Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:INVADERS FROM MARS (1986)

INVADERS FROM MARS (1986)

Najeźdźcy z Marsa

ocena:5
Rok prod.:1986
Reżyser:Tobe Hooper
Kraj prod.:USA
Obsada: Karen Black, Hunter Carson, Timothy Bottoms, Louise Fletcher, James Karen
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:5
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Mogłoby się wydawać, iż dzięki zaangażowaniu w przedsięwzięcie filmowe z pogranicza science-fiction i horroru takich tuzów kina jak Tobe Hooper („The Texas Chain Saw Massacre”), Dan O’Bannon (autor scenariusza do „Alien”), Louise Fletcher (pamiętna siostra Mildred Ratched z „Lotu nad kukułczym gniazdem”) i Stana Winstona (kultowa postać, uznawany był za jednego z najlepszych speców od efektów specjalnych) praca może przynieść tylko profity, zarówno te komercyjne jak i artystyczne. Jednak w historii kinematografii amerykańskiej znajdziemy mnóstwo przykładów na to, że inwestycja w znane nazwiska nie zawsze musi kończyć się przyjmowaniem laurów. I tak jest przypadku filmu Hoopera „Invaders from Mars” (remake’u klasyka science-fiction z 1953 roku autorstwa Williama Camerona Menzisa). Dlaczego nikt dzisiaj nie pamięta o tym filmie Hoopera?

Kilkuletni David Gardner zarażony przez ojca miłością do astronomii pewnej nocy zauważa statek kosmiczny lądujący nieopodal jego domu. Zaniepokojony przez syna mężczyzna postanawia sprawdzić, co w ciemności dostrzegł chłopiec. Z miejsca rzekomego lądowania UFO przychodzi odmieniony. Niedługo później David zmianę w zachowaniu zauważa także u matki. Z czasem okazuje się, iż zdecydowana większość populacji miasteczka kontrolowana jest przez obcych.

Uczynienie głównym bohaterem grzecznego, bardzo sympatycznego i niezwykle kreatywnego chłopca „ustawia” tak naprawdę całą fabułę. Filmowe dzieci - takie idealne i prostolinijne niczym postacie grane przez Shirley Temple – nie niuansują doświadczanej na co dzień rzeczywistości, najczęściej wszystko odbierają w dwóch jedynie kategoriach, dobra i zła. Stąd przekaz artystyczny z tego rodzaju protagonistami trudno inaczej nazwać jak „sztuką naiwną”. Już sama przestrzeń, w której rozgrywa się akcja filmu Hoopera – przez swą sztuczność i przerysowanie – bardziej przypomina tło wydarzeń dla bajki o złym wilku niż dla horroru science-fiction. Podobnie rzecz się ma z efektami specjalnymi – większość z nich (choć nie wszystkie) wygląda tandetnie, bo stylizowana jest na triki z lat 50. Pewną manierę widać także w kreacjach aktorskich. Filmowe postacie nie są ludźmi z swoją osobowością i charakterem, a nieomalże kartonowymi konstrukcjami, które pojawiają się tylko po to, by „pchnąć” akcję do przodu. Ale ową „sztukę naiwną” widać przede wszystkim w sposobie budowania fabuły. Na dobrą sprawę pozbawiona jest ona seansu. Żadna agencja rządowa nie dostrzega początków inwazji, dużo sprytniejszy od legionu agentów i naukowców jest dzieciak z prowincji. Co więcej, dzięki pomocy szkolnej pielęgniarki udaje mu się nie tylko umknąć z łap przybyszów z Marsa, ale także kontaktuje z szychami dowodzącymi oddziałami specjalnymi armii amerykańskiej. Jakby tego było mało, to nie żołnierze, a dzieciaczyna będzie miał wydatny udział w pokonaniu najeźdźców z Czerwonej Planety. I co najgorsze, aby usprawiedliwić wszystkie fabularne „prostoduszności”, Hooper filmowe wydarzenia czyni snem chłopca, z którego ten pod koniec filmu się budzi.

Takimi fabularnymi „kwiatami” film Hoopera wypełniony jest po brzegi. I wiem, że w tym miejscu ktoś mógłby zarzucić mi indolencję i skrajną stronniczość, że „Invaders from Mars” to zabawa kinem, której nie rozumiem, że to hołd złożony przez reżysera kinu science-fiction z lat 50., wreszcie, że to esencja b-movie, na którym wychowali się współcześni twórcy i tych lepszych, i tych gorszych horrorów i filmów fantastyczno-naukowych. I nie sarkałbym na historię Hoopera, gdyby niczym tanie i tandetne wczesne produkcje Jacksona, była oryginalna, a nie zapożyczona od Menzisa. Bo pierwowzór był znakiem czasów i odzwierciedlał paranoiczne nastroje amerykańskiego społeczeństwa, jakoby każda jej warstwa – od roboli po administrację państwową najwyższego szczebla – zinfiltrowana była przez doskonale przygotowanych do swych ról agentów komunistycznego (czyt. radzieckiego) wywiadu. W klasyku nieprzypadkowo Mars „robi” za imperium zła, przecież to Czerwona Planeta. Czy nowa realizacja wyeksploatowanego do cna motywu kosmicznej inwazji w jakiś sposób komentuje wydarzenia drugiej połowy lat 80., a więc erę pierestrojki, głasnosti i zimnej wojny? Śmiem wątpić. W przeciwieństwie do filmu Menzisa przeróbka Hoopera w żaden sposób nie odnosi się do lat 80., ani ich nie komentuje, ani nie szlachtuje ostrzem satyry.

Nie znaczy to jednak, iż „Invaders from Mars” nie sprawdza się jako jednorazowa rozrywka, która dostarczyć może widzowi tyle zabawy, ile zapewne dała twórcom filmu, zwłaszcza Hooperowi. Bo ten film to kaprys zarówno decydentów Cannon Pictures jak i samego twórcy „The Texas Chain Saw Massacre”. Bo to że potrafi on opowiadać obrazem i przykuć uwagę, nie ulega wątpliwości. Co więcej, Hooper na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że tego typu filmu – stylizowane na tandetę i do bólu naiwne – mają swoją publikę. Tę niczym magnes miały na pewno przyciągnąć nazwiska Louise Fletcher i Stana Winstona. Aktorka może nie stworzyła wielkiej roli, bo i nie miała z czego, ale jej charyzma emanuje za każdym razem, kiedy pojawia się w kadrze. Ale największym atutem filmu, czego można było się spodziewać jeszcze przed seansem, są postacie kosmitów. Wyglądają dziwacznie, wręcz pokracznie, jakby z jakiegoś sennego koszmaru (omen nomen wziąwszy pod uwagę zakończenie), ale przez to nie dają od siebie oderwać wzroku, czynią wreszcie historię interesują, a co najistotniejsze - oddziałują na wyobraźnię. Efekt nie byłby zadawalający, gdyby nie dbałość o detale w kreacji obcych, a także pomysł na ich prezentację. Tu posłużono się zarówno animatroniką jak i animacją poklatkową.

Z perspektywy 2017 roku śmiało można stwierdzić, iż remake „Invaders from Mars” był niepotrzebny, dlatego dzisiaj o tym filmie mało kto pamięta. O jego niewielkiej roli w dorobku twórczym Hoopera świadczy chociażby to, iż obecnie więcej się dyskutuje o takich historiach jak „Maglownica” niż o przeróbce dzieła Menzisa. Czy warto poświęcić mu czas? Chyba tylko ze względu na wkład Stana Winstona, w reszcie trudno dostrzec cokolwiek, co mogło by sprawić, iż film na dłużej zagości w czyjejś pamięci.

Screeny

HO, INVADERS FROM MARS (1986) HO, INVADERS FROM MARS (1986) HO, INVADERS FROM MARS (1986) HO, INVADERS FROM MARS (1986) HO, INVADERS FROM MARS (1986) HO, INVADERS FROM MARS (1986) HO, INVADERS FROM MARS (1986) HO, INVADERS FROM MARS (1986)

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ sympatyczna historyjka
+ intrygujące postacie kosmitów
+ jest w tym specyficzny urok

Minusy:

- niepotrzebny remake
- nie odnosi się jak pierwowzór do rzeczywistości pozafilmowej

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -