Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:TWIN PEAKS: THE RETURN

TWIN PEAKS: THE RETURN

Twin Peaks

ocena:8
Rok prod.:2017
Reżyser:David Lynch
Kraj prod.:USA
Obsada:Kyle MacLachlan, Robert Forster, Miguel Ferrer, David Lynch, Naomi Watts, Laura Dern
Autor recenzji:Michał Jasiński
Ocena autora:8
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Każdy, dla kogo sowy nie są tym, czym się wydają, wie już, że słowa Laury Palmer z ostatniego odcinka 2 sezonu „Twin Peaks” stały się prorocze. „Spotkamy się znowu za 25 lat” wypowiedziane do agenta Coopera stały się w ostatnim czasie cytatem tak popularnym, jak te o sowach, gumie do żucia czy cholernie dobrej kawie. Stały się dopiero po 25 latach, gdyż w chwili, kiedy zostały wypowiedziane nikt nie przywiązywał do nich wagi – w spotkanie nie wierzyli ani widzowie, ani twórcy serialu. Być może wierzyli jedynie mieszkańcy „czarnej chaty”, jeżeli istnieją gdzieś faktycznie, w którymś z kwantowych wszechświatów, powołanych do życia w szalonym umyśle Davida Lyncha. W umyśle, który wymyka się szablonowym wzorcom, pozostając w ciągłym pędzie, gnany ideami, wizjami, szalonymi obrazami, dziwnymi dźwiękami, namiętnościami i fantazjami. Nieokiełznanym (nawet przez swojego właściciela), niepoprawnym, nieprzewidywalnym, fascynującym i irytującym. Dokładnie takim, jak zrodzone w nim twory, a wśród nich najnowszy – trzeci sezon „Twin Peaks.”

Recenzja pojawia się na portalu poświęconym horrorowi, ale faktem jest, że nie tak łatwo ten twór zaszufladkować. Jest przecież jednocześnie groteską, fantastyką, horrorem, sensacją, melodramatem, parodią, czasami audiowizualną impresją, czasami surrealistycznym komentarzem do kondycji współczesnego człowieka. Tym samym były dwa pierwsze sezony serialu, jednakże u schyłku lat 80-ych awangardowy twórca, dopiero co budujący swoje nazwisko, nie był jeszcze tak śmiały w eksplorowaniu kopalni swoich pomysłów, a telewizja dopiero uczyła się odwagi przekraczania granic schematu, w czym Lynch jej niewątpliwie mocno pomógł. Dziś, spełniony twórca, który jest żywą legendą, nie musi już niczego nikomu udowadniać ani o nic zabiegać, może pozwolić sobie na swobodę swojej artystycznej wizji tak szeroką, jakiej nie miał chyba jeszcze nikt dotąd. Kiedy w podobnej formie w 2001 roku twórca próbował zrealizować serial „Mulholland drive” – dostał szlaban, a z nakręconego materiału udało mu się zmontować pełnometrażowy film, który pozwalał nam przygotowywać się na to, co dziś Lynch nawyprawiał z miasteczkiem w którym serwują najlepszy placek z wiśniami. Teraz, w czasach kiedy seriale królują w popkulturze, a znudzeni przesytem widzowie z rozrzewnieniem wspominają ten dreszcz emocji, który towarzyszył oglądaniu tańczącej Audrey, Lynch mógł stawiać warunki i nie liczyć się z niczyim zdaniem. Jaki jest efekt?

Nowa odsłona „Twin Peaks” to z pewnością dzieło absolutnie bezkompromisowe, twór, który wręcz trudno wpisać w obręby popkultury, przeczący podziałom na to, co w kulturze wysokie a co niskie, co autorskie a co komercyjne. To osobisty fresk artysty świadomego swojego stylu, swoich poszukiwań, swoich fascynacji. Hermetyczny, ale zrodzony z miłością. I miłości pragnący podobnie, jak główny bohater jednego z wcześniejszych dzień Lyncha, „Człowieka słonia”. Bo oto patrzymy na coś, co jest jednocześnie pokraczne, ale stojące mocno na swoich własnych nogach, odpychające i wciągające, irytujące i hipnotyzujące. Wymagające skupienia i uwagi, ale jednocześnie wystawiające cierpliwość widza na szczyty wytrzymałości! Mający absolutnie wolną rękę i spore fundusze Lynch zabiera nas w odyseję dziwaczności. Do serialu składającego się z osiemnastu godzinnych odcinków wprowadza ponad 200 bohaterów, każdemu nadając imię, często nazwisko i najczęściej nieokreśloną rolę w fabule. Czy chłopak, który przyciągnął naszą uwagę w pierwszym odcinku pojawi się w następnych, a jego postać ma jakieś znaczenie? Widz nie przekona się o tym do ostatnich minut ostatniego odcinka. A w niektórych przypadkach nigdy się tego nie dowie! Za to samej postaci raczej nie zapomni. Lynch ma talent do budowania zapadających w pamięć obrazów, łączących w mistrzowski sposób nietuzinkowych bohaterów, przemyślane wnętrza, niezwykłe oświetlenie i kolorystkę kadru oraz oczywiście dźwięk i muzykę. Czasami to właśnie światło i dźwięk zdają się być istotniejsze, niż sama opowiadana anegdota, co oczywiście przez jednych może zostać odebrane jako przerost formy nad treścią, a dla innych będzie to treść nadbudowana poprzez surrealistyczną wizję świata. Świata, który dla Lyncha nigdy nie jest jednowymiarowy, zwyczajny empiryczny; świata, w którym wtyczka do kontaktu może być wrotami do innej rzeczywistości, bo przecież tego, co duchowe nie widzimy, podobnie jak prądu. A skoro prąd istnieje i napędza nasz świat, to być może innych źródeł jego energii też po prostu jeszcze nie znamy, nie widzimy, nie rozumiemy. Dlatego dźwięk i światło, mrok i dziwne obiekty, to nie tylko tło filmu – to treść opowiedziana inaczej, niż za pomocą fabuły. Przy czym treść tą musimy odnaleźć sami, jest ukryta jak czaszka na obrazie Hansa Holbeina i nie mniej szokująca. Rzeczywistość wg Lyncha to miejsce, gdzie nie tylko sowy nie są tym, czym się wydają. Tutaj wszystko może być złudzeniem, dziełem przemieszanych światów, czasów, porządków. Nigdy nie wiesz, czy osoba z którą żyjesz nie jest tulpą, doppelgängerem – duchowym tworem z innego wymiaru, który do złudzenia przypomina twojego męża, dziewczynę, córkę – a jest zagubionym bytem nie do końca pewnym sensu swojej egzystencji bądź demonem – uciekinierem, próbującym rozkoszować się ludzkimi możliwościami. Nigdy nie wiesz, czy sam takim tworem nie jesteś, a twoje prawdziwe „ja” ukryte jest w jakiejś mrocznej wieży albo obskurnym pokoju w motelu z innego wymiaru. Takie motywy wplecione w fabułę trzeciego sezonu momentami fascynują, kiedy indziej irytują i drażnią, w zależności od tego jak miał je ochotę ukazać twórca na ekranie – a formalnie „Twin Peaks” jest niesamowicie różnorodne. Niektóre fragmenty nagrane są z nerwem i pazurem, powodując szybsze bicie serca i nerwowość, przypominające kino Quentina Tarantino czy braci Coen, inne kręcone są w groteskowej, przerysowanej formie, ocierającej się o parodie telewizyjnych formatów i schematów, próbujące jednak być integralną częścią świata przedstawionego. Są chwile, kiedy mamy wrażenie, że oglądamy „Modę na sukces” z udziwnionymi postaciami, a za chwilę na naszych oczach wybucha bomba atomowa i nie jesteśmy pewni, czy to, co widzimy, naprawdę się dzieje, czy może sami już przenieśliśmy się do wnętrza czarnej chaty a Olbrzym lub Jednoręki wlewają nam do głowy wizje, które będziemy musieli rozwikłać, niczym agent Cooper, szukający za pomocą snów mordercy Laury Palmer. Jest prawdziwa groza – zarówno sceny godne filmów gore, jak i niepokojące, klimatyczne fragmenty z upiornymi postaciami przenikającymi nasz świat by siać zło i zepsucie. Jest namiętna, bezpardonowa przemoc, wyuzdany seks, galeria różnobarwnych wydzielin ale i łyk prawdziwego, wzniosłego wzruszenia, jak przy ostatnim pożegnaniu jednej z istotnych postaci. Jest i miłość – ta czysta, wzniosła, prawdziwa i uszlachetniająca.

Na tym dziwacznym planie świetnie bawią się aktorzy, mający, jak zwykle u Lyncha, możliwość do wyrażenia pełni swoich emocji, szarżowania i puszczenia wodzy fantazji w budowaniu galerii barwnych indywiduów. Nie mogą chyba tylko jednego – być „zwykłymi ludźmi”. „Zagraj to, ale dziwaczniej. Zagraj mocniej! Zagraj dosadniej!” – musieli chyba słyszeć członkowie tego dziwnego tworu, a obsadę „Twin Peaks” ma naprawdę imponującą. Dużo już się pisze o ciekawym i udanym występie Kyle Maclachlana, grającego tak naprawdę aż cztery postacie, i rzeczywiście aktor potrafi zrobić wrażenie różnorodnością swoich wcieleń, chociaż nie każdą z postaci jesteśmy w stanie zaakceptować. Zapada w pamięć czasem irytująca a czasem fascynująca Naomi Watts, grająca żonkę z peryferii, potrafiącą jednak wykazać się siłą charakteru i charyzmą. Fantastyczny jest Miquel Ferrer, na którego pojawienie na ekranie w roli agenta Rosenfielda czeka się z niecierpliwością, a jego sceny z grającym agenta Cole’a Davidem Lynchem stanowią najsmakowitsze kąski serialu. Atrakcją samą w sobie jest oczekiwanie na to, kim okaże się kolejna z bogatego grona gwiazd biorących udział w zabawie na planie lynchowskiego dzieła, a na firmamencie błyszczą takie nazwiska, jak Monica Bellucci, Jennifer Jason Leigh, Laura Dern, Tim Roth czy Amanda Seyfried . Ta mnogość wprowadza pewien chaos – przy starej serii każdy z bohaterów pojawiających się na ekranie zdawał się mieć coś wspólnego ze śmiercią Laury Palmer – tu wielu bohaterów pojawia się od tak – bo twórca miał pomysł na ciekawą scenę. Przy czym znamienne jest, że nowi bohaterowie, często nawet epizodyczni, zdają się bardziej interesować Lyncha, niż nasi starzy przyjaciele z Twin Peaks, którzy momentami zdają się być wrzuceni do serialu na zasadzie wabika, a wycięcie scen z niektórymi z nich nie zmieniłoby osi fabularnej ani o troszeczkę. Chodź i tutaj zdarzają się prawdziwe diamenty – jak chociażby niepokojące sceny z Grace Zabriskie w roli wyniszczonej Sarah Palmer czy wzruszające fragmenty ze schorowaną Pieńkową Damą, chociaż i te wtręty mogą niektórych wielbicieli irytować. Podobnie, jak wyjątkowo ciężkostrawne i niezrozumiałe sceny z Kimmy Roberston i Harrym Goazem odgrywającymi małżeństwo Lucy i Andy’ego Brennanów, ukazanymi jak upośledzone umysłowo dzieci. Trudno czasami rozgryźć, czy to ukłon w stronę fanów serialu, czy raczej granie im na nosie. Bo wrażenie, że jesteśmy rolowani przez starego, cwanego lisa, towarzyszyć nam może często. Zarówno we fragmentach, kiedy Lynch zdaje się mówić „tak czekacie na tą scenę? No to proszę bardzo” – i parodiuje sam siebie, pokazując kultowe postacie starej serii, groteskowo przerysowane; jak i w scenach, kiedy każe nam obserwować w niekończącym się ujęciu mężczyznę zamiatającego podłogę, nocną szosę rozświetloną reflektorami mknącego po niej samochodu bądź też zaprasza nas na zarejestrowane w klubie Roadhouse, klimatyczne mini koncerty swoich ulubionych wykonawców. Nie brakuje temu wszystkiemu klimatu, niemniej do takich wybryków telewizja nas do tej pory nie przyzwyczaiła. Albo to pokochasz, albo znienawidzisz. A najprawdopodobniej pełen wachlarz uczuć i emocji będzie towarzyszył widzowi przez cały seans.

Te formalne fanaberie sprawią, że serial może zrazić do siebie wiele osób. Zarówno tych, którzy stykają się z twórczością Lyncha po raz pierwszy, jak i tych, którzy są zagorzałymi wielbicielami pierwszych sezonów „Twin Peaks”, bo cokolwiek można o dziele autora „Blue Velvet” powiedzieć, to z pewnością nie odcina w prosty sposób kuponów od dawnej popularności. W porównaniu ze swoim następcą, stary serial wydaje się dziś poczciwy i poukładany. Tam Lynch wprowadzał nas w świat spokojnej, zwyczajnej mieściny, która dopiero pod lupą odkrywała swoje mroki i dziwactwa. Tu z lupą możemy szukać normalności. Tam w toku fabuły łykaliśmy przemycone idee i dziwne wizje reżysera, tutaj fabuła zdaje się jedynie dodatkiem do rajdu po pokrętnych zwojach mózgowych twórcy. To już nie jest „Zagubiona autostrada” – tu się zagubiło pół Ameryki! Jednak wielbiciele artysty, wychowani w jego uniwersum, które zdaje się budować równie konsekwentnie, co twórcy ze Studia Marvela, mogą poczuć się usatysfakcjonowani, bo pomimo całego szaleństwa Lynch nadal potrafi zarówno grać na emocjach – skutecznie straszyć, trzymać w nieznośnym napięciu, zadziwiać i wzruszać (chyba tylko śmieszenie nie za bardzo mu wychodzi), jak i dać wachlarz kart z tematami do towarzyskich dyskusji w długie wieczory. Przy czym prawie na pewno nie obejdzie się przy nich bez awantur, bo Lynch sypie zagadkami, symbolami i tropami, piłując naszą wrażliwość jak rogi byka przed walką – do pozostawionych na wierzchu nerwów, smaganych wiatrem wciąż hulającym pomiędzy jodłami obrastającymi bliźniacze wzgórza. I jak zwykle zupełnie nie zależy mu na wyjaśnieniu czegokolwiek, czym zaprasza widza do grupy Błękitnej Róży, by razem z nią studiował i próbował zrozumieć czym jest ta złowroga siła, zwana w serialu „Jowday” (lub „Judy”), jak ją rozpoznać i jak się jej przeciwstawić.

Nowe „Twin Peaks” to serial który trudno jednoznacznie ocenić w systemie przyznawanych gwiazdek. Błądzi gdzieś pomiędzy kiczem a arcydziełem, raz chciałoby mu się wystawić krzyczącą „jedynkę”, raz wielbiącą „dziesiątkę”. Wystawiona ocena jest więc kompromisem, doceniającym niezłomność Lyncha w wierności swojej wizji świata i sztuki, odwagę decydentów z Showtime, którzy pozwolili tej momentami kuriozalnej wizji zaistnieć, wszystkie te momenty, kiedy świat poza ekranem TV przestawał istnieć, ale i pamięć o tych chwilach, kiedy chciało się w ekran rzucić pilotem! Tak czy inaczej mamy do czynienia z autorskim dziełem sztuki, podatnym na krytykę, dyskusję, interpretacje, ale nie dającym się zaszufladkować. Jeżeli jakiś rachmistrz miejski przyjdzie kiedyś wpisać Lyncha w proste rubryczki, lepiej niech uważa na swoją wątrobę!

Screeny

HO, TWIN PEAKS: THE RETURN HO, TWIN PEAKS: THE RETURN HO, TWIN PEAKS: THE RETURN HO, TWIN PEAKS: THE RETURN HO, TWIN PEAKS: THE RETURN HO, TWIN PEAKS: THE RETURN

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ zachwyci wielbicieli tajemnic, zagadek i interpretacji
+ oryginalna, bezkompromisowa, autorska wizja
+ fantastyczna obsada
+ chwilami prawdziwie mroczny i tajemniczy

Minusy:

- sposób i prędkość opowiadania wystawiają cierpliwość przeciętnego widza na katusze!
- sekwencje potrafiące zirytować nawet zagorzałych wielbicieli Davida Lyncha
- za mało „starego” „Twin Peaks” dla wielbicieli poprzednich sezonów
- ciężkostrawne poczucie humoru

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -