Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:BLUE MONKEY a.k.a Insect!

BLUE MONKEY a.k.a Insect!

Insect

ocena:6
Rok prod.:1987
Reżyser:William Fruet
Kraj prod.:Kanada / USA
Obsada: Sarah Polley, Steve Railsback, Sandy Webster, Helen Hughes, Don Lake
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

William Fruet nie należy do reżyserów, o których wspomina się w monografiach czy publikacjach dotyczących historii horroru. I nie ma się co dziwić, w jego artystycznym dorobku znajduje się jeden istotny film. Mam tu na myśli „Death Weekend” (1976), reprezentanta ważnego dla kina eksploatacji podgatunku rape and revenge. Później Fruet dał się zaprząc do pracy dla telewizji. Był współtwórcą epizodów do takich seriali jak „Friday the 13th”, „Goosebumps”, „Alfred Hitchcock Presents” czy „The Ray Bradbury Theater”. W 1987 roku w Stanach Zjednoczonych miał premierę jego kolejny film pełnometrażowy „Blue Monkey” (w wieli krajach Europy, w tym w Polsce przez NVC, wydany na VHS pod tytułem „Insect”).

Jest to klasyczny wręcz przykład B-klasowego monster movie, w którym nie logiczna i precyzyjnie opowiedziana historia jest najistotniejsza, a jego unikalna atmosfera, dziwaczna, ale też ujmująca ekspresja aktorska oraz wizja konfrontacji człowieka z monstrami oparta na wizualnym kiczu oraz niemałej dawce komizmu zdradzającego rzecz jasna dystans twórców do realizowanego przedsięwzięcia. Akcja filmu Frueta rozgrywa się w szpitalu. Tam pewnego dnia przywieziony zostaje pacjent zraniony przez rzadką roślinę. Nieszczęśnik umiera, ale przed śmiercią „wydaje na świat” podobnego do larwy owada. Stworzenie w szpitalnym laboratorium zostaje poddane działaniu substancji generującej wzrost. To sprawia, iż poczwarka przedzierzga się w monstrum, które za podstawę codziennego menu czyni sobie ludzi.

Z jednej strony na tego typu filmy patrzy się z przymrużeniem oka. Całość bowiem razi idiotycznym i nielogicznym scenariuszem, zastępem groteskowych scen, komicznym aktorstwem (nawet wtedy, kiedy filmowa sytuacja wymaga powagi), wreszcie tandetnymi efektami specjalnymi gdzie tylko można przysłoniętymi kłębami dymu i ognia (duża część „Blue Monkey” rozgrywa się w szpitalnej kotłowni). Z drugiej jednak strony filmy tego typu ujmują swą bezpretensjonalnością, zaskakującymi rozwiązaniami fabularnymi, których nie uświadczymy w kinie głównego nurtu, wreszcie twórczym „kombinowaniem”, jak z niczego (mały budżet) zrobić coś, co jednak zaintryguje i wryje się w pamięć widza. Tylko w horrorach klasy B natknąć się możemy na rośliny infekujące ludzi morderczymi pasożytami, szpitale z laboratoriami przypominającymi wnętrza statków kosmicznych, ale też i z zapuszczonymi kazamatami, które okazują się być celami przeznaczonymi dla najgroźniejszych psychopatów. Tego typu fantastycznych kuriozów w „Blue Monkey” jest więcej. Mam tu na myśli sposób, w jaki robale wydostają się z ludzkiego ciała, galerię dziwacznych postaci (zafiksowanego badacza owadów, czy przyszłego ojca pragnącego zaprogramować ciężarną żonę niczym komputer), wreszcie butle ze specyfikami typu „genetyczny aktywator wzrostu”. Fantastycznie coś takiego się ogląda!

Z drugiej jednak strony Frueta miał swoją premierę w 1987 roku, a więc w czasie, kiedy wiele filmów mogło się pochwalić naprawdę kapitalnymi efektami specjalnymi. Te z „The Thing”, „Conan the Barbarian”, „Diuny”, „Labiryntu” Jima Hensona czy wreszcie „Alines” Jamesa Camerona nawet dzisiaj robią wrażenie. Tego samego nie można powiedzieć o „Blue Monkey”. Jasne, to nie ten kaliber filmowego widowska, nie mówiąc już o równicy w budżetach oraz armii fachowców pracujących w pocie czoła nad najdrobniejszymi, wtedy jeszcze prawdziwymi, analogowymi, detalami. Jeszcze fajnie wyglądają ludzie poddani procesowi metamorfozy, widać, że spece od charakteryzacji znali sie na rzeczy. Dobrze kombinowali także autorzy zdjęć, głowiąc się nad tym, w jaki sposób pokazać rzeczywistość z punktu widzenia potworów. Odkrycia nie dokonano, ale filtr deformujący pole widzenia, efekt przyspieszonych zdjęć oraz takiż montaż czynią subiektywizację wiarygodną. Najgorzej sprawa ma się z wyglądem monstrów i ich poruszaniem się. Zarówno na ich design jak i na animatronikę nie wydano zawrotnych sum pieniędzy. Wielkie insekty w zbliżeniach widzimy tylko w bardzo krótkich ujęciach, planowi pełnemu zawsze towarzyszy, mający zapewne zamaskować inscenizacyjne szwy, opar dymu lub pary.

Nie zmienia to faktu, iż „Blue Monkey” to ramotka, z którą w moim mniemaniu warto się zapoznać, by nie tylko dobrze się zabawić, ale także by cofnąć się w czasie i zobaczyć, jak kręciło się tanie monster movie. Tylko tego rodzaju kino może nam sprzedać patenty pokroju trujących roślin z wysp Mikronezji, dostępnych w szpitalnym składzie leków genetycznych aktywatorów wzrostu czy szpital z laserowym laboratorium, którego w tamtych czasach nie powstydziłaby się NASA. Wisienką na torcie jest sposób odkrycia antidotum hamującego rozwój pasożyta w ludzkim ciele. Warto zdecydować się na seans, choćby po to, aby przekonać się co to za specyfik i jak „odkryto” jego lecznicze właściwości.

Screeny

HO, BLUE MONKEY a.k.a Insect! HO, BLUE MONKEY a.k.a Insect! HO, BLUE MONKEY a.k.a Insect! HO, BLUE MONKEY a.k.a Insect! HO, BLUE MONKEY a.k.a Insect!

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ jest kiczowato, ale i zabawnie
+ ramotka, którą ogląda się z przyjemnością
+ kilka patentów charakterystycznych dla B-klasowego horroru
+ niepodrabialny klimat taniego kina grozy z lat 80.

Minusy:

- efekty specjalne

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -