Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:BONE TOMAHAWK

BONE TOMAHAWK

Bone Tomahawk

ocena:8
Rok prod.:2015
Reżyser:S. Craig Zahler
Kraj prod.:USA / Wielka Brytania
Obsada:Kurt Russell, Patrick Wilson, Matthew Fox, David Arquette, Lili Simmons, Richard Jenkins, Sean Young
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:8
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

W opinii wielu krytyków jak i miłośników kina horror i western uchodzą za gatunki silnie skonwencjonalizowane, by nie powiedzieć spetryfikowane, w obrębie których nie powstają już dzieła oryginalne, przykuwające uwagę nowymi pomysłami i rozwiązaniami fabularnymi. Western jeszcze próbują wskrzesić takie tuzy reżyserii jak Quentin Tarantino, Ethan Coen czy Tommy Lee Jones. Ale w ich filmach od próby przedefiniowania paradygmatu gatunkowego ważniejsza jest zabawa kliszami, intertekstualność czy chęć opowiedzenia znanych historii z innego punktu widzenia. Na niwie horroru jest jeszcze gorzej, bo filmowcy z Europy czy zza Oceanu starają się jak najlojalniej schlebiać gustom fanów, a ci zdają się lubić najbardziej to, co już po wielokroć widzieli. Jeśli jednak ktoś pragnie zapoznać się z czymś nowym, co jednocześnie jest horrorem i westernem, na dodatek w gwiazdorskiej obsadzie, zapraszam do zapoznania się z nietuzinkowym filmem „Bone Tomahawk” autorstwa S. Craiga Zahlera.

Z niewielkiego, położonego pośród pustkowi Dzikiego Zachodu miasteczka Indianie porywają dwoje jego mieszkańców. Szybko okazuje się, iż sprawcami nie jest znane plemię, a żyjący na uboczu odszczepieńcy, którzy żywią się ludzkim mięsem. Na ratunek uprowadzonym wyrusza czworo mężczyzn z Bright Hope. Ich przeciwnikiem nie będą tylko budzący grozę Indianie, ale też zwykli rabusie oraz słabości, które szybko obnaży wędrówka pośród skał i gorących piasków.

Zahler postawił wszystko na jedną kartę i zrobił horror, jakiego dawno nie oglądaliśmy. Przede wszystkim odarł swój film ze z tego, czym „wyróżnia się” współczesne kino grozy – z efekciarskiego, dynamicznego montażu, sztucznej atmosfery grozy, cyfrowych efektów specjalnych oraz nieuzasadnionego okrucieństwa. Filarami swojej opowieści uczynił za to realizm sytuacyjny oraz precyzyjne dawkowanie napięcia. Reżyser niespiesznie rysuje przed nami obraz małego, sennego miasteczka, w którym pojawia się obcy. Mężczyzna ma coś na sumienie, ale nie chce o tym rozmawiać, dlatego szybko dochodzi do konfliktu między nim a krewkim szeryfem. W niecodziennej sytuacji oprócz wspomnianego szeryfa znaleźć muszą się inni mieszkańcy Bright Hope – dwóch zastępców stróża prawa, miejscowy rewolwerowiec, pielęgniarka oraz jej kontuzjowany mąż. Dzięki umiejętnie napisanym postaciom oraz przykuwającym uwagę kreacjom aktorskim (Kurt Russell, Patrick Wilson, Richard Jenkins, David Arquette, Sean Young) wierzymy w motywacje bohaterów, a co za tym idzie przejmujemy się ich losami, kiedy muszą stawić czoła niebezpieczeństwu. Dopiero po czasie orientujemy się, iż długa i pozbawiona tempa ekspozycja intryguje o wiele bardziej niż niejeden tętniący akcją horror.

Co ważne, bohaterowie ci to ani herosi, którym wedle życzenia scenarzystów wszystko się udaje, ani mięso armatnie mające posłużyć jako krwawa ofiara przy pierwszym starciu z pozbawionym skrupułów wrogiem. Ruszająca na pomoc swym sąsiadom czwórka mężczyzn to zwyczajni ludzie, dla którym naturalnym jest obrona swych najbliższych, mieszkańców tego samego miasteczka. Ich eskapada nie ma w sobie nic ze sztucznej dramaturgii, mężczyźni nie muszą co i rusz stawiać czoła niewiadomo jakim zagrożeniom. Bo prozaiczne przeciwności losu - złamana noga jednego z nich, starcie z koniokradami, mało gościna pustynia czy ułomności wynikające z podeszłego wieku – w kontekście decydującego boju już czynią historię przejmującą.

Gdzie w tym wszystkim horror? Już po zawiązaniu akcji wiemy, iż bohaterowie będą musieli stoczyć krwawy bój z plemieniem, o którym prawie nic nie wiadomo, a szczątki informacji czynią go przeciwnikiem iście z piekła rodem. I jeśli nawet twórcy nie forsują tempa, a wydarzenia na pozór nie wydają się dramatyczne, to zaręczam, iż filmu nie da się oglądać z innej pozycji niż ze skraju fotela. Zahler nie wystawia na próbę naszej wrażliwości posiłkując się środkami stosowanymi przez rzeszę wyrobników „robiących” w horrorze. W „Bone Tomahawk” nie kreuje się klimatu za pomocą ciemności, mgieł, „roztrzęsionych” ujęć, nagłych wtargnięć czy ton niczym nieuzasadnionego okrucieństwa. Reżyser z detali buduje wiarygodność filmowego świata, z drobiazgów kreśli pełnokrwistych bohaterów, pieczołowicie buduje napięcie, by w finale, konfrontując mieszkańców Bright Hope z kanibalami, odpalić petardę.

Kiedy już doczekamy się kilkunastominutowej rozprawy bohaterów z indiańskimi odszczepieńcami, jestem święcie przekonany, iż sceny te usatysfakcjonują każdego fana horroru. Nie tylko dlatego, iż wszystkie obrazom gwałtu i okrucieństwa towarzyszy zimny naturalizm. Kamera nie ucieka od bestialstwa, ale nie epatuje nim, by targnąć naszymi emocjami. Zahler nie musiał tego robić, ponieważ udało mu się stworzyć wiarygodny, a przez to intrygujący wizerunek prymitywnego ludu egzystującego gdzieś daleko poza obrzeżami cywilizacji budowanej wspólnej przez kolejne pokolenia amerykańskich osadników. Niby niewiele o nich wiadomo, reżyser mało czasu poświęca na pokazywanie ich życia (świadomy zabieg), wreszcie sami bohaterowie nic o kanibalach nie wiedzą. Ale ich dopracowany w każdym detalu wygląd, przemyślane sposób poruszania się i porozumiewania, sprawiają, iż każdorazowe pojawienie się Indian wywołuje niepokój. Jednym tchem ogląda się sekwencje, których akcję umieszczono w grotach zamieszkiwanych przez kanibali. Sposób filmowania oraz szczątkowe informacje dotyczące ich kultury czynią ich najgorszymi wrogami, bo takimi, co się o nich nic nie wie, a przez to nie wiadomo czego się po nich można spodziewać.

Warto przyjrzeć się uważnie poczynaniom wszystkich bohaterów, zarówno tych mających się za cywilizowanych jak i Indian, którym łatwo nadać miano prymitywnych. Czytając między kadrami łatwo odszyfrujemy przekaz, jaki zawarł w swoim filmie reżyser. To lenistwo umysłowe każe nam sądzić, iż cywilizacja czyni z człowieka bardziej moralnego i postępującego zgodnie z nakazami etyki. Okazuje się, że postęp techniczny czy bardziej wyrafinowana kultura to tylko politura ledwie skrywająca bestię skorą do przemocy i destrukcji. W „Bone Tomahawk” gdyby biały człowiek, ten w miarę wykształcony, religijny i obyty ze światem, nie dopuściłby się morderstwa i nie sprofanowałby cmentarza Indian, ci nie ruszyliby w pogoń za złoczyńcami i czwórka filmowych bohaterów nie musiałaby toczyć wyniszczającej walki. Okazuje się zatem, że terytorialna i kulturowa ekspansja zachodniej cywilizacji stworzyła arenę, na której wielofrontowa walka o przekonania, poglądy a czasami i życie toczy się do dzisiaj.

„Bone Tomahawk” to kawał emocjonującego, świetnie skręconego kina, rozrywkowego, z drugiej jednak strony skłaniającego do refleksji. Myślę, że można opatrzyć go nawet mianem oryginalny, bo Zahler sięgając po western i horror stworzył nową jakość (choć już z takimi połączeniami mieliśmy do czynienia), której daleko jest zarówno do filmowego mainstreamu jak i do schematycznych produkcyjniaków charakterystycznych dla kina gatunków.

Screeny

HO, BONE TOMAHAWK HO, BONE TOMAHAWK HO, BONE TOMAHAWK HO, BONE TOMAHAWK HO, BONE TOMAHAWK HO, BONE TOMAHAWK HO, BONE TOMAHAWK

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ kawałek świetnie opowiedzianej historii
+ mimo niespiesznej akcji trzyma w napięciu
+ zapadające w pamięć dialogi
+ świetnie nakreślone postacie
+ oszczędne w środkach, ale wyraziste aktorstwo
+ ostatnie kilkanaście minut filmu to petarda
+ film nie wyjaśnia wszystkiego, twórcy zawierzyli wyobraźni widza
+ znakomite połączenie horroru, westernu, kina drogi i przejmującego dramatu

Minusy:

- mógłby być kilka minut krótszy

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -