Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:BLACK MIRROR (sezon 1)

BLACK MIRROR (sezon 1)

Czarne lustro

ocena:10
Rok prod.:2011
Reżyser:Otto Bathurst, Euros Lyn i inni
Kraj prod.:Wielka Brytania
Obsada:Rory Kinnear, Daniel Kaluuya, Toby Kebbell, Jodie Whittaker
Autor recenzji:Mateusz Mnich
Ocena autora:10
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

David Mitchel, ustami jednego z bohaterów genialnego „Atlasu chmur”, mówi, że ludzkość prędzej czy później zgubi dążność do posiadania więcej, do odczuwania intensywniej i mierzenia wyżej. Już niejeden artysta brutalnie rozprawił się z tą chciwością, z tym prężnym rozwojem, który w zamierzeniu miał ułatwiać życie, a w rzeczywistości jedynie rozleniwia i przygasza i tak ledwo tlące się ludzkie odruchy. Bradbury, Huxley, Palahniuk, Wells, oni wszyscy powiedzieli w tej kwestii już sporo, ale najbardziej aktualne, najświeższe słowo należy do pomysłodawców jednego z najbardziej wymownych seriali ostatnich lat - serialu „Black Mirror”. I choć pierwszy jego sezon liczył zaledwie trzy trwające około godzinę, stanowiące odrębne historie odcinki, wymierzył siarczysty policzek nam wszystkim, dzieciom technologii dwudziestego pierwszego wieku.

Otwarcie pierwszego sezonu to niewątpliwie start z wysokiego C. Wyreżyserowany przez Otto Bathursta „The National Anthem” opowiada o pewnym szarym dniu w samym centrum Londynu z bliskiej przyszłości, który przeradza się w jeden z najbardziej mrożących krew w żyłach dni we współczesnej historii Wielkiej Brytanii. Porwana zostaje jedna z księżniczek, Susannah, co już samo w sobie byłoby gigantyczną tragedią dla wpatrzonych w rodzinę królewską jak w bóstwa Anglików, jednak jeszcze większy szok wywołuje żądanie porywacza. Nie chodzi o spory okup, azyl ani o zmiany w prawie. Porywacz żąda, aby premier we własnej osobie odbył na wizji, na żywo, w jednej z publicznych stacji telewizyjnych stosunek seksualny… ze świnią. Rodzi to oczywiście dylemat nie tylko natury moralnej, ale i politycznej – naród oczekuje poświęcenia w imię dobra księżniczki, nawet kosztem upokorzenia głowy Rządu. Porywacz uprzedza, że wszelkie próby manipulacji wizją, jakiekolwiek efekty specjalne, wynajęci aktorzy czy udawanie zostaną łatwo przez niego wykryte, a wtedy Susannah może pożegnać się z życiem. Zegar tyka, na szali waży się los uwielbianej przez tłumy dziewczynki oraz wizerunek premiera i jego równowaga psychiczna i życie osobiste. A to wszystko okraszone ryzykiem, że porywacz nie dotrzyma danego słowa.

W kolejnym odcinku, tym razem dopieszczonym przez Charliego Brookera, zatytułowanym „Fifteen Million Merits”, przenosimy się do nieco dalszej przyszłości. Do świata, w którym ludzie mieszkają w ciasnych, wyściełanych ekranami telewizyjnymi boksach, a na życie zarabiają pracą fizyczną, to jest aktywnościami pozwalającymi na generację olbrzymich ilości prądu napędzającego cały ten kolorowy, neonowy świat. Ludzie katowani są odtwarzanymi nieustannie reklamami, nawet wówczas, gdy marzyliby o odpoczynku po męczącej dniówce, jednak aby zatrzymać emisję wrzeszczących spotów, muszą słono płacić. Jedynym rozwiązaniem, aby wyrwać się z tego świata niczym w Neoseulu Mitchella, jest zgłoszenie się do najpopularniejszego konkursu talentów i przypadnięcie do gustu surowemu, bardzo bezpośredniemu jury. Główny bohater, w jego roli Daniel Kaluuya, pragnie wywołać małą rewolucję w tym przeżartym przez media świecie, w czym mogłoby mu pomóc uczestnictwo w talent show.

Ostatni, trzeci epizod, „The Entire History of You”, to etiuda na temat mechanizacji emocji, do której z zabójczym pędem prowadzi boom technologiczny. W niedalekiej przyszłości zaproponowano ludziom implanty soczewek pozwalające na cyfrowy zapis wspomnień i łatwe ich odtwarzanie w dowolnej chwili. Dzięki temu nie tylko zmniejszyłyby się problemy związane z zapominalstwem, ale również można by przeżywać na nowo najszczęśliwsze chwile życia dzięki wysokiej jakości obrazowi. Jak można się jednak spodziewać, urządzenia te magazynują i pozwalają obejrzeć ponownie również te momenty, z którymi nikomu nie chcielibyśmy się dzielić. Brutalne, intymne, upokarzające. A fizyczny ich zapis na nośnikach soczewek rodzi niebezpieczeństwo, iż nie pozostaną one tajemnicą i – w zupełnej opozycji do reklamowanych zalet produktu – mogą pociągnąć za sobą lawinę bolesnych przeżyć i nieodwracalnych skutków.

Same pomysły na fabuły odcinków śmiałbym uznać za oryginalne, pomimo iż w literaturze science-fiction pewnie dopatrzeć się można nieodległych motywów. Siłą „Black Mirror” jest jednak wydźwięk prezentowanych historii. Wszystkie połączone są wyraźnym przesłaniem – im bardziej ludzie oddalają się od siebie, a zbliżają z technologią, im bardziej wyręczają się elektroniką i myślą tak, jak proponują mass media, tym bliżej im do osiągnięcia irracjonalnego stanu, z którego nie ma już powrotu. Upadku moralnego, wyczerpującej samotności pomimo egzystowania w tłumie, ale też poczucia utraty wolności i swobody, oryginalności i osobowości na rzecz trendów. A tam, gdzie aż pulsuje od wysublimowanej technologii, uchyla się nienaoliwiona furtka, przez którą łatwo przemycić wiele krzywdy i zła. Rozwój jest w serialu ukazany jako nośnik, owszem, niewiarygodnego postępu, ale również małoduszności i zepsucia.

A i forma, w jakiej te trzy historie zostały zaprezentowane, nie mogła być lepsza. Największe brawa należą się twórcom za niespieszne, wyraźne prowadzenie akcji, niejednokrotne zatrzymanie się i pozwolenie wykazać naprawdę znakomitym aktorom, którzy perfekcyjnie wyczuli, jak odegrać wymagające i bolesne emocje. Praca kamery jest prawdziwym majstersztykiem, zamyka w kadrze pierwszy plan z szokującymi wydarzeniami i na tyle szerokie tło, aby można w nim było dopatrzeć się niezliczonych subtelnych smaczków. Co warto docenić, twórcy upstrzyli momentami klimat niską, ambientową ścieżką dźwiękową, dudniącą jak basy w utworach Fever Ray czy soundtrackach z „28 Days Later” czy „The Divide”, jednak przez większość filmu w tle panuje przerażająca, przejmująca cisza, czasem przerywana szumem maszynerii lub popiskiwaniami z ekranów telewizorów. To wszystko w porównaniu z przejaskrawioną kolorystyką uwydatniającą tętnienie świata przyszłości energią elektryczną i migającymi na każdym rogu światłami sprawia, iż można poczuć się jak na projekcji słynnej „trylogii” Alejandro Gonzaleza czy seansie „Beyond the Black Rainbow”.

„Black Mirror” pełni genialną, wymowną moralizatorską rolę, nastrajając do istotnych w dzisiejszych czasach przemyśleń, czy aby nie pędzimy za szybko, a także wymierzając policzek na ocucenie, krzycząc, żebyśmy przystanęli, żebyśmy słuchali siebie wzajemnie i dbali o uczucia swoje i innych. O wartości, o które walczyliśmy, a teraz przestają mieć znaczenie. Trzy odcinki to relatywnie niewiele czasu, ale mimo to mnóstwo treści. Brak tutaj sztampowego nadęcia, jest za to chłód metalu, dreszcz niepokoju i burza pytajników w głowie, które po zakończeniu odcinka układają się w obawy: Czy do tego właśnie dążymy? Czy tak istotnie może się stać? „Black Mirror” nie jest już świeżynką, jednak bardziej niż kiedykolwiek wstrzeliwuje się w czasy, od których już tylko jeden mały kroczek do antyutopii serialowej przyszłości.

Screeny

HO, BLACK MIRROR (sezon 1) HO, BLACK MIRROR (sezon 1) HO, BLACK MIRROR (sezon 1) HO, BLACK MIRROR (sezon 1) HO, BLACK MIRROR (sezon 1) HO, BLACK MIRROR (sezon 1)

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ perfekcyjne zdjęcia, wymowne kadry, smakowite detale
+ powolna, precyzyjna i umiejętna praca kamery
+ zwyczajni, ludzcy aktorzy o olbrzymich możliwościach
+ genialnie szafowanie ciszą przeplataną klimatycznym podkładem muzycznym
+ funkcja moralizatorska i omówienie aktualnych problemów

Minusy:

- brak

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -