Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:CRIMSON PEAK

CRIMSON PEAK

Crimson Peak. Wzgórze Krwi

ocena:4
Rok prod.:2015
Reżyser:Guillermo del Toro
Kraj prod.:USA
Obsada:Mia Wasikowska, Jessica Chastain, Tom Hiddleston
Autor recenzji:Michał Jasiński
Ocena autora:4
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Po fenomenalnym sukcesie artystycznym i frekwencyjnym „Labiryntu Fauna”, jego twórca, Guillermo del Toro, okrzyknięty został królem horroru, który to przydomek meksykańskiemu reżyserowi zapewne wielce pochlebia, znając jego zamiłowanie do mrocznej fantastyki. O ile miłość do gatunku jest w tym wypadku zupełnie szczera, o tyle można się zastanawiać czy artystyczne dokonania twórcy „Hellboya” na pewno zasługują na tytuł królewski? Jego najnowszy film „Crimson Peak: wzgórze krwi” z pewnością perłą w koronie nazwać nie można.

Sam reżyser nie nazywa swego dzieła „horrorem”, powołując się raczej na gatunek „romansu grozy” – odmiany opowieści niesamowitej, gdzie afektywna fabuła wzmocniona jest elementami ponadnaturalnymi, skrzętnie korzystającej z bogatego katalogu rekwizytów ogólnie kojarzonych z mrokiem i śmiercią. Nie powinno więc zabraknąć upiornego zamczyska, najlepiej w stanie ruiny, krwawej zbrodni, szaleństwa, odrobiny makabry, ale także nieszczęśliwej, bolesnej i wyniszczającej siły uczucia. I oczywiście żadnego z wymienionych składników w torcie Del Toro nie brakuje, problem polega na tym, że nadmiar i nieumiejętne zmieszanie daje nam deser mdły i ciężkostrawny, do przełknięcia chyba tylko dla najbardziej zagorzałych smakoszy gatunku. Oryginalnością nie grzeszy już sama fabuła – oto młode, niewinne dziewczę z bogatego domu zostaje uwiedzione przez mającego finansowy niedowład arystokratę. Panicz szybko zdobywa rękę ukochanej, by swoją móc położyć na majątku zaślubionej, a naiwną żonkę zabiera do rodzinnej, nawiedzonej ruiny, gdzie jej płonące serduszko ma wkrótce przestać bić na zawsze. Nietrudno w fabule dostrzec wpływu takich dzieł, jak „Rebeka” czy „Podejrzenie” Alfreda Hitchcocka czy inspirację baśnią o „Siwobrodym”. Nie byłby to zarzut, wszak kino od lat inspiruje się same sobą, dzieła nowe korespondują z klasyką, a postmodernistyczne konteksty z lubością są wyłapywane przez miłośników X muzy, niemniej dyskusja z szacowną spuścizną oznacza przeważnie możliwość reinterpretacji, szukania nowych dróg, odświeżenia zmurszałych idei, a tego filmowi Del Toro ewidentnie brakuje. Reżyser nie ma ambicji na nowe spojrzenie – on po prostu chce poczuć się przez chwilę jak XIX wieczny gawędziarz i stworzyć wzorcową opowieść o namiętności, zbrodni i duchach. W toku narracji powołuje się na autorki miary Mary Shelley czy Jane Austen, zapominając jednak, że każda z nich wniosła do literatury powiew świeżości, podczas gdy dzieło meksykanina jest tak intersujące jak oglądanie wzorca metra w Sevres.

Fabularną i myślową pustkę filmu reżyser stara się ukryć pod oprawą godną opery Wagnera, nie szczędząc nam olśniewających kadrów, scenograficznego przepychu i orgii soczystych barw. I przyznać trzeba, że wizualnie obraz jest olśniewający – ukazane miejsca zdają się być wręcz namacalne, bogactwo detali pozwala rozkoszować się pięknem zapuszczonego zamku, pełnego tajemniczych komnat, skrytek i wymyślnych artefaktów. Nie sposób ogarnąć wzrokiem wszystkich drobiazgów owej graciarni, a pojawiają się tu i wymyślne, mechaniczne zabawki, i wiekowe księgi zachwycające ukrytymi ilustracjami, i dziesiątki narzędzi mogących nieszczęsnemu gościowi upuścić nieco posoki. Pewnie prowadzona kamera Dana Laustsena zgrabnie płynie po tej magicznej przestrzeni, dając nam wrażenie jazdy wagonikiem po atrakcji w rodzaju „strasznego domu” z lunaparku. Podróż to w pierwszym momencie rozkoszna, niemniej po pewnym czasie, niedostatecznie wspomagana wątłą fabułą - nieco nużąca.

Po tej bajkowej przestrzeni snują się zarówno duchy jak i wcale nie bardziej żywi ludzie. Mia Wasikowska, która do swej mimiki drewnianej lalki zdążyła nas już przyzwyczaić w Krainie Czarów, zdaje się w jednakowy sposób reagować na każdą upiorną atrakcję, serwowaną przez nawiedzone miejsce. Jej reakcja na kolejne duchy czy makabryczne odkrycia każe się zastanawiać, czy bohaterka nie cierpi przypadkiem na jakąś formę autyzmu, a na pewno emocjonalnego upośledzenia. Do pełni znudzenia bohaterki brakuje jeszcze jedynie, by zaczęła ziewać. Jej niewydarzony małżonek nie uwiódłby chyba nawet zdesperowanej starej panny, a my mamy uwierzyć, że jest łowcą posagów. Przy okazji czy ktoś potrafiłby zaufać chociaż w jedno słowo patrząc w oczy Toma Hiddlestona? Nieszczęsny ten aktor zdaje się nabierać rozmówcę nawet, kiedy się przedstawia. Zawodzi niestety nawet Jessica Chastain, której mroczna heroina ma mniej charyzmy niż jej rysunkowe odpowiedniczki z filmów Disneya. Można odnieść wrażenie, że w tym przerysowanym pałacu cudów nieszczęśni aktorzy zwyczajnie się gubią i blakną na tle wystawnej scenografii. W stworzeniu pełnokrwistych postaci nie pomagają nawet wysmakowane kostiumy i eleganckie stylizacje, które same w sobie mogą wprawiać w zachwyt. Pozostaje jeszcze kwestia wspomnianych duchów. Te irytująco rozpływające się w powietrzu kreatury wyglądają, jakby ktoś lalkę pomalowaną plakatówką wrzucił do wanny z wodą, obserwując z zaciekawieniem efekt, kiedy z materiału puszcza farba. Domniemać by można, iż każdy zgon, w następstwie którego pojawiła się zjawa, nastąpił poprzez rozpuszczanie osobnika w acetonie, ale przecież to nie Toontown!

Ta szklanka octu wylana na „Crimson Peak” jest zapewne ciężka do przełknięcia zarówno dla twórcy „Wzgórza krwi” jak i dla wielu osób, które mimo wszystko film urzekł – co by nie mówić, reżyserowi nie brakuje przecież rzemieślniczej maestrii, fabułę potrafi poprowadzić w miarę sprawnie a i umiejętności zbudowania baśniowego nastroju odmówić mu nie można. Niemniej to właśnie świadomość, że mamy do czynienia z twórcą zdolnym, potrafiącym grać na emocjach, tworzyć pamiętne postacie – zarówno bohaterów jak i szubrawców, umiejętnie straszyć, a przede wszystkim za pomocą opowieści z dreszczykiem przekazywać poważniejsze, głębsze treści, sprawia, że oczekiwania wobec „Crimson Peak” miały prawo być wysokie, a zawód efektem końcowym – frustrujący. Nawet przy założeniu, że manieryczna przesada miała być niczym więcej, niż tylko pastiszem – brak tu chociażby drobnego mrugnięcia okiem, by uwierzyć, że oglądany efekt nie jest wynikiem grafomańskiego braku opamiętania reżysera. Trudno powiedzieć do kogo skierowany jest ten film. Wielbiciele horrorów udręczeni będą już pierwszym duchem, przy którym Irena Kwiatkowska w „Upiorze w kuchni” zdaje się budzić większą grozę. Entuzjaści mrocznych baśni w stylu „Jeźdźca bez głowy” czy „Labiryntu Fauna” mogą się poczuć znudzeni wątłą fabułą i brakiem emocji. Oczekujący nowego spojrzenia na przykurzony romans gotycki więcej satysfakcji odnajdą powracając do lektury poczciwej Ann Radcliffe a świeżości w dowolnym tytule wytwórni Hammer. Jedynie miłośnicy wrażeń estetycznych mogą poczuć się usatysfakcjonowani pięknem filmowego obrazu, pod warunkiem, że obrana przez twórców teatralna i ostentacyjna stylistyka przypadnie im do gustu. „Crimson Peak” nie stanie się zapewne gwoździem do trumny kariery meksykańskiego bajarza. Nadszarpnięty kredyt zaufania można odbudować poświęcając przy kolejnej produkcji swój niewątpliwy zapał lepszemu scenariuszowi – więcej pióra a mniej kredek i efekt może być zadowalający, czego radosnemu twórcy „Kręgosłupa diabła” serdecznie życzę, dziś odżegnując się jednak od tytułowania go „wasza wysokość”. Koronę przejął James Wan.

Screeny

HO, CRIMSON PEAK HO, CRIMSON PEAK HO, CRIMSON PEAK HO, CRIMSON PEAK HO, CRIMSON PEAK HO, CRIMSON PEAK

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ oprawa wizualna, scenografia, kostiumy
+ zdjęcia

Minusy:

- błaha fabuła
- kiepskie aktorstwo
- treściowa pustka

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -