Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:BLACK MIRROR, SEASON 4

BLACK MIRROR, SEASON 4

Czarne lustro, sezon 4

ocena:8
Rok prod.:2017
Reżyser:Toby Haynes, i inni
Kraj prod.:Wielka Brytania
Obsada:Jesse Plemons, Cristin Milioti, Rosemarie DeWitt, Andrea Riseborough, Georgina Campbell, Joe Cole, Maxine Peake, Douglas Hodge, Letitia Wright
Autor recenzji:Mateusz Mnich
Ocena autora:8
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Twórcy „Black Mirror” rzutem na taśmę zmieścili się w swoim dwuletnim interwale pomiędzy sezonami i czwartą odsłonę zaprezentowali widzom na dwa dni przed końcem 2017 roku. Tak wielu znaków zapytania, jak przed kolejnym podejściem do tematu, chyba nie było jeszcze nigdy – fani zastanawiali się, czy formuła nie została już do cna wyczerpana, czy uda się jeszcze zaproponować choć jeden fabularnie oryginalny odcinek lub czy stale wzrastająca popularność, która nieodwracalnie odkleiła od „Black Mirror” etykietę serialu niszowego, nie będzie rzutować na jakość, czyniąc z serialu kolejną masówkę dla średnio wymagającego konsumenta. Jakich odpowiedzi udzieliło nam na te pytania sześć świeżutkich odcinków? Warto przyjrzeć się na moment każdemu z osobna.

Otwarcie sezonu, „U.S.S. Callister”, to fabularne odświeżenie motywów znanych już z odcinka specjalnego „White Christmas” oraz pochodzącego z trzeciej serii „Playtest”; łączy w sobie bowiem temat sztucznej inteligencji oraz wysoko rozwiniętych aplikacji rozszerzonej rzeczywistości. Jego główny bohater, genialny programista gier komputerowych, tworzy „Infinity”, cyfrowe uniwersum dla ludzi wcielających się w kapitanów pojazdów międzygalaktycznych. W zaciszu swojego domu konstruuje jednak na własny użytek nieopublikowane mody umożliwiające mu „kopiowanie” do wirtualnego świata realnych postaci. Na pokładzie własnego promu, tytułowego Callistera, umieszcza postaci z pracy, które darzy kompletną antypatią lub wręcz przeciwnie – niezdrową sympatią i albo rozstawia je po kątach, albo wdaje się z nimi w bliskie relacje, które nie mogłyby mieć miejsca w realnym świecie. Sztuczna inteligencja jego bohaterów jest jednak na tyle zaawansowana, iż uzyskują one niemal całkowitą autonomię, prowadzącą do groźnego, nieprzewidywalnego buntu.

Pod względem fabularnym „U.S.S. Callister” jest jak dotąd najbardziej przekombinowanym epizodem wszystkich serii. Twórcy porwali się na wykorzystanie tak wielu motywów technologicznych i sięgnięcie po tak odważne środki, iż elementy układanki, spójne jedynie z założenia, tworzą rozbuchaną efektami, niekształtną i zbyt pospieszną hybrydę science-fiction, komedii i dramatu psychologicznego, jak gdyby ktoś postanowił znaleźć złoty środek między „Star Trekiem”, „Matrixem”, „Family Guy’em” oraz „The Room” z 2015 roku. Niektóre, celowo komiczne sceny, rozmywają powagę treści i zamiast skłonić widza do rozmyślań, przesadnie rozluźniają; moralizatorska funkcja serialu zostaje przez to na chwilę zupełnie wyłączona.

Na szczęście do typowego pazura „Czarnego lustra” twórcy powoli wracają już w drugim odcinku, „ArkAngel”. Nowo opracowany implant wstrzykiwany do ustroju dzieci pozwala rodzicom nie tylko śledzić ich geograficzne położenie, ale również obserwować obraz, jaki one widzą i ewentualnie filtrować go pod kątem obiektów i zdarzeń mogących wywołać u pociech strach czy niepokój – od zamazywania szczekających psów i zagłuszania ich szczekania po blokowanie scen i odgłosów przemocy. Po kilku latach kontroli córki główna bohaterka, samotna matka w średnim wieku, słyszy od psychologa, iż dalsze użytkowanie urządzenia może uniemożliwić córce asymilację do społeczeństwa, bowiem ta nie będzie w stanie reagować na sytuacje zagrożenia i w pełni zrozumieć otaczających ją wydarzeń. Matka rezygnuje zatem na pewien czas z podglądania świata dziecka, do czego ostatecznie powraca, gdy jej córka staje się dojrzewającą nastolatką i ucieka się do licznych kłamstw usprawiedliwiających jej nieobecność w domu. Główna bohaterka przekonuje się jednak, że świat nastolatków nie jest tak cukierkowy, jak tego oczekiwała, co tylko wzmaga jej pragnienie kontroli i śledzenia swojej pociechy – a to z kolei nakręca spiralę bardzo odważnych posunięć mających zapewnić dziewczynie bezpieczeństwo, za wszelką cenę.

Historia z „ArkAngel” ponawia odwiecznie nurtujące ludzkość pytanie, na ile sensownie jest kontrolować najbliższych i gdzie najrozsądniej byłoby umiejscowić złoty środek między tym nadzorem a zdrową wolną wolą, aby żyć w spokoju o tych, których kochamy, jednocześnie nie narażając ich na zagrożenia zewnętrznego świata. Pod względem realizacyjnym mamy jednak do czynienia z może nieco zbyt szybkim jak na dotychczasową konwencję serialu prowadzeniem scen i rozwojem fabuły, zadowala jednak techniczny warsztat zdjęć i potęga prostych, szczerych dialogów, co czyni debiut w „Black Mirror” spinającej odcinek w całość Jodie Foster zupełnie nie najgorszym.

Prawdziwym i niezaprzeczalnym powrotem do korzeni serialu jest jednak dopiero trzecia historia, „Crocodile”. W nieodległej przyszłości zarówno policja, jak i agencje ubezpieczeniowe mogą zgodnie z prawem korzystać z „pamięciomatów”, to jest urządzeń, które pozwalają odtworzyć wspomnienia z okresu na krótko przed wypadkiem obserwowanym przez przesłuchiwanego świadka. Możliwe jest zatem przejście po łańcuchu wspomnień kolejnych osób i dotarcie do najlepszego obrazu, który pozwala zebrać szczegółowe dane dotyczące analizowanych wydarzeń. Oczy mogą jednak mimowolnie rejestrować również wydarzenia w tle, na które nie zwraca się praktycznie uwagi, mogące zdradzić najmroczniejsze tajemnice nieznajomych osób – w tym skrywane przez lata sekrety głównej bohaterki, obecnie znanej architekt, której koszmary przeszłości nie chcą dać spokoju.

Opisana historia wywołuje niezwykle intensywne emocje, głównie dzięki przedstawieniu zupełnie zwyczajnych, pełnych wad i doświadczonych życiowymi potknięciami różnego kalibru postaci. Akcja zwalnia, utrzymując się na stabilnym poziomie dobrego psychologicznego dramatu, a obrazy skutych lodem gór i domostw zbudowanych na kompletnych odludziach dodają całości szczyptę organicznej grozy. Kolejne poczynania bohaterów pogłębiają poczucie zagubienia, przytłoczenia lawiną błędnych decyzji, od których nie ma już odwrotu, a ostatnie minuty rzeczywiście dają do myślenia, na wiele samotnych godzin. Zadbano również, co było mocną stroną wszelkich poprzednich sezonów, o niską, ambientową ścieżkę dźwiękową, która dudni w tle niczym krew napływająca z wielkim impetem do głowy w chwilach skrajnego przerażenia.

Czwarty odcinek to gratka dla tych widzów, którzy szczególnie upodobali sobie nieco radośniejszą, kolorową nutę „San Junipero” czy „Nosedive” – „Hang the DJ” to opowieść o świecie, w którym o dobieraniu się ludzi w pary decyduje złożony system informatyczny. Planuje on randki wszystkim członkom społeczności, ustalając miejsce spotkania, czas trwania ewentualnego związku czy nawet podawane uczestnikom potrawy. Nie wszyscy jednak doceniają rzekomą potęgę systemu parowania i w głębi duszy pragną, żeby móc wybrać drugą połówkę sercem, nie kliknięciem w ekran smartfona. Gdy jednak przez ramię zerkają strażnicy pilnujący porządku spotkań, sprzeciw wobec systemu może okazać się początkiem nieprzyjemnego końca.

„Hang the DJ” został zaprezentowany w najluźniejszej, najmniej dołującej formie, pełnej przyjemnych kolorów i dźwięków, studząc delikatnie gorycz treści, która w gruncie rzeczy w bardzo czarnych kolorach opowiada o ewentualnej drodze, jaką może obrać ludzkość w kwestii dbania o rozwój instytucji rodziny. Nie można też nie odnieść wrażenia, iż epizod ten jest sarkastyczną krytyką niepokojącego trendu zalewania rynku aplikacjami randkowymi, wydaje się więc najbardziej aktualnym z odcinków całej serii. Co więcej, okazuje się też najjaśniejszym punktem sezonu, dopracowanym w każdym calu, od zyskujących pełnię sympatii widza aktorów, przez schludną, ewoluującą pracę kamer, po drobne detale scenograficzne i fabularne dodające opowieści wyrazistego kolorytu. Niewiele było w „Black Mirror” tragedii, które oglądało się z taką lekkością ducha i w tak luźnym nastroju.

Pełnię powagi i surowości przywraca jednak pierwszy w historii serialu odcinek nakręcony w odcieniach szarości i pierwsze postapo zarazem, czyli „Metalhead”. Choć „postapo” brzmi hucznie, w tym przypadku historia okazuje się bardzo prosta – zdziesiątkowana z niewiadomych przyczyn ludzkość skupiona w niewielkich grupkach zbiera zasoby, które nadają się jeszcze do wykorzystania, starając się nie wpaść na mechanicznych strażników przypominających psy łowieckie, zaprojektowanych tak, aby każdego człowieka na swojej drodze skutecznie pozbawić życia. Główna bohaterka ma tego pecha i natyka się na żadną rozlewu krwi maszynę, musi zatem działać szybko i zdecydowanie, aby uniknąć tragedii. Człowiek jednak, choć to slogan znany każdemu z nas, jest ograniczony słabościami własnego ciała i słabego umysłu; w przeciwieństwie do maszyn, chłodnych bloków wytrzymałych stali sterowanych nieomylnym komputerem.

Aby nadać odcinkowi artyzmu, twórcy pokusili się o spowalnianie i tak mało intensywnych scen, okraszając przy okazji każdy z bardzo nielicznych dialogów zbyt dużą dawką ckliwej filozofii. Próbowali, niczym mistrzowie w tym fachu, jak von Trier czy Lynch, minimalizm treści ubrać w maksimum sztuki i głębokiego wyrazu. W pierwszej połowie odcinka jednak co najwyżej raczkowali, serwując typowy przerost formy nad treścią, wstając jednak z kolan w drugiej części i tam powalając obrazowi i tempu rozwijać się w idealnej harmonii. Z ręką na sercu trzeba także przyznać, iż „Metalhead” okazuje się najmniej wtórnym z epizodów całej serii.

Czwarty sezon zamyka „Black Museum”, w moim odczuciu w wielu kwestiach kalka odcinka specjalnego „White Christmas”. W którymś z pustynnych stanów USA obok stacji ładowania pojazdów elektrycznych swoje małe muzeum postawił dawny handlowiec z branży inżynierii biomedycznej. Postanowił pokazać światu prototypy wynalazków, które w czasie akcji opisanym w odcinku były już w powszechnym użyciu. Gdy odwiedza go zmęczona podróżą i zaciekawiona formułą wystawy dziewczyna, zaczyna snuć historie kryjące się za najciekawszymi eksponatami. Twórcy „Black Mirror” nie byliby jednak sobą, gdyby zamknęli fabułę w tym punkcie; żadna z opowiedzianych historii nie jest przypadkowa – podobnie jak żaden z bohaterów odcinka, wobec czego należy spodziewać się kilku szalonych zwrotów akcji.

Historyjki z ostatniego odcinka są jednak przekazane przez głównego bohatera w dość komiczny sposób, wyciszając mroczny moralizatorski wydźwięk na rzecz ostrej czarnej komedii. Kluczowe momenty mogą co poniektórym widzom wydać się absurdalne. Prawdziwie porządnie poprowadzone zostały jednak wydarzenia dziejące się tu i teraz, czyli akt zwiedzania i bajania właściciela muzeum, i to zarówno pod kątem iście lynchowskiej purpurowo-brunatnej kolorystyki scen, jak i reakcji samych bohaterów. Sporo w odcinku brudu i grzechów życia codziennego, które mogą przerodzić się w apokaliptyczny bałagan i wybitne okrucieństwo.

Podsumowując komplet wrażęń po emisji wszystkich sześciu odcinków, uczciwym byłoby stwierdzić, iż fani bojący się o wyczerpywanie formuły mogą faktycznie poczuć delikatne ukłucie w sercu. Zdecydowaną większość odcinków – chyba wszystkie poza „Metalhead” – zbudowano na podwalinach sukcesu uprzednio wykorzystywanych motywów. Rejestracja obrazu kamerami w soczewce oka, gry wirtualnej rzeczywistości i ich nad wyraz autonomiczni bohaterowie, statki kosmiczne i mobilne aplikacje rządzące ludzką codziennością – to wszystko już było. Owszem, tematy te na ten moment wydają się niewyczerpywalne, gdyż jesteśmy dopiero na starcie ich odkrywania, jednak widz zaskoczony wcześniej świeżością serialu nie poczuje już tego samego oryginalnego, intensywnego smaku po raz wtóry. Nie można jednak żadnej z zaprezentowanych historii uznać za słabą, nawet nie za średnią. Wszystkie są przynajmniej niezłe, niektóre wręcz – jak trzeci czy czwarty odcinek – do granic możliwości rewelacyjne, jednak w tym wszystkim przestały być szokujące. Zastanawiający jest też dobór odcinków otwierającego i zamykającego sezon; oba opierają się na mrocznym komizmie, którego wcześniej w „Black Mirror” nie wykorzystywano tak często, nie są jednak szczytowymi momentami jakości czwartej serii. Odpowiadając jednak na ostatnie z pytań postawionych we wstępie, nie, produkcja ta nie stała się mainstreamowym przeciętniakiem. Wciąż stabilnie siedzi w swojej nieokupowanej przez inne seriale niszy, rozsiada się dumnie i z gracją, jednak jak wszystko, co towarzyszy nam przez dłuższy czas, z wiekiem staje się coraz lepiej odkryta. A fakt, że każdy z odcinków reżyseruje inna, nowa w obsadzie osoba, sprawia, że każda opowieść jest w przynajmniej jednym wymiarze świeża – w spojrzeniu, w punkcie widzenia. I porusza przy tym wszystkim sporo kwestii egzystencjalnych godnych rozważenia, każdą pokazując jednak z innej niż dotąd perspektywy, pod przynajmniej minimalnie różnym kątem. Jeśli chociaż to nie zmieni się w ewentualnym piątym sezonie, „Black Mirror” pozostanie jedną z najważniejszych produkcji tego rozpędzonego, zinformatyzowanego XXI wieku.

Screeny

HO, BLACK MIRROR, SEASON 4 HO, BLACK MIRROR, SEASON 4 HO, BLACK MIRROR, SEASON 4 HO, BLACK MIRROR, SEASON 4 HO, BLACK MIRROR, SEASON 4 HO, BLACK MIRROR, SEASON 4 HO, BLACK MIRROR, SEASON 4 HO, BLACK MIRROR, SEASON 4 HO, BLACK MIRROR, SEASON 4 HO, BLACK MIRROR, SEASON 4 HO, BLACK MIRROR, SEASON 4 HO, BLACK MIRROR, SEASON 4

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ odważna zabawa formą, kolorami i muzyką
+ w większości perfekcyjne, zapierające rozmachem zdjęcia
+ w większości umiarkowana, zdrowa ilość efektów specjalnych
+ poruszanie istotnej, aktualnej tematyki i wyciąganie dających do myślenia wniosków
+ prości, niewyróżniający się bohaterowie
+ nie tylko rozrywkowa, lecz przede wszystkim moralizatorska funkcja odcinków

Minusy:

– zaledwie jeden odcinek o faktycznie oryginalnej fabule
– mniejszy poziom szokowania niż w poprzednich sezonach

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -