Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:IT COMES AT NIGHT

IT COMES AT NIGHT

To przychodzi po zmroku

ocena:8
Rok prod.:2017
Reżyser:Trey Edward Shults
Kraj prod.:USA
Obsada:Joel Edgerton, Christopher Abbott, Carmen Ejogo, Riley Keough, Kelvin Harrison Jr., David Pendleton
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:8
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Nazwa „A24” dzisiaj znana jest chyba każdemu, kto choć trochę interesuje się sztuką filmową. Niemalże o każdym tytule, który sygnowany jest logiem tej niezależnej amerykańskiej wytwórni jest gdzieś głośno. A to za sprawą Oskarów i uznania przez tuzów Akademii Filmowej („Room”, „Moonlight”), a to dzięki odważnej i oryginalnej formie, która jednych zachwyca, innych odrzuca, ale na pewno nie pozostawia obojętnym („Under the Skin”, „The Lobster”), wreszcie przez filmy takie jak „The Florida Project” czy „Ex Machina”, które urzekają niezwykłymi historiami, kapitalnym aktorstwem i unikalna warstwą wizualną. Ale o „A24” mówi się także w kontekście nowego i oryginalnego podejścia do wydawałoby się zgranego i wyeksploatowanego gatunku, jakim jest szeroko pojęty horror. Miłośnicy kina grozy spod każdej szerokości geograficznej zachwycają się „The Witch” Roberta Eggersa, „The Killing of a Sacred Deer” Yorgosa Lanthimosa, „A Ghost Story” Davida Lowery’ego, „The Monster” Bryana Bertino czy „It Comes at Night” Trey’a Edwarda Shultsa.

Ten ostatni eksploruje wątek upadku cywilizacji za sprawą wirusa dziesiątkującego ludzkość. Główny bohater, Paul, wraz z żoną i kilkunastoletnim synem uciekają przed nim w leśne ostępy, gdzie udaje im się stworzyć niewielkie, samowystarczalne gospodarstwo. Pewnego dnia do ich domu włamuje się Will, któremu udaje się wybłagać pomoc dla swojej rodziny. Wymuszone przez sytuację surowe zasady i niemalże dyktatorski sposób bycia Paula nie do końca jednak odpowiadają przybyszom.

„It Comes at Night” to przykład filmowej historii odartej ze wszystkiego co niepotrzebne. Jej konstrukcja jest do bólu prosta – to zapis koegzystencji dwóch rodzin, które muszą razem stawić czoła czyhającemu zewsząd niebezpieczeństwu. Okazuje się jednak, iż największe zagrożenie tkwi nie na zewnątrz – w chorobie, dzikich zwierzętach, zdegenerowanych moralnie ocaleńcach czy w tych, którzy lada chwila umrą i z tego czy innego powodu nie chcą być sami – a wewnątrz domu, w bohaterach, którzy nawet w obliczu apokalipsy nie potrafią wyzbyć się ani przezwyciężyć tkwiącego w nich zła. Shults z całą bezwzględnością okrawa swoją opowieść ze wszystkich zbędnych wątków i z tego, co często nazywa się fabularną watą. Skupia się na postaciach, na ich poczynaniach, motywacjach i reakcjach. Oszczędność doboru środków charakteryzuje także pracę aktorów. Twórcy zrezygnowali z długich rozmów, monologów i sytuacji, w których postacie mogłyby się wywnętrznić, a tym samym pozwolić aktorom na pokazanie wszystkich swoich atutów. Reżyser prezentuje swoich bohaterów przede wszystkim przez działanie, co wymusza na aktorach bycie nie tyle zauważalnym i wybijającym się, przez co nieraz sztucznym, a naturalnym, może nawet przezroczystym, ale adekwatnym do sytuacji. Taki zabieg nie pozwala stworzyć wielkich ról, ale bardzo mocno wzmacnia wiarygodność filmowego przekazu. Ją Shults potęguje za pomocą jeszcze jednego pomysłu, też mającego swoje źródło w koncepcyjnej powściągliwości. Mam tu na myśli ograniczenie się do pokazywania świata i prezentacji treści za pomocą najprostszych środków – nieskomplikowanych ujęć, przemyślanych kadrów, prostego montażu i nieupiększonego niczym obrazu. Tak jak bohaterowie, by przeżyć bez technicznych udogodnień, musieli zwrócić się ku prostocie i czynnościom, które wykonywali ich przodkowie, tak i filmowcy musieli skorelować tę wizję świata z formą – niemalże ascetyczną, za to bezpretensjonalną, a przez to tak oddziałująca na wyobraźnię i emocje widza.

Brak wizualnych fajerwerków oraz fabularna jednowątkowość to rzecz jasna nie ubóstwo finansowe czy koncepcyjne, a pewna artystyczna strategia mająca zwrócić uwagę widza na to, co w filmie „It Comes at Night” najistotniejsze, a mianowicie na moralny wymiar działań człowieka funkcjonującego pod wpływem gigantycznej presji. W tym aspekcie dzieła filmowego reżyser nie dokonuje uproszczeń ani uciekania się do skrótów myślowych adresowanych ku uciesze lubujących się w niedopowiedzeniach kinomanów. Otrzymujemy od Shultsa obraz mężczyzny, który o życie najbliższych musi stoczyć walkę nie tylko z chorobą i ludźmi, którzy dopuszczą sie każdego bestialstwa, by przejąć to dobro, które po apokalipsie zostało przez niego wypracowane, ale także z sobą, z tkwiącymi w nim słabościami i coraz silniejszymi ciągotami, by posłuszeństwo i zdtscyplinowanie wymuszać siłą. Aby pogłębić warstwę etyczno-psychologiczną filmu, a jednocześnie przydać mu jeszcze więcej napięcia, reżyser od czasu do czasu świat oraz postępowanie głównego bohatera filmu pokazuje przez pryzmat jego syna, nastolatka, który co prawda rozumie imperatyw i motywacje ojca, ale nie do końca zgadza się z jego metodami porządkowania panoszącego się wokół chaosu. Pochłania go rozpacz, nie daje sobie rady z koszmarami, jest o krok od buntu. Musi radzić sobie nie tylko ze strachem przed tym, co przyniesie kolejny wieczór, bólem po stracie bliskich (ukochanego dziadka oraz psa), dystansem wobec apodyktycznego ojca, ale także z hormonami, budzącą się w nim męskością, ale przede wszystkim ze zrozumieniem tego, jak właściwie postępować w czasach, kiedy czynnikiem decydującym o przetrwaniu staje się siła.

Co zatem przychodzi o zmroku? Nie zarażeni, nie bandy ludzi gotowych na każde okrucieństwo, nie wyłaniające się z lasu nadnaturalne zło. To ludzka skłonność do destrukcji, bestia tkwiąca w każdym z nas, którą mimo tysięcy lat cywilizowania i ujarzmiania bardzo łatwo jest uwolnić. Upadek tak misternie budowanych społeczeństw, zerwanie z cementującymi relacje międzyludzkie normami moralnymi i etycznymi, wreszcie bardzo daleko idące rozluźnienie tychże kontaktów powodują, iż zachowaniem bohaterów znowu zaczynają kierować popędy charakterystyczne dla świata zwierząt. Niby wyznaczają sobie oni kolejne granice, których przekroczyć nie można, nowe zasady i prawa – tego symbolem są czerwone drzwi oddzielające dom od tego co na zewnątrz. Wewnątrz wszyscy zachowują się jak dawniej, starają sie zachować pozory kochającej się rodziny, poza nimi liczy się już jednak tylko przetrwanie, a taki priorytet wymusza zerwanie ze standardami definiującymi pojęcie człowieczeństwa.

Gdzie w tym wszystkim horror? W gatunkowej formie, którą Shults wziął sobie z kina grozy, w odwadze wzięcia się za bary z tematami, które przez lata podejmowały co mądrzejsze horrory, wreszcie w narzędziach i chwytach bardzo charakterystycznych dla filmowej makabry, bo wykorzystywanych do gradacji napięcia i budowania unikalnej, mocno oddziałującej na wyobraźnię widza atmosfery. Dowiedziawszy się o tym, iż bohaterowie uciekli w leśną głuszę przed epidemią przynajmniej na początku, później zresztą też, czekamy na to, kiedy z lasu wyłoni się coś – zombie, monstra, banda uzbrojonych po zęby, bezwzględnych psychopatów – z czym będą musieli stoczyć krwawy bój. Tak jest przecież w „The Walking Dead”, serialu-horrorze, którzy znają wszyscy wielbiciele gatunku. Jego akcja również rozgrywa się na uboczu cywilizacji. By budować klimat permanentnego zagrożenia twórcy co i rusz uciekają się do sugerowania nam, że lada moment coś się wydarzy. Straszą nas koszmarami jednego z bohaterów, pokazują ich z perspektywy kogoś skrywającego się w leśnej gęstwinie, często każą ocalałym robić coś w ciemnościach, wreszcie doskonale panują nad tempem akcji. W idealnych momentach zwalniają, kiedy mamy skupić się na motywacjach postaci, by nagle przyspieszyć, prezentując ich reakcje i działania. Finał – krwawy, mroczny, bardzo pesymistyczny – ogląda się na jednym wdechu niczym najlepszy horror albo... grecką tragedię, w której o losach protagonistów decyduje fatum (ponurego zakończenia można było się spodziewać), a dla widzów szykuje misterium katharsis (bo „It Comes at Night” w końcu uświadamia, że tak naprawdę jest o każdym z nas).

Ale „It Comes at Night” horrorem sensu stricto nie jest. Shults sięga po formalny arsenał środków wyrazu i chwyty charakterystyczne dla kina grozy, ale od niego samego ucieka, bo jego opowieść nie ma szokować, nie ma straszyć, wreszcie nie potrzebuje naszego „zawieszenia niewiary”. To jeden z tych filmów, które w sposób niezwykle dobitny i wiarygodny, bo odwołujący się do prostoty i wizualnego ascetyzmu, pokazują naturę człowieka, istoty zdolnej do poświęceń wobec bliźniego, ale także bestii pozbawionej jakichkolwiek zahamowań. Ale Shults nie poszedł na skróty i „skonstruował” swojej wizji człowieczeństwa tylko ze skrajności. Uczynił historię kameralną, osadzoną w jednym miejscu i rozpisaną tylko na kilkoro aktorów, by bardzo dokładnie przyjrzeć się ich postaciom, wszystkim ich wyborom i decyzjom, po to, byśmy zadali sobie fundamentalne pytanie, czy zło jakiego się dopuszczamy, zawsze jest złem, bez względu na okoliczności, które wpłynęły na jego popełnienie?

„It Comes at Night” to film niełatwy, nieprzyjemny w odbiorze, bo pomyślany jako zwierciadło, w którym mamy się przejrzeć my, widzowie, ale o dziwo, bardzo sugestywny, od którego nie sposób jest się oderwać. To przyszłość współczesnego kina grozy?

Screeny

HO, IT COMES AT NIGHT HO, IT COMES AT NIGHT HO, IT COMES AT NIGHT HO, IT COMES AT NIGHT HO, IT COMES AT NIGHT HO, IT COMES AT NIGHT HO, IT COMES AT NIGHT HO, IT COMES AT NIGHT

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ historia przykuwa do ekranu do pierwszej do ostatniej minuty
+ powściągliwość w doborze środków formalnych
+ kreacje aktorskie, zwłaszcza ta Joela Edgertona
+ napięcie
+ nie pozostawia obojętnym i daje do myślenia
+ kilka naprawdę trafnych spostrzeżeń dotyczących natury człowieka

Minusy:

- brak

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -