Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:DEADLINE

DEADLINE

Termin

ocena:6
Rok prod.:2009
Reżyser:Sean McConville
Kraj prod.:USA / Malezja
Obsada:Brittany Murphy, Thora Birch, Tammy Blanchard, Marc Blucas
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Horrory o nawiedzonych domach powstawały, powstają i powstawać będą. Lubimy się bać, zatem filmowcy będą wykorzystywali nasz lęk przed tym, iż coś niesamowitego a zarazem groźnego może zagnieździć się w czterech ścianach zajmowanego przez nas lokum. Jednak by zaintrygować taką historią współczesnego widza, autor musi znaleźć klucz do jej opowiedzenia, najlepiej taki, którego dotąd nikt nie użył. Opowieścią o nawiedzonym domu spróbował zaskoczyć nas Sean McConville w filmie „Deadline”. Czy jest to jeszcze możliwe?

Alice postanawia skorzystać z oferty znajomego producenta filmowego i zamieszkuje w jego niedawno kupionym domu. W położnym z dala od cywilizacji wiktoriańskim gmaszysku kobieta pragnie oddać się pracy (jest scenarzystką), a nade wszystko chce zapomnieć o toksycznym związku i tragedii, jaką ten się skończył. Szybko jednak okazuje się, iż oprócz niej w ogromnym domu jest ktoś jeszcze. Czując się jak w potrzasku – na zewnątrz może czaić się były partner, mury domostwa mogą zaś nawiedzone przez duchy – Alice postanawia stawić czoła coraz bardziej natarczywym zjawom.

Pierwszych skrzypiec w „Deadline” nie grają wcale perypetie głównej bohaterki czy dręczące ją duchy, a miejsce, w którym rozgrywa sie akcja. Nie dziwię się wcale, iż znalazłszy takie miejsce jak przepiękny, położny pośród lasów i bagien Luizjany dom, twórcy zdecydowali się osadzić w nim akcję filmu. Dzięki wielu dłuższym ujęciom udało się im na tyle wpłynąć na wyobraźnię, by do końca opowieści przykuć uwagę jej właściciela do ekranu. Takim też widzem łatwiej jest manipulować – zapatrzony na wystrój kolejnych pomieszczeń odwiedzanych przez bohaterkę i próbujący wydedukować, jakie mogą skrywać tajemnice, łatwo daje się przestraszyć czyimś nagłym wtargnięciem w kadr albo głośnym dźwiękiem.

Cała fabuła filmu Seana McConvillea opiera się na tym, iż od samego początku wątpimy w to, czy aby twórcy „Deadline” mówią nam wszystko o swoich bohaterach. Co i rusz bowiem filmowcy podrzucają nam tropy sugerujące, jakoby wydarzenia widziane na ekranie wcale nie są tak łatwe do rozszyfrowania, jak nam się wydaje. Zwodzą nas, tumanią, najpierw próbują wmówić, że bohaterka musi dać odpór złu gnieżdżącemu się w murach wiktoriańskiego domostwa, później, że jakiś wpływ na jej postępowanie mogę mieć znalezione na strychu taśmy VHS, pod koniec pojawia się wątek byłego partnera o skłonnościach psychopatycznych, cały czas także delikatnie trącani jesteśmy sugestią, jakoby z umysłem pisarki nie wszystko jest dobrze. Ale też całkiem uprawniona może być interpretacja traktująca perypetie Alice jako zamknięcie się w świecie wyobraźni, co z jednaj strony ma dać oddech od traumatycznej rzeczywistości, z drugiej zaś wydatnie pomóc w procesie twórczym.

Owa wspomniana wyżej interpretacyjna wielorakość do kolejny atut filmu. Widz niczym detektyw analizując kolejne informacje, odrzucać może jedne rozwiązania, skłaniając się ku innym. Oczywiście, finał nie pozostawia złudzeń co do faktycznego ciągu wydarzeń, ale dochodzenie do prawdy i wycieczki na jej manowce przykuwają do ekranu i momentami czynią „Deadline” naprawdę intrygującym filmem.
Dlaczego tylko momentami? Jeśli mielibyśmy porównać opowieść McConvillea do puzzli, będzie to układanka złożona tylko z tych elementów, z którymi już po wielokroć zetknęliśmy się w fabułach literackich czy filmowych. Twórcy „Deadline” nawet nie próbują dodać czegoś od siebie, nie czynią wykorzystywanych przez siebie klisz bogatszych choćby o jakiś detal. Nieźle idzie im z kompilowaniem, bo pomimo kameralności na nudę podczas seansu narzekać nie można, ale już po nim, kiedy efekt zaskoczenia mija i film analizuje się „na zimno”, trudno znaleźć w historii cokolwiek, co godne byłoby zapamiętania. Rozgrywająca się w jednym miejscu opowieść, grana tak naprawdę na trzy osoby, to szansa dla aktorów, by pokazać swój talent i wyjątkowość. Brittany Murphy gra na jednej nucie – przez cały film drżeć mamy, patrząc na konfrontację nadnaturalnego z jej kruchością i wielkimi, przerażonymi oczami. Jeszcze bardziej nieprzekonujący jest Marc Blucas. W jego roli dr. Jekylla i pana Hyde nie ma za grosz dramatu, nie mówiąc już o niepokoju czy strachu, jakie musiała z sobą nieść. Jedynie na Thore Birch patrzy się z przyjemnością, bo i ładna to kobieta, a i jedynie jej kreacja choć trochę podszyta jest prawdziwymi emocjami.

Artysta, człowiek wrażliwy, żyjący fikcją i z fikcji to jeden z tych pomysłów w kinie grozy, który wydaje się dawać ogromne pole do popisu dla filmowca z wizją. Zwłaszcza, jeśli takiego bohatera skonfrontujemy nie tylko z jego rozwierzganą wyobraźnią, ale także z niebezpieczeństwem jak najbardziej realnym. Jak będzie reagował? Co będzie działo się w jego głowie? Czy będzie potrafił rozgraniczyć imaginację od jak najbardziej rzeczywistego piekła? Na tego typu kwestiach mógł oprzeć swój film McConville dając sobie możliwość zrobienia filmu bardzo drapieżnego i mocnego albo wizyjnego, do imentu mieszającego rzeczywistość z urojeniem. Reżyser wybrał bezpieczne wejście całość dostosowując do konwencji ghost story.

Screeny

HO, DEADLINE HO, DEADLINE HO, DEADLINE HO, DEADLINE HO, DEADLINE HO, DEADLINE HO, DEADLINE

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ miejsce akcji
+ nieźle opowiedziana historia
+ do samego końca nie wiadomo, z czym zmaga się główna bohaterka
+ kilka razy można się przestraszyć

Minusy:

- film składa się tylko i wyłącznie z rozwiązań fabularnych, które po wielokroć widzieliśmy w kinie grozy
- nie do końca przekonujący bohaterowie
- historia miała potencjał, ale nie do końca go wykorzystano

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -