Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:STRANGER THINGS (sezon 1)

STRANGER THINGS (sezon 1)

Stranger Things

ocena:10
Rok prod.:2016
Reżyser:Matt Duffer, Ross Duffer
Kraj prod.:USA
Obsada:Winona Ryder, David Harbour, Finn Wolfhard, Millie Bobby Brown, Gaten Matarazzo, Caleb McLaughlin, Matthew Modine
Autor recenzji:Michał Jasiński
Ocena autora:10
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Kto jeszcze nie słyszał o „Stranger things” – palec pod budkę! Zbyt wielu ich raczej nie zbiorę. Produkcja „Netflixa” zawojowała świat stając się nie tylko hitem sezonu, ale popkulturowym fenomenem na miarę „Miasteczka Twin Peaks”, z którym bywa czasami porównywana. I nawet jeżeli ktoś nie miał jeszcze okazji zapoznać się z ośmioodcinkowym dziełem braci Duffer, to raczej nie miał też szans nie zetknąć się z zalewającymi internet informacjami, artykułami, recenzjami, analizami, memami, czy nawet fan-pageami.

Niesamowicie wysokie oceny na tematycznych portalach przeplatają się z sceptycznymi komentarzami osób, które nie potrafią zrozumieć o co cały ten zgiełk, bo faktem jest, że fabularnie serial nie wnosi niczego nowego. Poznajemy historię tajemniczego zniknięcia małego Willa Byersa, chłopca mieszkającego z rozwiedzioną matką i starszym bratem w typowej amerykańskiej dziurze, jakich znamy setki z filmów, seriali i książek. Poszukiwania chłopca pozwalają nam poznać pozostałych mieszkańców miasteczka, jego rodzinę, przyjaciół, wrogów, lokalnych stróżów prawa i pracowników tajnej organizacji ukrywającej się pod szyldem pobliskiej elektrowni. Schemat znany z setek filmów, seriali i książek – znany i lubiany, co w tym przypadku jest chyba najistotniejsze, gdyż pomysłem na własne dzieło braci Duffer mogła być sławna maksyma Stevena Spielbierga „chcę kręcić takie filmy, jakie sam oglądałem w przeszłości”. W przypadku Spielberga było to czerpanie motywów i pomysłów z lamusa lat czterdziestych i pięćdziesiątych i dostosowanie ich do oczekiwań i wymogów widzów lat osiemdziesiątych, czyli między innymi dwóch braci bliźniaków, którzy wychowani na „E.T.” i „Gwiezdnych wojnach” postanowili podziękować i złożyć hołd swoim mentalnym dziadkom – twórcom Kina Nowej Przygody. I tak „Strangers Things” jest zręcznym patchworkiem schematów, motywów, postaci, scen a czasem nawet ujęć kamery znanych z dzieł wspomnianego Spielberga, Georga Lucasa, Johna Carpentera, Jamesa Camerona czy Joe Dantego. Jest jawnym i bezpretensjonalnym brykiem, zachowuje jednak swoją oryginalność, umiejętnie wciągając w intrygę, potęgując emocje i przed wszystkim pozwalając przejąć się losem głównych bohaterów. I to już wielka zasługa twórców serialu, który wprawdzie jest kalejdoskopem znanych obrazków, potrafi jednak z ich pomocą stworzyć pełnokrwiste, wyraziste postacie, którym łatwo kibicować, których lubi się jak paczkę dawnych kolegów z podwórka. Albo dawnych przyjaciół z ekranu. Dotyczy to zarówno przyjaciół małego Willa, trzech chłopców zagranych z dużą werwą i swobodą przez Finna Wolfharda, Caleba McLaughlina oraz mojego ulubieńca, Gatena Matarazzo (w przesympatycznej roli korpulentnego Dustina, cierpiącego na dysplazję zębiny), przywodzących na myśl gromadki dzieciaków z „Goonies” czy „Stand by me”; jak i starszych bohaterów – histerycznej matki chłopca, potrafiącej raz irytować a raz wzruszać Joyce Byers, kreowanej przez świetną w tej roli Winonę Ryder (sekwencja jej rozmowy z choinkowymi światełkami wejdzie na stale do ikonografii popkultury!), nieco miśkowatego, ale potrafiącego przejąć inicjatywę szeryfa Hoppera czy miejscowego outsidera, wrażliwego fotografa Jonathana, szkolnej piękności Nancy i jej cnotliwej przyjaciółki Barbary, mającej wszelkie predyspozycje do pozostania starą panną. Na osobną linijkę zasługuje dojrzała i przejmująca Millie Bobby Brown w roli niezwykłej, posiadającej nadnaturalne moce „Jedenastki”. Smutne i przestraszone oczy dziewczynki, jej posępna twarz, potrafiąca wyrazić skrajne emocje przy dość powściągliwej mimice, to obrazy, które na długo po seansie pozostają w pamięci (i w sercu). Zgrabnie zarysowane i świetnie zagrane postacie poruszają się po rzeczywistości, która jest istnym, fetyszystycznym rajem dla dzieciaków dorastających w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Rowery BMX, taśmy magnetofonowe z nagraną składanką ulubionych hitów, walkie-talkie pozwalające porozumieć się z kumplem (o ile nie mieszka za daleko), gry planszowe, skrytki w lesie i komiksy. Oraz wszędobylskie akcesoria powiązane z kinem – plakaty z filmów, modele pojazdów z „Gwiezdnych wojen”, nieustanne cycaty w ustach młodocianych bohaterów, porządkujących rzeczywistość w oparciu o filmowe wzorce. Czego brakuje, by uznać to za pełnię dziecięcej przygody? W naszych, polskich warunkach – chyba jeszcze tylko „Świata młodych” i „5-10-15”…

Podobnie w kwestii formalnej mamy do czynienia z udanym pastiszem produkcji ze złotej epoki VHS. Obraz jest perfekcyjnie wystylizowany w manierze „wczesnego Spielberga”, tonacja barw, sposób prowadzenia kamery, montaż – wszystko to zdaje się być tak bardzo znane. A jednak przy dzisiejszym przesycie przeestetyzowanych obrazów, filtrujących na potęgę barwy i dopieszczających w sposób wręcz nienaturalny każdy najmniejszy blik światła – powrót do stylistyki lat 80-ych zdaje się dawać odrobinę rześkiego oddechu. Zauważyć jednak trzeba, że efekty specjalne są już zupełnie współczesne – na szczęście racjonalnie dawkowane nie przytłaczają pikselowym barokiem CGI. Stylizacja dotyczy również ścieżki dźwiękowej – i to zarówno pod względem doboru pojawiających się utworów, które mogłyby znaleźć się na kolejnej kasecie z przebojami Petera Quilla ze „Strażników Galaktyki”, jak i oryginalnej muzyki autorstwa Kyle Dixona i Michaela Steina, wykorzystującej syntezatorowe brzmienia przywracające pamięć czasów świetności Marka Bilinskiego. Nawet czcionka użyta w czołówce przywodzi na myśl minioną epokę gumy „Donald”, a wtajemniczeni od razu rozpoznali font charakterystyczny dla okładek wczesnych, amerykańskich wydań książek Stephena Kinga.

Przytoczone przykłady są najczęstszymi podawanymi argumentami opisującymi fenomen serialu braci Duffer. Co jednak odnajdzie w „Strangers things” miłośnik horroru? Nazwisko literackiego króla grozy nie pada bynajmniej przypadkowo – to właśnie w epoce prezydentury Regana Stephen King zawładnął masową wyobraźnią, zarówno na kartach swoich książek, jak również poprzez celuloidowe adaptacje, pojawiające się na ekranach amerykańskich kin z olbrzymią częstotliwością. Echa fabuł jego powieści również odnaleźć można w serialowej rzeczywistości „Stranger things” – jedna z głównych bohaterek opowieści, tajemnicza dziewczynka uciekająca przed jeszcze bardziej tajemniczą organizacją, mogłaby być siostrą kingowskiej „Podpalaczki”, a paczka szkolnych popychadeł decyduje się na walkę z upiorem, na miarę kingowskiego klowna z kanałów. Wszystko to w miasteczku zapyziałym miasteczku „Hawkins”, które równie dobrze mogłoby nazywać się „Castle Rock”. Nawiązania do literatury króla z Bangor nie wyczerpują bynajmniej odniesień gatunkowych serialu w kierunku tematyki grozy. Przy popularnym pytaniu co sprawia, że lubimy oglądać filmy, które wprawiają nas w obiektywnie nieprzyjemny przecież stan lęku, często pojawia twierdzenie, iż irracjonalny strach przed nieistniejącym zagrożeniem budzi w nas emocje, które znamy i pamiętamy z dzieciństwa, kiedy każdy miał swojego „potwora z szafy” i próbował ten lęk przezwyciężać. W okresie dorosłym, kiedy Buka czy diabeł Piszczałka na nikim już nie robi wrażenia a uśmiech Pennywisea budzi raczej rozrzewnienie niż grozę, pozostaje nam gorzki niepokój dnia codziennego, charakterystyczna dla „wieku klęski” trwoga przed bezrobociem, inflacją, kredytem hipotecznym czy nieprzyjazną sytuacją polityczną. Horror pomaga powrócić do tych „niewinnych” koszmarów z dzieciństwa, przez chwilę daje dojść do głosu stłumionemu dziecku, które każdy z nas gdzieś głęboko w sobie ukrywa. „Stranger Things” przypomina ten okres, kiedy oswajaliśmy lęki oglądając dziesiątki razy „Gremliny” czy „Piramidę strachu” a w tajemnicy przed rodzicami dodawaliśmy sobie męstwa sięgając po „Koszmar z ulicy wiązów”. To wtedy rodziła się nasza miłość do kina i literatury grozy. Oczy przymykane podczas seansu, nieprzespane noce ale i wyolbrzymione elementy podczas streszczania seansu kumplom spod trzepaka. Nie ważne, czy magnetowid podłączony do starego Rubina odtwarzał filmy jedynie w czerni i bieli, jeszcze mocniej odrealniając zniszczone kopie filmów z kaset z giełdy, czy już na nowym telewizorze Otake oglądaliśmy filmy z wypożyczalni – efekty był ten sam – rodząca się kinofilia, kiełkująca w oparach przypalonego domowego popcornu horroromania. Dufferowie wykorzystują umiejętnie ten sentyment, proponując nam kolejne monstrum do panteonu kolekcjonerskich figurek, które dumnie może stanąć na półce obok Xenomorfa, Dyniogłowego czy Pinheada. Dodają „tajemniczą organizację” z członkami, których tak przyjemnie nienawidzić i czekać, kiedy zostanie im wymierzona sprawiedliwość, oraz tajemniczy, mroczny wymiar, istniejący równolegle do naszego, egzystujący „tuż za ścianą”, do którego przebić się wcale nie jest aż tak diabelnie trudno. W jedną i drugą stronę! Przy tym wszystkim bracia nie ukrywają, że chodzi tylko o powrót do przeszłości, o element zabawy – ekscytującej, wciągającej, ale bez głębiej ukrywanych sensów. Nie próbują reinterpretacji „założycielskich mitów”, nie parodiują ani nie odkrywają nowych sensów. Czasem bawią się z oczekiwaniami, kiedy już prawie jesteśmy pewni „co w danym momencie stać się powinno”, a dzieje się nieco inaczej, ale zawsze w podobnym kluczu. Nigdy jednak nie pozostawiają widza niezaspokojonego – to wszystko, czego pragnęlibyśmy doznać – wcześniej czy później nam podadzą, bo wiadomo przecież, że dzieciom się nie odmawia. Przeżyjemy więc niejedną chwilę grozy, ale i ekstazy, triumfu, poczucia spełnienia, ciesząc się przy tym jak pryszczate małolaty, gdy „źli oberwą za swoje”. Być może zawód poczują właśnie ci, którzy spodziewają się czegoś więcej. Wspomniane na początku „Twin Peaks”, do którego „Stranger things” bywa czasem porównywany, pod powierzchnią sensacyjnej przypowieści proponował nam wgląd w mroki zbiorowej nieświadomości peryferyjnej społeczności. Perwersje, sadyzm, używki i przemoc dręczyły z pozoru zwyczajnych i nudnych mieszkańców z serialu Lyncha. Prawie każdy skrywał swoje mroczne sekrety a demony z „czarnej chaty” jedynie podsycały płomień niskich, ludzkich namiętności. U Dufferów wszystko jest dziecinnie proste – czarne jest czarne a białe jest białe. Królują przyjaźń, braterstwo, pomysłowość i odwaga. Ta baśniowa strategia pozwala przymknąć oczy na fabularne uproszczenia, logiczne dziury czy psychologiczne nieprawdopodobieństwa. I być może leży w tym przyczyna sukcesu tej opowieści „ku pokrzepieniu serc” – w czasach nieustającej „gry o domek z kart” ze złowieszczo „nadchodzącą zimą” na horyzoncie, przyjemnie przeżyć taki powrót do czasów niewinności, letnią (mimo jesieni na ekranie!), wakacyjną przygodę jak za dawnych lat, ekscytującą, bezpretensjonalną, wyzwalającą najprostsze emocje, a serial braci Duffer w perfekcyjny sposób nam to umożliwia.

Screeny

HO, STRANGER THINGS (sezon 1) HO, STRANGER THINGS (sezon 1) HO, STRANGER THINGS (sezon 1) HO, STRANGER THINGS (sezon 1) HO, STRANGER THINGS (sezon 1) HO, STRANGER THINGS (sezon 1) HO, STRANGER THINGS (sezon 1) HO, STRANGER THINGS (sezon 1)

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ doskonały klimat
+ emocjonująca fabuła
+ dobre aktorstwo

Minusy:

- jednowymiarowość przekazu
- fabularne naiwności

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -