Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:ATTACK OF THE LEDERHOSEN ZOMBIES

ATTACK OF THE LEDERHOSEN ZOMBIES

Atak tyrolskich zombie

ocena:6
Rok prod.:2016
Reżyser:Dominik Hartl
Kraj prod.:Austria
Obsada:Laurie Calvert, Gabriela Marcinková, Margarete Tiesel, Hilde Dalik, Kari Rakkola, Martin Loos
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Moda na filmy o pandemii zombie za sprawą seriali „The Walking Dead” i „Fear the Walking Dead” trwa w najlepsze. Robert Kirkman, twórca komiksowego pierwowzoru, inspiracji szukał rzecz jasna u George’a R. Romero, co także znalazło swoje odzwierciedlenie w telewizyjnej adaptacji. Bo oprócz epatowania obrazami krwawych strać z nieumarłymi, oba seriale pokazują, w jaki sposób ocalali zmieniają się w obliczu niewyobrażalnej katastrofy. Ale nie wszystkie filmy z zombie w rolach głównych na poważnie zajmują się roztrząsaniem moralnych dylematów. Nie brakuje takich, których fabularne clou sprowadza się do prezentacji efektów gore, łatwo znajdziemy także wybuchowe mieszanki krwawego horroru oraz rubasznego, nie zawsze poprawnego politycznie humoru („Noc żywych Żydów” Olivera Noble’a). Do takich filmów zaliczyć można austriacki „Atak tyrolskich zombie” Dominika Hartla.

Pośród ośnieżonych szczytów austriackiego Tyrolu ekipa telewizyjna realizuje film z udziałem znanych snowbordzistów. Na skutek nieporozumienia między sportowcami a szefową filmowców, troje miłośników białego szaleństwa zmuszonych zostaje spędzić noc w górskim schronisku, w którym akurat odbywa się impreza na zakończenie sezonu narciarskiego. Balanga szybko zamienia się w rzeź, bo wśród gości zamiast żywych prym zaczynają brać zombie.

W „Ataku tyrolskich zombie” jest wszystko to, co powinno znaleźć się w tego typu kinie. Nieskomplikowaną, podlaną obowiązkowym sosem absurdu historię obserwujemy z perspektywy kilku wyrazistych, acz mocno przerysowanych bohaterów. Twórcy najwięcej naśmiewają się z celebrytów i jednosezonowych gwiazdek, ale też nie brakuje naigrywania się z prowincjonalnej mentalności tubylców, sposobu bycia rosyjskich nowobogackich, a także wyszydzania popkulturowego kiczu, jaki powstał w wyniku komercjalizacji miejscowej kultury i tradycji.

Ale wszystko to jest tylko tłem dla najważniejszego, a mianowicie dla krwawego starcia z hordą zombie. Filmów ze scenami eksterminacji truposzy mieliśmy już bardzo dużo, dlatego też twórcy „Ataku tyrolskich zombie” musieli wykazać się nie lada inwencją, by ich dzieło jakoś w zestawieniu z innymi się wyróżniało. I to się Austriakom udało. Monstra są nie tylko kłute, szatkowane, rozrywane, dekapitowane i rozszarpywane, ale by było ciekawej, do ich „uśmiercania” bohaterowie używają barowych ławek, nart, desek snowbordowych, a także mechanicznej odśnieżarki. Co ważne, zadbano o to, by wszystkie sceny zrealizowane zostały profesjonalne, z dbałością o detal i bez uciekania się do bujnej wyobraźni widza. Podobać się może zarówno charakteryzacja zombie, jak i efekty gore wykonane prawie w całości techniką „analogową”, bez podpierania się CGI.

Hartl stworzył film specyficzny, pod gusta konkretnego odbiorcy. Takiego, który lubi proste, bezpretensjonalne i dynamicznie opowiedziane historie, w których gwoździem programu są dobrze wymyślone, a przede wszystkim profesjonalnie zrealizowane sceny masakrowania ludzkiego ciała. Tego w „Ataku tyrolskich zombie” nie brakuje. Przez dystrybutorów film Hartla porównywany jest do słynnej „Martwicy mózgu” Petera Jacksona. Takie zestawienie to rzecz jasna zabieg promocyjny, specom od marketingu chodziło zapewne o wskazanie na ilość filmowej makabry w obu historiach. Obraz Jacksona ma tę przewagę nad „Atakiem tyrolskich zombie”, że pomysłowość reżysera oraz specyficzne, absurdalne i bezkompromisowe poczucie humoru czyni go nieprzewidywalnym. U Hartla mamy zabawę, ale zdecydowanie konwencjonalną, zbudowaną na schematach fabularnych, które niejednokrotnie widzieliśmy w kinie. Austriakiem nie kierowała potrzeba pokazania czegoś nowego albo nadania „przerabianemu” w popkulturze motywu nowego kontekstu. W „Ataku tyrolskich zombie” chodzi tylko o zgrywę. A filmowy żart ma to do siebie, że bawi użyty raz. Dlatego jako jednorazowa rozrywka film Hartla się sprawdzi. Na pewno nie zyska on jednak statusu, jak wspomniana wyżej „Martwica mózgu”, obrazu kultowego, a więc takiego, do którego będzie się wracać po wielokroć.

Screeny

HO, ATTACK OF THE LEDERHOSEN ZOMBIES HO, ATTACK OF THE LEDERHOSEN ZOMBIES HO, ATTACK OF THE LEDERHOSEN ZOMBIES HO, ATTACK OF THE LEDERHOSEN ZOMBIES HO, ATTACK OF THE LEDERHOSEN ZOMBIES HO, ATTACK OF THE LEDERHOSEN ZOMBIES HO, ATTACK OF THE LEDERHOSEN ZOMBIES

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ dynamicznie, bez niepotrzebnych wtrętów, opowiedziana historia
+ mnóstwo obrzydliwości
+ efekty specjalne
+ wyraziści bohaterowie
+ kilka komicznych momentów

Minusy:

- filmowy recykling

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -