Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:HAUNTED, THE

HAUNTED, THE

Nawiedzony dom

ocena:6
Rok prod.:1991
Reżyser:Robert Mandel
Kraj prod.:USA
Obsada:Sally Kirkland, Jeffrey DeMunn, Diane Baker, Stephen Markle
Autor recenzji:Michał Jasiński
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Historia oparta na prawdziwych wydarzeniach. Takie hasło dość często pojawia się w pierwszych kadrach filmów opowiadających o nawiedzonych domach. Ma to wzbogacić ich siłę oddziaływania, uświadamiając, że skoro zdarzyło się bohaterom oglądanego dzieła, równie dobrze może przydarzyć się i widzowi. Często jednak późniejszy festiwal malowniczych efektów specjalnych sprawia, że nawet groźnie brzmiące hasło z początku nie jest w stanie sprawić, że pozbędziemy się dystansu i damy pochłonąć seansowi bez konieczności zawieszenia niewiary. Nieco inaczej jest w przypadku filmu „Nawiedzony” („The Haunted”) Roberta Mandela. Ta prosta historyjka, oparta oczywiście na autentycznych wydarzeniach, swój efekt oddziaływania czerpie z faktu nieomalże całkowitego braku efektów specjalnych i czynników tradycyjnie wzbudzających grozę. Brak tu mrocznych, przestylizowanych zdjęć, brak posępnej muzyki, brak straszaków w rodzaju „jump scare” – ot, zwyczajna relacja z dramatu przeciętnej rodziny, historyjka z cyklu „z życia wzięte” – tylko tym razem zamiast alkoholizmu, zdrad, rozwodów i problemów z pracą mamy nawiedzony dom.

Dramat rodziny Smurl zekranizowany został dla potrzeb telewizji i nie sposób nie zauważyć, że nakręcony jest w konwencji filmów dla domowych gospodyń, charakterystycznej dla produkcji z lat dziewięćdziesiątych. Prosta, przejrzysta historia opowiedziana jest z punktu widzenia pani Smurl, przykładnej żony i matki, granej przekonująco przez Sally Kirkland, nominowaną za tą rolę do Złotego Globu. Schemat znany z większości tego typu opowieści – niezbyt majętna rodzina za wszystkie oszczędności kupuje dom na typowym, amerykańskim przedmieściu, w otoczeniu serdecznych sąsiadów, którzy przybiegają z własnej roboty ciasteczkami zanim jeszcze nowi lokatorzy zdążą się wypakować. Smurlowie szybko zdobywają sympatię widza swoją zwyczajnością i ciepłem wzajemnych relacji. Początkowa sielanka szybko jednak ustępuje, kiedy w domu zaczynają dziać się niepokojące rzeczy, znikają i pojawiają się przedmioty, pani domu słyszy głosy, coś lub ktoś powoli, miarowo zatruwa egzystencję szczęśliwej, pobożnej rodziny. Sytuacje komplikuje fakt, że złośliwe duszysko swoje harce wyczynia początkowo jedynie w obecności pani Smurl, przez co udręczona kobieta odchodzi od zmysłów zdając sobie sprawę, że dzieje się coś złego, ale jest mało prawdopodobne, by ktoś uwierzył w jej niestworzone opowieści. I rzeczywiście, gdy decyduje się zwierzyć ze swoich obaw, bliscy początkowo za bardziej pomocnego uznają psychiatrę niż egzorcystę. Obserwujemy więc dramat osoby która wśród swoich najbliższych zmaga się w samotności z nadnaturalną, wrogą siłą, nie mogąc liczyć na pomoc rodziny ani przyjaciół. Sytuacja się odmienia, gdy upiorom przestaje wystarczać dokuczanie pani domu i zaczynają dręczyć również pozostałych mieszkańców, zmuszając ich do podjęcia zdecydowanych działań. Wszystko to w miarowo, klarownie rozwijającej się narracji, nie odbiegającej zbytnio od stylu telewizyjnych telenoweli, bez efekciarstwa i silenia się na tanią sensację. Styl filmu nie zmienia się nawet wtedy, gdy upiór objawia się w pełnej krasie, zaczyna być widoczny, słyszalny i odczuwalny przez coraz większą część rodziny, która dopiero w tym momencie zdaje sobie sprawę, że potrzebuje pomocy specjalisty. A ponieważ film oparty jest na faktach, to do kogo mogłaby się zwrócić z prośbą o pomoc pobożna, zdesperowana, amerykańska rodzina, jak nie do… małżeństwa Warrenów? Fani „Obecności” mają powody do radości. Ed i Lorraine wkraczają do akcji, i chociaż może brak im charyzmy Very Farmigi i Patricka Wilsona, to ich sposób działania (i bycia) znacznie się nie różni od tego, co znamy z filmu Jamesa Wana. Standardowy wywiad, oględziny domostwa, diagnoza i pomoc w uleczeniu chorej sytuacji. Oczywiście nie obędzie się bez wody święconej i modlitwy, niemniej scena egzorcyzmów jednego z pokojów należy do najmocniejszych i najbardziej poruszających fragmentów filmu. W perspektywie mamy jeszcze mniejsze lub większe zaangażowanie przedstawicieli kościoła, mediów i oczywiście zwabionego wonią skandalu sąsiedztwa. I znów zaznaczyć trzeba, że nie będzie silenia się na mnożenie atrakcji, tylko rzetelna rekonstrukcja wydarzeń, nie stroniąca od gry na emocjach, bliższa jednak wzbudzenia współczucia dla osaczonych ludzi niż przerażenia. Może więc zrodzić się pytanie – czy „Nawiedzony” na pewno jest horrorem? Odpowiedź jednoznaczna nie jest. Owszem, duchy się pokazują, są sceny z poruszającymi się przedmiotami, meblami, nawet z lewitacją – wszystko przejrzyście, ale interesująco sfilmowane przez Michaela D. Marguliesa. Sekwencja wyjazdu na camping, gdzie rodzina pragnie zaznać odrobiny spokoju, mogłaby zagościć w rasowym horrorze, jednak twórcy nie starają się budować napięcia, wspomagać dziwnymi ustawieniami kamery, efektami dźwiękowymi czy muzyką – jest tylko grupa ludzi przy ognisku, ciemność dookoła i wyłaniający się z mroku duch (efekty specjalne na miarę swoich czasów i rodzaju produkcji!), któremu towarzyszy tylko ujadanie psa. Nawet najbardziej szokujące sceny – jak objawienie się widma w obecności starszej pani, wspomniane egzorcyzmy czy wreszcie ocierająca się o klimaty bliskie „Miasteczku Twin Peaks” scena gwałtu upiorzycy na panu domu (!) raczej nie spowodują, iż ktokolwiek z widzów odwróci wzrok. Sposób ukazania poszczególnych wydarzeń dąży do jak najbardziej obiektywnej relacji, bardziej skupiając się na emocjach doświadczających koszmaru osób, niż budzeniu przerażenia u telewizyjnej publiczności. Stylowi filmu bliżej do „Czułych słówek” niż „Naznaczonego”. Z jakim efektem? Otóż z zaskakująco pozytywnym. Wydarzenia charakterystyczne dla filmu grozy, ukazane w konwencji dramatu obyczajowego, pozostawiają widza z poczuciem obcowania z czymś niewytłumaczalnym a jednak zupełnie prawdziwym, a na pewno wiarygodnym. To nie straszak, przy którym będziemy sobie powtarzać „to tylko film”, a jednak w co wrażliwszych osobach może pozostawić uczucie metafizycznego niepokoju. Po seansie nikt raczej nie będzie się naśmiewał ze wspomnianego na początku hasła „film oparty na prawdziwych wydarzeniach”. Prawdopodobnie też nikt nie będzie cierpiał na bezsenne noce, a wielbiciele mocnych wrażeń mogą poczuć się wręcz odrobinę znużeni, nie zmienia to faktu, że dzieło Roberta Mandela przez swoją prostotę i zwyczajność prezentuje dość interesujące podejście do motywu nawiedzonego domu, i wszelkim koneserom podobnych tematów, potrafiącym wybaczyć prostotę stylu i formy telewizyjnej produkcji początku lat 90, można „The Haunted” z czystym sumieniem polecić.

Screeny

HO, HAUNTED, THE HO, HAUNTED, THE HO, HAUNTED, THE HO, HAUNTED, THE HO, HAUNTED, THE HO, HAUNTED, THE HO, HAUNTED, THE HO, HAUNTED, THE

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ historia na faktach, w którą można uwierzyć
+ sprawna narracja

Minusy:

- prosta, niewyszukana forma
- jak na horror – film mało straszny

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -