Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:HAPPY DEATH DAY

HAPPY DEATH DAY

Śmierć nadejdzie dziś

ocena:6
Rok prod.:2017
Reżyser:Christopher Landon
Kraj prod.:USA
Obsada: Jessica Rothe, Israel Broussard, Ruby Modine, Charles Aitken, Laura Clifton
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Slasher umarł! – chciałoby się zakrzyknąć. Ileż bowiem można oglądać filmowych historii o zamaskowanym i uzbrojonym psychopacie, najczęściej wielkim i niezniszczalnym, który za cel obiera sobie amerykańską dziatwę – głupią, rozwydrzoną, zapatrzoną w siebie, skupioną na zaspokajaniu najbardziej prymitywnych zachcianek. Ale takie filmy nadal się kręci, bo jeśli jest popyt, musi być i podaż. Ale slasher nie umarł, ponieważ od czasu do czasu trafia do dystrybucji horror, który próbuje zerwać z silnymi okowami konwencji i pokazać, iż w tego rodzaju kinie jest potencjał, może nie tylko poznawczy, co na pewno rozrywkowy. Udowodnił to swojego czasu Wes Craven w „Krzyku”, ale też Todd Strauss-Schulson „The Final Girls” czy też już bez mrugania okiem Alfonso Gomez-Rejon w „The Town That Dreaded Sundown”.

Filmowi „Happy Death Day” Christophera Landona zdecydowanie bliżej do dwóch pierwszych slasherów niż do historii autorstwa Gomeza-Rejona. Dekonstruując ten rodzaj horroru, rekonfigurując jego wydawałoby się spetryfikowany schemat fabularny, reżyser cały czas bawi się, a to odwołując się do klasyki kina, a to ironizując sobie z amerykańskich studentów, wreszcie przez budowanie historii na trzech filarach komizmu – postaci, słownym i sytuacyjnym. „Happy Death Day” to dynamiczny zapis perypetii Tree, egocentrycznej i zapatrzonej w siebie studentki, która pewnego ranka budzi się w łóżku nieznanego jej chłopaka. Zdezorientowana i obowiązkowo skacowana szybko jednak „wdraża się” w codzienny rytm studenckiego życia – trochę nauki, ale przede wszystkim romanse, intrygi, plotki, a przede wszystkim imprezowanie. W drodze na jedną z nich Tree zostaje… zadźgana przez zamaskowanego osobnika,… po czym po raz wtóry budzi się w akademiku, w łóżku poznanego dobę temu studenta. I znowu, kiedy już otrząśnie się trochę z dziwaczności całej sytuacji, będzie musiała bronić się przed morderczymi zakusami uzbrojonego psychopaty w masce.

Ci, którzy liznęli trochę filmowej klasyki, na pewno skojarzą podobieństwo filmu Landona do kultowego „Dnia świstaka” Harolda Remisa z brawurową kreacją Billa Murray’a. Tam zgorzkniały prezenter pogody musiał przeżywać wciąż ten sam dzień, zresztą przez niego samego uznany za najgorszy w roku. Taki chwyt miał rzecz jasna przede wszystkim wymiar komediowy. Ale możliwość przeżywania raz za razem tych samych wydarzeń dała granemu przez Murray’a bohaterowi możliwość dokładniejszego przyjrzenia się tym elementom rzeczywistości, które przez pośpiech i egoizm uważał za nieistotne, niewarte uwagi. A to konkretny przyczynek do zmiany motywacji i priorytetów. Podobnie jest z dziewczyną-studentką u Landona. Tree po każdym przebudzeniu staje się inna, powoli przestaje patrzeć na świat przez pryzmat czubka własnego nosa, a zaczyna uświadamiać sobie, że prawdziwą wartość ma nie to co akurat modne, a to co prawdziwe i szczere.

Żeby była jasność – mędrkowanie, psychologizowanie i filozofowanie to tylko dodatek, taki bonus serwowany między wierszami (albo jak kto woli, między kadrami). Sedno filmu sprowadza się do zabawy – z oczekiwaniami widza, bo „Happy Death Day” zrealizowany został przez fanów horroru i dla jego fanów, kliszami gatunkowymi, by pokazać, iż w slasherze tkwi jeszcze fabularny potencjał, wreszcie dla samej rozrywki, wszak istota kina i narracyjny charakter gatunkowości sprowadzają się do tego, by zapewnić nam frajdę podczas seansu. I dzieło Landona jako inteligentny „urozmaicacz” czasu sprawdza się, ale nie tylko jako gatunkowa zabawka dla miłośnika filmowej makabry, nie tylko także przez swą intertekstualność, czyli odwoływanie się do innych, bardzo znanych filmów, ale także jako satyra na amerykański światek uniwersytecki. Reżyser naśmiewa się, choć nie szydzi, i ze studenckich bractw i z bufonady ich członków. Pokazuje, jak tego typu stowarzyszenia formatują umysły podatnych na wpływy i mody młodych ludzi.

„Happy Death Day” to nie jest horror, który dostarcza ma widzom ekstremalnych emocji i próbuje nadszarpnąć ich wrażliwość szokującymi ujęciami czy scenami. To raczej horror o horrorach, film ewidentnie postmodernistyczny, bo nie tylko „sprzedający” jakąś opowieść, ale przede wszystkim nastawiony na korespondencję z odbiorcą, oczekujący od niego choćby ogólnego rozeznania się w historii kina i szczątkowej wiedzy o kryteriach gatunkowości. Bez tego „Happy Death Day” może być nieczytelny, a na pewno odarty z tego nadrzędnego sensu, którym jest zabawa schematem fabularnym slashera. Dopiero takie odczytanie pozwoli zaważyć inne zalety filmu Landona, takie jak sprawna realizacja, lekkość w prowadzeniu narracji, niewymuszony, naturalny komizm czy niezłe kreacje aktorskie. Fan kina grozy powinien być usatysfakcjonowany seansem „Happy Death Day”, dla przypadkowego odbiorcy może być on niezjadliwy.

Screeny

HO, HAPPY DEATH DAY HO, HAPPY DEATH DAY HO, HAPPY DEATH DAY HO, HAPPY DEATH DAY HO, HAPPY DEATH DAY HO, HAPPY DEATH DAY

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ świetnie się ogląda
+ dobra realizacja
+ jest rozrywkowo i zabawnie
+ inteligentne żonglowanie regułami slashera
+ nawiązania do klasyki kina

Minusy:

- typowy film z kategorii „w sam raz na jeden raz”

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -