Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:SOUTHBOUND

SOUTHBOUND

Southbound

ocena:8
Rok prod.:2015
Reżyser:Roxanne Benjamin, Da Patrick Horvath, Radio Silence
Kraj prod.:USA
Obsada:Chad Villella, Matt Bettinelli-Olpin, Kristina Pesic, Fabianne Therese, Hannah Marks, Anessa Ramsey, Dana Gould
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:8
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Autorzy „Southbound” nie mogą pochwalić się ani obszernym, ani znaczącym dorobkiem filmowym. Ale to, co już nakręcili, może sugerować, iż nie interesuje ich mainstream, a kino gatunkowe, jakie powstawało w latach 70. i 80. ubiegłego wieku. Radio Silence to grupa reżyserska (czterech facetów z Los Angeles), której członkowie maczali palce w produkcji takich filmów jak „V/H/S” czy „Devils Due”. Współproducentką pierwszych dwóch części „V/H/S” była Roxanne Benjamin. David Bruckner wyreżyserował jeden z segmentów wspomnianej wyżej antologii, ale zadebiutował w 2007 roku pełnometrażowym horrorem „The Signal”. Patrick Horvath pochwalić się może na razie tylko jednym filmem, kontynuacją świetnego „The Pact”. Wszystkie wymienione przez mnie filmy mają jedną cechę wspólną – nie są to historie, które przypodobać mają się współczesnemu widzowi mnogością komputerowych trików i schematami fabularnymi stosowanymi w co drugim hollywoodzkim horrorze. To opowieści czerpiące inspirację z kina grozy sprzed 20-30 lat, w którym pierwsze skrzypce grały niesamowita i unikalna atmosfera oraz niekonwencjonalne podejście do rozwiązań fabularnych. I jakkolwiek filmowi „Southbound” daleko do produkcji określanych mianem nietuzinkowy czy oryginalny, na pewno spodoba się tym, którzy w kinie grozy szukają napięcia budowanego świetnie opowiedzianą historią, a nie cyfrowym efekciarstwem.

„Southbound” to składająca się z czterech historii antologia. Skonstruowana według pewnej myśli przewodniej – bohaterowie każdej opowieści wędrując po południu Stanów Zjednoczonych stawić muszą czoło czyhającym na nich potwornościom – nie podzielona jednak została, jak chociażby wspomniane wyżej „V/H/S”, na szereg nie związanych ze sobą fabuł. „Southbound” przypomina trochę „Na skróty” słynnego Roberta Altmana, bo opowieści (dwie dłuższe i dwie krótsze) splatają się ze sobą. „The Way Out and The Way In” (reż. Radio Silence) otwiera i zamyka film. Traktuje o dwóch mężczyznach, którzy uciekają przed prześladującymi ich monstrami. Bohaterkami noweli „Siren” (reż. Roxanne Benjamin) są trzy tworzące kapelę dziewczyny. W drodze na koncert psuje im się bus. Przyjmują pomoc od sprawiającego sympatyczne wrażenie małżeństwa. Jak to w horrorach bywa, starsi ludzie wcale nie są tymi, za kogo się podają. Spotkanie z sektą będzie tylko pierwszym z koszmarów, z jakim zetkną się bohaterki. W „The Accident”, kontynuacji „Siren”, jadący nocą kierowca uderza w wbiegającą na drogę dziewczynę. Ciężko ranną zabiera do... pozbawionego personelu szpitala położonego w... opuszczonym przez ludzi miasteczku. „Jailbreak” to historia mężczyzny poszukującego od 13 lat siostry. Kiedy ją wreszcie znajduje, kobieta oznajmia mu, iż zamiast z nim woli zostać ze swoją nowa rodziną.

Jeśli chodzi o dobór tematyki, „Southbound” nie wyróżnia się niczym szczególnym. Wspólnym mianownikiem dla wszystkich historii są pustkowia w południowej części Ameryki, pośród których zabłąkany wędrowiec może natknąć się na dowolną potworność. Mamy zatem sektę, której wyznawcy żywią się ludzkim ciałem, prześladujące ludzi monstra rodem z piekła, nawiedzone miasteczka i szpitale, wreszcie przydrożne bary odwiedzane przez tajemnicze istoty. Siłą „Southbound” nie jest więc to, o czym się opowiada, a sposób, w jaki to robi. Umiejętne budowanie niezwykłego klimatu, liczne niedopowiedzenia, a tym samym zawierzenie inteligencji i wyobraźni widza oraz powściągliwość w stosowaniu efektów specjalnych przywodzą na myśl horrory z lat 70. i 80., kiedy to twórcy nie uwodzili wizualnymi fajerwerkami, a oddziałującymi na imaginację i emocje konceptami fabularnymi.

Do tego co wyżej, twórcy „Southbound” postanowili dodać coś jeszcze – wolty, którymi widz ma być zaskakiwany, by nie mógł przewidzieć ani momentu, w którym dana historia się skończy, ani tego, kiedy zacznie się kolejna i w którym kierunku się rozwinie. Perfekcyjnie to zagrało w przypadku epizodów „Siren” i „The Accident”, w których opowieść jedna w drugą przechodzi płynnie, a dzięki emocjonującemu zwrotowi akcji dopiero po czasie orientujemy się, że dotyczy ona już czegoś innego. Co ważne, autorzy filmu podjęli także próbę wpłynięcia na widza wykorzystaniem w jednym filmie wielu konwencji, które od dawien dawna podejmuje kino gatunkowe. Mamy zatem emocjonujące home invasion, opowieść o sektach, w „The Accident” solidną dawkę profesjonalnego, a tym samym przykuwającego do ekranu gore, w otwierającej i zamykającej film „The Way Out and The Way In” wątek nadprzyrodzony z nieznanego pochodzenia monstrami w rolach głównych.

Ale bez jednego elementu świata przedstawionego, tyleż samo ważnego co bohaterowie i składające się na fabułę wątki, jego wizja w „Southbound” pozbawiona byłaby jakiegokolwiek wyrazu i siły oddziaływania. Mam tu na myśli miejsce akcji, antytezę cywilizacji, niemalże metaforyczne pustkowie, pośród którego wydarzyć się może wszystko. Nie uwierzylibyśmy w taką przestrzeń umiejscowioną w Europie, ale już w południowej części Stanów Zjednoczonych czy w Australii już tak. Po części dlatego, że przygotowała nas do takiego odbioru popkultura, z takimi wizjami pełnego niebezpieczeństw cywilizacyjnych odosobnień jak w „The Texas Chain Saw Massacre” czy „Picnic at Hanging Rock”. Tu mamy drugorzędną autostradę biegnącą pośród pustyń i położonych daleko od siebie przydrożnych barów. Gdzieś na uboczu, z dala od cywilizacji, w niewielkich, często na wpół opuszczonych miasteczkach nie tylko można gdzieś się zaszyć, roztopić, zniknąć, ale także wieść życie, które w wielkich miastach natychmiast zostałoby zarejestrowane przez wszędobylskie kamery. To jedyne miejsce, w którym ofiara zwyrodnialca czy potwora musi liczyć tylko na siebie.

Jak wspomniałem wyżej, „Southbound” nie powala na kolana ani nie oryginalną czy odkrywczą tematyką, ani świeżym podejściem do wykorzystywanych po wielokroć przez kino grozy schematów fabularnych. To jednak jeden z tych horrorów, które jak te dawne, stara się wkraść w łaski odbiorcy realizacyjną pomysłowością, starannością, a nade wszystko konsekwencją w budowaniu na poły onirycznego, na poły infernalnego klimatu, gęstego i oczarowującego niczym w najlepszych filmowych straszakach sprzed kilku dekad.

Screeny

HO, SOUTHBOUND HO, SOUTHBOUND HO, SOUTHBOUND HO, SOUTHBOUND HO, SOUTHBOUND HO, SOUTHBOUND HO, SOUTHBOUND

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ klimat rodem z horrorów powstających w latach 70. i 80. XX w.
+ świetnie opowiedziane historie
+ pomysł na antologię z przenikającymi się opowieściami
+ „Siren” i „The Accident”
+ klimat pustki i osamotnienia
+ powściągliwość w doborze środków wizualnych, przede wszystkim efektów specjalnych
+ pasjonujący przegląd różnych konwencji stosowanych przez twórców horrorów

Minusy:

- te animacje komputerowe, które zastosowane, nie są z najwyższej półki

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -