Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:IT (2017)

IT (2017)

To

ocena:8
Rok prod.:2017
Reżyser:Andres Muschietti
Kraj prod.:USA
Obsada: Jaeden Lieberher, Jeremy Ray Taylor, Sophia Lillis, Finn Wolfhard, Chosen Jacobs, Jack Grazer, Wyatt Oleff, Bill Skarsgård
Autor recenzji:Michał Jasiński
Ocena autora:8
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Kraj lat dziecinnych!
On zawsze zostanie
Święty i czysty jak pierwsze kochanie(...)"

No chyba, że mieszkasz w Derry. Stephen King dużo ostrożniej przygląda się okresowi naszej „niewinności”, dostrzegając wiele plam na słonecznym wspomnieniu dziecięcych lat. Dlaczego więc tak bardzo chcemy kingowskie miasteczko odwiedzać? Być może, podobnie jak dorośli bohaterowie jednej z najpopularniejszych książek mistrza z Maine, wypieramy dziecięce koszmary oraz to, jak udawało bądź nie udawało nam się z nimi mierzyć, przez co o tyle trudniej nam sobie radzić z koszmarami dorosłości, dla których brakuje nam często mitycznego cudzysłowu, który tak atrakcyjnie potrafi wcielić się w kostium tańczącego clowna. Bądź jakikolwiek inny. Podróż w krainę baśni, gdzie z upiorami nie mogliśmy „walczyć” dorosłymi metodami z „pomocą” tabletek antydepresyjnych, alkoholu, narkotyków i innych używek, mogąc polegać „jedynie” na przyjaźni, wzajemnym wsparciu bliskich osób oraz konieczności wyzwalania w sobie odwagi i przełamywania lęków, pomaga nam zatęsknić za tym, co właśnie wtedy było najświętsze i najczystsze i być może jakimś cudem przeszczepić na dzisiejszy grunt. Za to kochamy Kinga. Czy za to samo możemy pokochać adaptację Andy’ego Muschietti? Okazuje się, że tak. I w tym chyba tkwi największa siła filmu.

Zła wiadomość dla kingowskich purystów, traktujących książkę mistrza z Maine jak Biblię - twórcy nowej adaptacji nie podchodzą na kolanach do powieściowej fabuły. Ale za to pozostają wierni jej duchowi. Podobnie, jak w książce, poznajemy bohaterów opowieści – zgraję zwyczajnych dzieciaków, z ich niedoskonałościami, słabościami, marzeniami, lękami, problemami i traumami a bynajmniej życie w Derry nie oszczędza członków tworzącego się na naszych oczach Klubu Frajerów. By zniknąć z powierzchni tego świata nie potrzebują upiornego clowna. Wystarczy przemoc dnia codziennego, oferująca opresyjnych opiekunów, tłumiących wrażliwość, osobowość, niewinność. Wystarczy banda psychopatycznych kolegów, pastwiących się z dziką rozkoszą nad słabością i innością. Wystarczy obojętność otoczenia, starającego się nie zauważać zła, któremu nie ma siły się przeciwstawić. W filmowej rzeczywistości nie ma ani jednej postaci, na której nasi frajerzy mogliby polegać. Jest to mocno, wręcz karykaturalnie podkreślane – sposób filmowania dorosłych wyraźnie pokazuje ich poczucie wyższości, obcość i oschłość. Są wręcz momenty, gdy w fizjonomiach niektórych osób nieomalże dostrzegamy upiorne oblicze złowrogiego clowna. Krótkie scenki konfrontacji z odpychającymi dorosłymi należą do największych perełek filmu. Po seansie mocniej mogą utkwić w głowie twarze obślizgłego aptekarza, odpychającej bibliotekarki czy obleśnej matki Eddiego, niż ścigających dzieci upiorów, będących kolejnymi personifikacjami Pennywisea. Żerująca na dziecięcym lęku istota zdaje się przenikać zgorzkniałe dusze dorosłej społeczności Derry, byle tylko osłabić swoje przyszłe ofiary, pozostawić je w poczuciu beznadziei, by stanowiły łatwiejsze i smaczniejsze kąski. Potwory w które wciela się istota są już tylko wisienką na torcie, ostatnią zabawą kocura, który poszamoce się jeszcze chwilę z przerażoną myszą, zanim rozszarpie ją na kawałki. Ciekawym pomysłem twórców filmu było stworzenie upiorów w oparciu o doświadczenia dzieciaków w ich styczności ze światem dorosłych – postać z obrazu wiszącego w biurze surowego ojca Stana, fobie wzbudzone przez chorobliwie nadopiekuńczą matkę Eddiego, nieprzetrawiona żałoba w pozbawionym bliskości domu Billa czy lęk przed bezmyślną („pozbawioną głowy”) przemocą w umyśle Bena, który swoją pewność siebie potrafi oprzeć jedynie na zdobywanej mądrości. Dużo bardziej to przekonuje, niż lęki przed potworami ze starych horrorów, których boją się dzieciaki z powieści Kinga. W brutalnym świecie to nie filmy w kinie są najstraszniejsze.

Szczęśliwie, przeniesione z lat 60-ych do końca lat 80-ych dzieciaki, to może i z nazwy „Klub Frajerów”, bynajmniej nie stanowią jednak bezsilnych ofiar losu. Lekką ręką zbudowane i rewelacyjnie zagrane postacie mają silne charaktery, zahartowane osobowości i zdają się całkiem nie najgorzej radzić w świecie, który za wszelką cenę próbuje je zdławić. Fantastyczna jest Sophia Lillys w roli Beverly March. Jej postać ma w sobie powab budzącej się kobiecości, ale i brawurę szalonego małolata. Jest najsilniejszą osobowością w grupie, spajając ją bardziej, niż nastoletnie, lepkie, chłopięce dowcipy reszty frajerów. Tonące w mroku sceny w smutnym mieszkaniu, gdzie Beverly zmuszona jest żyć z odrażającym ojcem należą do najbardziej emocjonujących w filmie, niemniej całkiem nieźle radzi sobie również w pełnym słońcu, gdy swym łobuzerskim uśmiechem onieśmiela dojrzewających chłopaczków. Świetny jest Jeremy Ray Taylor w roli Bena, romantyk w ciałku gnoma, raz dziecięco nieporadny, innym razem nad wiek dojrzały i rozumiejący nierozwiązywalne dylematy świata dorosłych. Wrażliwy Bill, który empatią mógłby obdzielić połowę miasteczka, zagrany z niewinnym, chłopięcym urokiem przez Jaedena Lieberhera, potrafiącego całkiem przekonująco się jąkać, wzrusza w relacjach z bratem i traumie po jego śmierci. Nieco słabiej się sprawdza jako szukający wendetty przywódca grupy chcącej pokonać złowrogą siłę. Samograjem jest postać Finna Wolfharda, zadziorny Richie o niewyparzonym języku, do którego należą najlepsze teksty w filmie, przewyższające w swej ciętej ripoście książkowy oryginał. Dialogi w filmie ogólnie stoją na wysokim poziomie, drapieżne, zabawne, szczere, nie owijające w bawełnę i nie upupiające młodych bohaterów. Uśmiech pojawi się nieraz na twarzy podczas seansu. Reszta członków klubu być może jest nieco delikatniej zarysowana, niemniej każdy ma swoje kilka minut na ekranie i wykorzystuje ten czas, by zdobyć serca publiczności. Pisząc o dzieciakach nie można nie wspomnieć o ich szkolnym ciemiężcy, Henrym Bowersie, zagranym z prawdziwą iskrą przez Nicholasa Hamiltona. Henry to kwintesencja szczenięcego zła, psychopatyczny sadysta, odreagowujący swoje kompleksy i niepowodzenia poprzez przemoc. Szaleństwo na jego twarzy, wachlarz emocji – od bezsilnego płaczu po wybuchy ekstremalnej agresji sprawiają, że nawet clown nie wydaje się zbyt straszny. Nikt nie chciałby wejść w drogę Bowersowi! A oczywiście wchodzą w drogę niejednokrotnie – głównie członkowie Klubu Frajerów.

Niemniej jednak bystra, pyskata banda, która zamiast apatii woli działanie, zamiast łez – ironiczne żarty, a zamiast alienacji – wspólnotę, jest silnym przeciwnikiem tak dla Henry’ego, jak i dla morderczego clowna, z pazurem zagranego przez Billa Skarsgårda, kompletnie nierozpoznawalnego pod litrami makijażu. Jego Pennywise jest psychopatyczny, ale hipnotyzujący. Całkowicie nierzeczywisty. To postać z koszmarnych snów, mocno wybijająca się na tle barwnie i szczegółowo odmalowanej, wręcz namacalnej, małomiasteczkowej scenerii Derry. Skarsgård szarżuje, bawiąc się modulacją głosu, mimiką twarzy, choreografią dziwnych ruchów. Jego błazenada ma w sobie ostrość ledgerowskiego Jokera, będącego dziś wzorcem dla wszystkich obłąkanych złoczyńców, o ile jednak Joker był uosobieniem inteligentnej przebiegłości zmyślnie dążącej do siania chaosu, mimo wszystko mocno stąpającą po rzeczywistym świecie, tak Pennywise to kwintesencja lęku samego w sobie, fantasmagoryczny twór żyjący na pograniczu jawy i snu, nieprzystający do żadnej rzeczywistości, zmiennokształtny, ani fizyczny, ani duchowy. Coś nie z tego świata. Po prostu TO, czerpiące swą siłę ze słabości, bezradności i strachu swoich ofiar. Oczywiście do momentu natrafienia na Klub Frajerów, który jest wyjątkowo odporny na sztuczki upiora. Być może nawet ZBYT odporny!

Słabością filmu jest fakt, że po najbardziej nawet ekstremalnych przeżyciach związanych z działalnością paranormalnych sił zła, dzieciaki otrzepują się, wychodzą na słoneczną ulicę i jak gdyby nigdy nic stwierdzają, że być może coś z tym trzeba zrobić, a może jednak cieszyć się latem, bo w końcu są wakacje. Przerażenie na ich twarzach maluje się w bezpośredniej konfrontacji z Pennywisem, (co jednak nie powoduje wcale, by nie leźć w kierunku, gdzie zastawia on swoje kolejne pułapki), jednak po każdym kolejnym spotkaniu z clownem bardziej przerażające nadal wydają się dzieciakom kiepsko idące przygotowania do bar micwy, lęk przed tym, „co powie mama, co powie tata”, strach przed bandą Henry’ego Bowersa. Tak, codzienność jest straszniejsza od najstraszniejszego horroru. Cały seans kibicujemy dzieciakom. Łatwo się z nimi zaprzyjaźnić, przeżywać ich rozterki, pierwsze miłości, cieszyć letnią przygodą, poczuć radość z zabawy w rozgrzanej letnim słońcem wodzie (a lato jest wyjątkowo piękne tego roku w Derry), cieszyć ze wspólnoty, jaką tworzą, oraz czuć napływ endorfin, kiedy nabierają siły i odwagi, by ostatecznie zwalczyć gnębiące ich upiory. Aż by się chciało stanąć z nimi w jednym szeregu, chwycić ostry, zardzewiały pręt i wbić w tą pewną siebie mordę doros… (ups), Pennywisea! Tak, film Andy’ego Muschietti to prawdziwa i piękna pochwała przyjaźni, przypominająca najlepsze filmowe wzorce, nawiązująca do takich tytułów, jak „Zostańcie przy mnie” czy „Goonies” – a więc zarówno do jednej z najlepszych adaptacji utworów Kinga jak i do dziecięcego klasyka Kina Nowej Przygody. Zachowuje jednak swoją autonomię, nie stara się być postmodernistycznym hołdem, sentymentalną zabawą, ani też nie puszcza nachalnie oczka do widza w co drugiej scenie, jak czynił to inny przebój tego roku, zważony z podobnych składników „Stranger things”. Jak na opowieść o „czasach dzieciństwa” jest też zaskakująco brutalny i krwawy. Przemoc nie jest pudrowana, z ran leje się krew, ciała boleśnie się rozczłonkowuje, nie udając, że to tylko zabawa. Ostrożniej podchodzi do sfery seksualnej, gdzie brutalne tematy, chociażby pedofilii, są bardzo wyraźnie sugerowane, ale jednak na sugestii się kończy. Nie obniża to jednak siły odziaływania podobnych scen oraz świadomości gorzkiego tragizmu ukazywanego problemu. Wszystkie te elementy zdają się być wyśmienitymi składnikami dla rasowego horroru, a jednak gatunkowość utworu nie jest wcale taka jednoznaczna. Twórcy budują wprawdzie zarówno pełne napięcia sceny w których każą swoim bohaterom stąpać po obrzeżach sennego koszmaru, nie szczędzą nam też wymyślnych potworów, które, zgodnie z regułami, przedstawionymi chociażby przez teoretyka filmu grozy, Noëla Carrolla, powinny być wyznacznikiem rasowego, filmowego horroru, to jednak wszystko to, jakby na przekór, umieszczone jest w scenerii bliższej przygodowym filmom złotej ery lat 80-ych, niż współczesnym filmom grozy. Derry, widziane z lotu ptaka, wydaje się wręcz uroczym miasteczkiem. Skąpane w słońcu i bujnej, soczystej zieleni, prezentującej się tak malowniczo na tle błękitnego nieba, zachęca do rozkoszowania się pełnią lata. Nawet po kolejnym ataku złowieszczego clowna słońce nadal świeci, rowery mkną spokojnymi uliczkami, kolorowe plakaty zachęcają do wizyt w kinie, dzieciakom nie brakuje dowcipnych tekstów. Owszem, parę razy podskoczymy w fotelu przy wymyślnych jump-scenach, wrażliwość na makabrę zostanie kilka razy wystawiona na próbę, jednak dojmującym uczuciem będzie duch przygody większej niż życie, przeżywanej w Domu Strachu w barwnym lunaparku. Wizyta w upiornym domiszczu, w którym rozegrają się kluczowe dla fabuły sceny, przypomina jazdę rollercosterem wśród artefaktów ze świata horroru. Prawdziwą grozę czuć gdzieindziej – we wspomnianym już, skromnym mieszkaniu Beverly. I to nie w chwilach, gdy ingeruje w nie clown, ale w tych zwyczajnych, kiedy trzeba przejść obok drzemiącego w fotelu ojca. Prawdziwy strach budzi spotkanie z niezrównoważonym psychicznie sadystą Henrym. Prawdziwe współczucie czujemy w stodole, w której wrażliwy Ben poznaje warunki wkroczenia w dorosłe życie. Intensywne, mocne, klimatyczne scenki rodzajowe w tych sceneriach stawiają ekranizację powieści Kinga ciut wyżej, niż przeciętny horror z najlepiej nawet przemyślanymi sposobami straszenia tym, co nadnaturalne. Te epizody sprawiają również, że nawet pomimo fabularnych zmian, film Muschiettiego pozostaje bardzo wierny twórczości Kinga, bo adaptator zdaje się pamiętać, że horror mistrza grozy zawsze rodzi się pośród koszmaru dnia powszedniego. Pokonanie wymyślnych upiorów łączy się z odnalezieniem siły na pokonanie codziennych demonów. W końcowych scenach widzimy, że dzieciaki opuszczające pole bitwy, to już nie weseli frajerzy. Są ciut dojrzalsi, ciut silniejsi, ciut bardziej świadomi, czego mogą się od życia spodziewać i jak sobie z tym radzić. Czy pokonanie clowna pozwoli im pokonać koszmar dorosłości? Jest szansa, że już niedługo się przekonamy.

Screeny

HO, IT (2017) HO, IT (2017) HO, IT (2017) HO, IT (2017) HO, IT (2017) HO, IT (2017)

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ świetny klimat,
+ doskonałe aktorstwo, świetne postacie
+ bardzo dobrze poprowadzona fabuła

Minusy:

- nie dla każdego film będzie straszny
- fanatycy książki mogą narzekać na odstępstwa i skróty

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -