” [1990] wyprodukowany przez Tromę). Hajduk to chyba jedyna dobra rzecz, która przytrafiła się tej produkcji, chociaż i ona bardziej skupia się na tym, żeby dobrze wyglądać na ekranie, niż na swoich zdolnościach (?) aktorskich. Jest też Robert Carradine (tak, z tych Carradine’ów), którego dorobek aktorski okazuje się całkiem pokaźny (i zawiera sporą ilość kultowych pozycji z naszego ulubionego gatunku), ale który w „Attack of the Sabretooth” głównie przemyka przygarbiony i z lekko kpiącym uśmieszkiem kombinuje, jak wykiwać pana Greena (którego niemrawo gra Nicholas Bell) na grube miliony i zgarnąć mu z sejfu przepis na tygrysy. Ale jaki film, taka rola. Z drugiej strony nie jest aż tak źle i postać Carradine’a przypomina mi nikczemnych kombinatorów w swoim najlepszym, oślizgłym stylu: Grant (bo tak się on nazywa) to połączenie Grímy Wormtongue’a z kotem Sylvestrem przyprawione podstępnym Benjaminem Kanem z „Wayne’s World” (1992) i lizusowskim Harrym Ellisem z „Die Hard” (1988). Reszta aktorów (mocne słowo) do zapomnienia.

Małym plusem jest absurdalna historia opowiedziana przez jednego z przesądnych strażników, według którego Savannah (postać grana przez Haiduk) przynosi pecha każdemu facetowi, który się z nią zwiąże. Wszyscy jej byli ginęli w różnych okolicznościach (warto tego posłuchać, naprawdę; zwłaszcza ostatni miał nietypowe zejście) i teraz, kiedy po parku grasują tygrysy chore na bulimię, w tym jeden bez zadnich łap, jej nowy chłopak, Brian, może czuć się podwójnie zagrożony.

Dawno nie widziałem tak złego filmu jak „Attack of the Sabretooth”. I bynajmniej nie jest to film z tych, co to są „tak złe, że aż dobre”. Ta produkcja to gniot jakich mało i nie wiem, jak udało mi się dotrwać do napisów końcowych. Nikomu filmu Millera nie polecam (dla jasności tego Millera, który w 1997 roku zrobił „Robinson Crusoe” z Brosnanem oraz drugą część „The NeverEnding Story”; tego drugiego nigdy nie widziałem, ale „Robinson” był całkiem znośny). Fabuła leży, efekty byle jakie, całość to kiczowata i tania zrzynka z „Jurrasic Park”. I nawet całkiem znośne aktorstwo Haiduk i Carradine’a też nic tu nie pomoże. „Attack of the Sabretooth” jeszcze długo będzie mi się odbijać kwaśną czkawką.

Screeny

HO, ATTACK OF THE SABRETOOTH HO, ATTACK OF THE SABRETOOTH HO, ATTACK OF THE SABRETOOTH HO, ATTACK OF THE SABRETOOTH HO, ATTACK OF THE SABRETOOTH

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ może ładne ujęcia fidżijskich terenów?
+ Haiduk i Carradine

Minusy:

- cały film to jeden wielki minus

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -