Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:AUTOPSY OF JANE DOE, THE

AUTOPSY OF JANE DOE, THE

Autopsja Jane Doe

ocena:7
Rok prod.:2016
Reżyser:André Øvredal
Kraj prod.:Wielka Brytania
Obsada:Brian Cox, Emile Hirsch, Ophelia Lovibond, Olwen Catherine Kelly, Michael McElhatton
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:7
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Ponad sześć lat André Øvredal, twórca pamiętnego „Łowcy trolli”, kazał nam czekać na swój kolejny film. I tak jak w przypadku debiutu zaskoczył, nadając swojej opowieści powab oryginalności dzięki wykorzystaniu wydawałoby się wyeksploatowanej konwencji, tak realizując „The Autopsy of Jane Doe” udowodnił, iż bez wielkiego budżetu i uciekania się do formalnych eksperymentów można wbić widza w fotel wręcz klasycznym horrorem, takim, jakie tworzyło się w latach 80. i 90. ubiegłego wieku.

Już pierwsze ujęcie „The Autopsy of Jane Doe” – obrót kamery o 360 stopni – sugeruje, iż nie wszystko w filmie Øvredala będzie tak oczywiste, jak wydaje się na pierwszy rzut oka. Głównymi bohaterami filmu Norweg uczynił ojca, znanego i bardzo doświadczonego patologa, oraz syna, który jako technik dopiero uczy się trudnego, i co by nie powiedzieć, nieprzyjemnego fachu. Pewnego wieczoru do ich laboratorium trafiają zwłoki młodej dziewczyny. Z tego względu, że naleziono je na miejscu krwawego i wyjątkowo bestialskiego mordu, szeryfowi zależy, aby okoliczności zgonu denatki zostały wyjaśnione jak najszybciej. Już pobieżne oględziny ciała sugerują, iż dziewczyna była torturowana. Później okazuje się, że zwłoki skrywają w sobie mnóstwo tajemnic i zagadek. Coś lub ktoś chce jednak, aby nie ujrzały one światła dziennego. Kiedy bohaterowie „otwierają” ciało dziewczyny, ich laboratorium staje się areną niezwykłych, a z czasem coraz bardziej przerażających wydarzeń.

Kiedy zobaczyłem pierwsze sceny z udziałem Briana Coxa (ojciec) i Emile Hirscha (syn) sytuacja wyjściowa w „The Autopsy of Jane Doe” wydała mi się podobna do tej z „Imienia róży”. W obu utworach mamy do czynienia z mentorem oraz młodym adeptem. Obaj trochę mimo woli, a na pewno wbrew wykonywanym przez siebie profesjom, przedzierzgnąć muszą się w detektywów poszukujących sprawcy potwornych zbrodni. I u Eco, i u Øvredala młodszy starszego traktuje z wyraźną estymą, co jednak nie przeszkadza mu zbaczać z wybranej dla niego przez autorytet drogi. W obu historiach mamy do czynienia z gąszczem tajemnic, których proces odkrywania na pierwszy rzut oka nie powinien wiązać się z żadnym niebezpieczeństwem. Wszak „Imię róży” rozgrywa się w położonym z dala od miast opactwie benedyktynów, zaś w „The Autopsy of Jane Doe” bohaterowie mają przeprowadzić rutynowe badanie, jakim jest sekcja zwłok. Podobieństwem jest także clou obu fabuł, które sprowadza się do pokazania procesu dochodzenia do prawdy jako sensu istnienia nie tylko naukowca, badacza, ale każdego człowieka. I u Eco, i u Øvredala bardzo istotną rolę odgrywa miejsce, w którym rozgrywa się akcja. Ze zdroworozsądkowego punktu widzenia prosektorium i opactwo to ostatnie miejsca, które mogłyby stać sceną dla dramatycznych czy nawet nadnaturalnych wydarzeń, ale twórcy „Imienia róży” i „The Autopsy of Jane Doe” odwołują się do naszej wyobraźni, która karmiona różnego rodzaju fabułami, przede wszystkich popkulturą (Eco był jej badaczem) nadaje przestrzeniom wiekowym, historycznym lub zamkniętym dla większości aury tajemniczości i niezwykłości.

Porównując jakby nie było filmowy horror do arcydzieła i w formie, i w treści wymykającemu się jednoznacznej interpretacji, nie chciałem powiedzieć, iż mamy do czynienia z kreacjami artystycznymi tej samej miary. Rzecz w tym, iż rzadko mamy do czynienia z kinem grozy, który jednocześnie dawałby do myślenia nie tracąc przy tym na atrakcyjności. A „The Autopsy of Jane Doe” do tego typu straszaków należy. Nie obraża on inteligencji widza nieumotywowanym bestialstwem, głupim scenariuszem i feerią tandetnych efektów CGI. Za to intryguje na poły kryminalnym scenariuszem, w którym razem z bohaterami próbujemy rozwikłać zagadkę przypominającą trochę zabawę puzzlami. Prawie wszystkie wydarzenia rozgrywają się w jednym miejscu. Twórcy musieli więc co i rusz podsycać wyobraźnię widza nowymi faktami. Stąd coraz to bardziej zaskakujące odkrycia patologów, stąd też pomysł, aby wykorzystać znany już w historii filmu motyw naukowca-racjonalisty zderzającego się z czymś irracjonalnym, czego nie da się ująć za pomocą znanych nauce pojęć. Swoje robi także sugestia, iż oprócz bohaterów, w kostnicy i laboratorium może znajdować się ktoś jeszcze. Każde nietypowe ujęcie czy scena zrealizowana z niespodziewanej perspektywy tylko pobudzają naszą imaginację i powodują gonitwę myśli. W pewnym momencie kapitalnie stopniowane napięcie wręcz nie powala spokojnie śledzić kolejnych wydarzeń. A chyba właśnie o to w horrorze chodzi.

Filmową opowieść Øvredala uwiarygodniają dwie rzeczy – sugestywna rola Briana Coxa oraz realizm w aranżacji sekcji zwłok. Podobnie jak Sean Connery w adaptacji powieści Umerto Eco, tak i Cox w „The Autopsy of Jane Doe” przykuwa do ekranu przede wszystkim doświadczeniem aktorskim, które tak naprawdę sprowadza się do wiedzy, jak za pomocą minimalnych środków stworzyć intrygującą postać. Swoją kreacją nie rozsadza on ekranu, nie stara się skupić na sobie uwagi za wszelką cenę, jest oszczędny w gestach, nie potrzebuje tyrad, by coś wyrazić. Z przemyślaną powściągliwością mamy także do czynienia w pokazywaniu cielesności człowieka. Z jednej strony twórcy nie szczędzą nam ujęć z wydobywanymi ze zwłok wnętrznościami, udowadniając chociażby, że nie mamy tu do czynienia z tanią cyfrową iluzją, z drugiej zaś nie epatują makabrą i nie czyni swojego filmu krwawą groteską próbującą się wkupić w łaski widza tylko i wyłącznie litrami wylanej krwi i kilogramami przewalonych flaków.

Warto także zastanowić się nad przesłaniem, jakie Øvredalowi udało się przemycić między wierszami dobrego, na pewno emocjonującego, acz konwencjonalnego horroru. I znowu muszę odwołać się do powieści „Imię róży”, bo i u Eco, i u Øvredala pewne wnioski są tożsame. Obie historie w bardzo złym świetle pokazują decydentów, prawie zawsze pragnących uchodzić za nieomylnych moralistów, którzy gotowi są zrobić wszystko, by pewne treści - przez nich zwane wywrotowe, bo prowokujące do krytycznego myślenia – nie ujrzały światła dziennego. To bowiem mogłoby ich pozbawić władzy albo kontroli nad sposobem myślenia maluczkich. „The Autopsy of Jane Doe” jest więc filmem o fanatyzmie i niemożliwych do zapomnienia cierpieniach, jakie jeden człowiek drugiemu w imię jakiejś ideologii może przysporzyć pogromem, masakrą czy ludobójstwem.

Warto wybrać do kina, bo najnowszy film André Øvredal nie tylko porządnie straszy, ale także daje do myślenia i mimo zastosowania znanych metod chwytania nas za gardło, na dłużej pozostaje w pamięci.

Screeny

HO, AUTOPSY OF JANE DOE, THE HO, AUTOPSY OF JANE DOE, THE HO, AUTOPSY OF JANE DOE, THE HO, AUTOPSY OF JANE DOE, THE HO, AUTOPSY OF JANE DOE, THE HO, AUTOPSY OF JANE DOE, THE HO, AUTOPSY OF JANE DOE, THE

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ straszy
+ zmusza do myślenia
+ przykuwa do ekranu licznymi tajemnicami
+ świetna rola Briana Coxa
+ trzyma w napięciu do początku do końca
+ realistyczne sceny sekcji zwłok

Minusy:

- dwie sceny z cyfrowymi efektami specjalnymi
- podobne historie już widzieliśmy

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -