Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:TRUE LOVE WAYS

TRUE LOVE WAYS

Prawdziwe ścieżki miłości

ocena:4
Rok prod.:2015
Reżyser:Mathieu Seiler
Kraj prod.:Niemcy
Obsada: Anna Hausburg, David C. Bunners, Kai Michael Müller, Michael Greiling
Autor recenzji:Bartosz Konieczny
Ocena autora:4
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

"Bo z dziewczynami nigdy nie wie oj nie wie się,
czy dobrze jest, czy może jest, może jest już źle,
czy najważniejszy jesteś w życiu jej,
czy znaczysz już od kogoś mniej."
/Cytat. Ale nie z filmu. Z piosenki Połomskiego. Jerzego. /

Dla jasności. Autor recenzji starać się będzie ze wszystkich sił żeby nie wyjść na szowinistyczną świnię. Od ręki przyjmuje obelgi typu: cham i prostak, zgadza się z nimi i ma świadomość że od szowinisty oddzielać go będzie cienka jak kobiecy włos granica, której postara się nie przekroczyć w swoich brudnych męskich buciorach.

Na początek dowcip: Jest sobie para. Średnio im się układa. Pewnej nocy babce śni się gość w białym samochodzie, w którym się zakochuje (babka w gościu w sensie, nie w samochodzie, ani nie gość w samochodzie) no i rano mówi do tego swojego: ej Tom, już cię chyba nie kocham, ale pojadę na wakacje to się zastanowię jeszcze. No to ten się wkurza i wynajmuje takiego typa, że niby on ją porwie, a ten Tom ją uratuje i znowu będą razem. No i ona jedzie. Jedzie, jedzie, jedzie przez las, przez przejazd kolejowy i dalej i kończy się jej paliwo, wchodzi przez okno do willi i tam się okazuje że ta grupa, ta co ją miała porwać to oni porywają babki i no wiecie. I ona zabija kilku i ucieka do studni, a potem wraca do tej willi i znowu ucieka. I jak ucieka znowu to na drodze spotyka kogo? No? Gościa w białym samochodzie.

Przechodzimy do rundy pierwszej.
Jak. Na podstawie jakich kryteriów można stwierdzić czy (uproszczę tutaj) FILM bawi się konwencją, czy jest zwyczajnie głupi i wtórny? Przecież ni w ząb nie możemy mieć pewności "co autor miał na myśli". Są takie filmy, które ewidentnie dają nam do zrozumienia że to efekt zamierzony: wszystkie "Krzyki", "Dom w głębi lasu", "Ash vs Evil Dead", fenomenalne "Stranger Things". Są takie które się nie chcą bawić, a jedynie powielają: kolejny atak zombie, kolejna opętana (zauważyliście że to ZAWSZE kobieta?), kolejny film typu: aaa on tu idzie, uciekajcie! I są takie gdzie nie dojdziesz. Nie dojdziesz brachu czy twórcy sprytnie się z nami bawią, czy dopiero co zleźli z Drzewa Amatorów. Za wyznacznik przyjąłem więc ścieżkę dźwiękową filmu która powinna iść w parze z obrazem i porównałem ze ścieżką i założeniami "Świtu żywych trupów" z 78. Co następuje: "Świt..." już wtedy bawił się konwencją, a muzyka wyjęta żywcem z chorego lunaparku podkreślała to jak cień do powiek... powieki. W "True Love Ways" muzyka mówi nam: hej widzu, będzie strasznie, mrocznie, trochę nostalgicznie, a obraz sugeruje że równie dobrze można było w tle puścić Benny Hilla i obierać ziemniaki. Opierając się na założeniach wstępnych wniosek jest prosty: oni się nie bawią, oni tak na poważnie.

Runda druga:
Zaczyna się świetnie. Czarno-białe zdjęcia, stylizacja na włosko ukośnik francuskie kino lat sześćdziesiątych. I przez pierwsze minuty wydaje nam się nawet że czas akcji też się cofnął o jakieś 50 lat. Na stoliku nocnym leży książka Geana Geneta. Muzyka nieźle buduje klimat, jest zapadająca w pamięć. Mamy i motyw przewodni i niepokojące elementy. A potem łubudu. Na łeb, na szyję. Leci klimat, leci fabuła, wszystko leci. Popis scenarzyści dają od momentu kiedy naszej Severine kończy się paliwo. Jezioro głupoty występuje z brzegów. Znajduje willę. Zamieszkaną, ale zamkniętą. Puka grzecznie do drzwi i nie czekając na nic, gramoli się w szpilkach przez okno do środka. Toż to i niegrzeczne i niewygodne. Ba! niebezpieczne. Albo to: chowa się nasza bohaterka pod łóżko i podłącza sobie komóreczkę do gniazdka przy wyrku, chce się jej kichać kiedy siedzi pod stołem, a czterech gości szuka jej po chałupie, w środku lasu znajduje studnię - wchodzi do środka zamiast wiać dalej, ucieka autem - zatrzymuje się w pobliskiej tawernie i wiedząc już że nie ma w niej telefonu - zamiast uciekać z wioski ile koni pod maską garbusa, robi sobie przerwę na fajeczkę i toaletę. Wybiega z willi w której panoszy się zleceniobiorca i jego podwykonawcy. Runda dookoła. Rzut oka w lewo. Krzaki. Rzut oka w prawo. Krzaki. Wbiega z powrotem do środka. Środek lasu, odbiegła wreszcie te 10 metrów od willi, zabija nasza bohaterka pierwszego podwykonawcę, odbiega kolejne 3 metry dalej po czym pada i zasypia na mchu. Zacytuję Panią Miałczyńską: "Jasne że zmęczony, połóż się trochę. Czym jesteś zmęczony znowu?"

Runda trzecia:
Naprawdę po pierwszych 10 minutach filmu wystraszyłem się i go wyłączyłem. Myślałem że będzie ciężki, że coś się zalęgnie w fabule, podtruje, podtruje, potem wylezie i będzie lać widza po głowie drewnianym kołkiem ukrytych znaczeń, smagać po plecach szarym kablem intertekstualności. Niepotrzebnie się bałem. Ten film to kinowe pozerstwo. Zróbmy film o tym jak miłość jest destrukcyjna i jakie mroczne instynkty w nas potrafi obudzić i nie nakreślmy w ogóle postaci. Dajmy im imiona i tyle. No to przysiądę grzecznie na kamieniu, złożę rączki i grzecznie zapytam, bez przekleństw, acz dobitnie: JAK? I jeszcze główna aktorka. Aktorka jednej miny. Miny pod tytułem: "Tato patrz - koniki.". Leżę pod łóżkiem, na łóżku trup. Tato patrz - koniki. Siedzę pod stołem i odkrywam podsłuch w torebce: Tato patrz - koniki. Uciekam samochodem bo podwykonawca zaatakował mnie kijem. Tato patrz - koniki. Kamery skupiają się na zbliżeniach twarzy głównej bohaterki - chyba żeby powiedzieć nam: weź sie widzu zastanów co ona teraz myśli. Jak się musi czuć. Co się dzieje w jej głowie. Ale widz już po kolejnym takim zabiegu wie, on wie doskonale. Koniki.

Przerwa na reklamę, a po niej - runda finałowa.
W jeden z utworów zespołu Turisas wpleciony jest motyw muzyczny ze znanego, starego cyklu horrorów. Żebyście nie musieli się męczyć z całą dyskografią podpowiem że tytuł kawałka to w bardzo luźnym tłumaczeniu: weź wstań i idź do roboty.

A przed nami: Runda Finałowa.
Był potencjał. Potencjał w czerni i bieli, scenografii, przede wszystkim w ścieżce dźwiękowej która jak juczny muł ciągnie ten wyładowany głupotą film. Zarys postaci - leży. To już lepszą historię ma drewniany pieniek z Twin Peaks. Fabuła - leży. Dama w opresji + tak cię kocham że naślę na ciebie bandę zboków. Aktorstwo - leży. Tato patrz! Koniki. Tego filmu nie da się traktować poważnie. Brak tu konsekwencji w budowaniu nastroju. Gęsty jak flegma gruźlika klimat ustępuje swawolnej ganianinie: piętro-parter-piwnica. Panie reżyserze kochany, złociutki. Albo pan robisz horror albo popierdółkę.

Napisy końcowe. Wszyscy wstają i machają wesoło do kamery. Nie tej. Tej na środku.

Screeny

HO, TRUE LOVE WAYS HO, TRUE LOVE WAYS HO, TRUE LOVE WAYS HO, TRUE LOVE WAYS HO, TRUE LOVE WAYS HO, TRUE LOVE WAYS

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ ścieżka dźwiękowa
+ początek
+ dziewczynka rodem z Nocy Żywych Trupów o której Wam specjalnie nie wspomniałem

Minusy:

- aktorstwo
- fabuła
- płytcy bohaterowie

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -