Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:VAN HELSING

VAN HELSING

Van Helsing

ocena:6
Rok prod.:2004
Reżyser:Stephen Sommers
Kraj prod.:USA / Czechy
Obsada:Hugh Jackman, Kate Beckinsale, Richard Roxburgh, David Wenham
Autor recenzji:BartX
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:5.04
Głosów:85
Inne oceny redakcji:
Skaldi - 7
Drachu - 5
Molly - 3
Lohikaarme - 4
Kinson - 5
Skaraś - 7

Wyjaśnijmy sobie od razu jedną sprawę: czekałem na ten film ze sporą niecierpliwością. Pierwszy film Stephena Sommersa, który miałem przyjemność obejrzeć - czyli "Deep Rising" - zaszokował mnie świeżym, luzackim, a jednocześnie profesjonalnym podejściem do gatunku; myślałem, że dobre kino z potworem w roli głównej umarło jakiś czas temu, tymczasem Sommers dał czadu jak się patrzy: "Deep Rising" ma zaskakujący scenariusz (jakoś nie przeszkadza mi to, że zlepia się w nim "Deep Star Six" i "Leviathan" z czymś tak perwersyjnie odległym jak "Titanic"), świetnie dobranych aktorów, szczerze zabawne dialogi, mnóstwo krwi i porządnego potwora wygenerowanego za pomocą nadspodziewanie dobrych efektów cyfrowych. Jak na tle tamtego filmu prezentuje się "Van Helsing"?

Zacznijmy od jego fabuły: otóż okazuje się, że bohater tytułowy jest nikim innym jak... pracownikiem Watykanu. Gorzej: jest tam specjalistą od mokrej roboty. Kiedy światu zaczyna zagrażać jakieś nowe nieziemskie monstrum, chłopaki z Watykanu dają Van Helsingowi namiary, a on sprawę wyjaśnia (jak sam nam w pewnym momencie tłumaczy, zawsze stara się dojść z potworem do porozumienia, jednak najwyraźniej zazwyczaj sprowadza się to i tak do zastosowania przemocy i zejścia czarnego charakteru ze świata). Teraz przed Van Helsingiem stoi nowe, prawdopodobnie najtrudniejsze jak dotąd wyzwanie: załatwić Draculę. Wycieczka do Transylwanii będzie też oznaczała dla Van Helsinga stawienie czoła jego własnej mrocznej przeszłości (to dla Hugh Jackmana żadna nowość: w dokładnie te same klocki bawi się przecież w "X-Men" jako Wolverine) oraz stawienie czoła miłości do tamtejszej księżniczki, której ród ma zostać przeklęty jeśli nie poradzi sobie ona z Draculą na czas. Dla towarzystwa Van Helsing zabiera ze sobą jeszcze speca od wynalazków (czyżby Sommers składał tu hołd filmom o Bondzie i nieocenionemu Q?). Kiedy docierają do Transylwanii, dość szybko rozpętuje się piekło: wampiry zaczynają atakować nawet za dnia, liczne potomstwo Draculi po wielu latach opuszcza swoje kokony, a sam książę spuszcza dodatkowo ze smyczy Wikołaka. Poza tym nie ustaje w poszukiwaniach potwora Frankensteina, który ma dać młodym wampirom receptę na ożywienie (jak chce logika wg Stephena Sommersa, dzieci Draculi rodzą się martwe). Głównym zadaniem Van Helsinga będzie więc: przeżyć, pomóc księżniczce przeżyć, nie dopuścić do tego, żeby potwór Frankensteina dostał się w szpony Draculi, zlikwidować Draculę.

Teraz parę słów o technicznej stronie filmu: efekty specjalne są tu zazwyczaj dobre, ale jest z nimi problem: są wszędzie. Nie tyle pomagają filmowi, co nim są - a to zawsze mniej lub bardziej mnie irytuje. Ciekawe na przykład dlaczego Stephen Sommers nie chce korzystać z prawdziwych lokalizacji w swoich filmach?! Dlaczego zamiast pojechać na parę dni do autentycznej Francji żeby nakręcić kilka dobrych ujęć plenerowych, on upiera się żeby za wszelką cenę odpalić wszystko z komputera??? Wiadomo, że nie ma potem czasu, żeby kamera rozkoszowała się krajobrazami, bo każda sekunda to rulony dolarów wydarte z prywatnej kieszeni Sommersa. Efekt? Nie mamy tak naprawdę poczucia, że film dzieje się w Rumunii, we Włoszech czy we Francji, a wręcz zaczynamy podejrzewać, że Hugh Jackman przez cały okres kręcenia "Van Helsinga" nie ruszał się specjalnie sprzed błękitnego ekranu.

No właśnie: jak wypadł Hugh Jackman? Moim skromnym zdaniem wywiązał się z roli bardzo uczciwie - gra przekonująco, wygląda dzielnie. A że Sommers przysypał go toną komputerowych gadżetów to już nie jego wina. Koledzy Jackmana też nie grają tak strasznie, jak chcą tego niektóre recenzje. Kate Beckinsale razi początkowo co prawda i świdrującym akcentem i gwałtownym makijażem, ale do pierwszego można się po godzinie przyzwyczaić, a makijaż zostaje po jakimś czasie uporządkowany. Richard Roxburg (jako Dracula) wnosi do swojej roli parę dziwacznych manieryzmów - dla jednych będzie to urozmaicenie wiekowego schematu, dla innych flirt ze świętokradztwem. Natomiast David Wenham jako pomocnik Van Helsinga wydaje się początkowo najciekawszy z aktorskiego punktu widzenia, ale po pierwszej godzinie zbyt wyraźnie upodabnia się do analogicznych postaci z "Deep Rising" i obu "Mumii": wiadomo, zabawny gość, który raczej nie powinien paść trupem.

Do tej pory dość dużo narzekałem, ale tak naprawdę film wcale nie jest zły. Skupmy się więc teraz na pozytywnych cechach "Van Helsinga". Przede wszystkim sam pomysł: spotkanie głównego bohatera z Wilkołakiem i potworem Frankensteina, a nie jedynie z przepisowym Draculą, od razu wydawało mi się czymś, czego nie wypada przegapić. Co prawda powód, dla którego wszyscy oni zostali zebrani razem wydaje się naciągany (Dracula potrzebuje potwora Frankensteina żeby zawładnąć światem, rumuńska księżniczka potrzebuje Van Helsinga żeby mu przeszkodzić, Dracula potrzebuje Wikołaka żeby pokonać księżniczkę, Van Helsing potrzebuje... chyba wystarczy?), ale co jeszcze można wymyślić na temat roli wampira w społeczeństwie po rewelacjach z niemalże religijnego filmu "Dracula 2000"? Obsada, jak już napisałem, jest jak najbardziej w porządku. Całkiem godnie prezentuje się też ścieżka dźwiękowa; wystarczy zwrócić uwagę na pierwszą scenę z Van Helsingiem, kiedy to przybywa on do Paryża na spotkanie z Mr Hyde'em: takiej muzycznej dawki energii nie spotyka się w kinie codziennie! Zresztą bądźmy zupełnie uczciwi: pierwsza godzina filmu to bardzo dobra rozrywka z kilkoma rzeczywiście imponującymi scenami (jak np. napuszczenie Wikołaka na Kate); dopiero później ilość wydanych pieniędzy zaczyna przyćmiewać aktorów i scenariusz, a jednocześnie nieco męczyć widzów lubiących prawdziwy horror.

"Van Helsing" jest więc bez wątpienia filmem nierównym: nie można go znienawidzić, nie można go też bezgranicznie pokochać. Zazwyczaj któryś z tych dwóch czynników przeważa i albo dany film lubimy "mimo wszystko", albo bezczelnie odwracamy się do niego plecami. Myślę, że w "Van Helsingu" jest zbyt dużo dobrych pomysłów, żeby się tak po prostu odwrócić. Ale jednak szkoda, że nie jest to film lepszy - wydaje się, że była na to spora szansa. Miejmy nadzieję, że Stephen Sommers dostanie teraz nakaz ograniczonego dostępu do komputera i jego następny film będzie prawdziwszy i trochę bardziej sensowny.

Trzygroszówki

Sabbath przyznał ocenę 5 i napisał:

Cały film nie pozostawia wątpliwości, iż mamy do czynienia z jednym wielkim miksem przeróżnych wampiro-monstrualnych opowieści, które to raz jeszcze postanowiono ożywić by poddać je próbie w konfrontacji z najnowszymi osiągnięciami z dziedziny filmowych efektów specjalnych. Połączenie wywarło mieszane uczucia... Z jednej strony otrzymaliśmy znakomitą rozrywkę, efektowny popis współczesnej techniki filmowej, oraz niebanalną oprawę dźwiękową, jednak z drugiej, nadmiar pomysłów i sztuczność scen spowodowały, że całość sprowadziła się do roli chaotycznej bajki, która w wielkim stopniu odbiegła od tego co zwykliśmy nazywać kinem grozy/horrorem.

Screeny

HO, VAN HELSING HO, VAN HELSING

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ ścieżka dźwiękowa,
+ aktorstwo,
+ pierwsza godzina efektów specjalnych,
+ pomysł,
+ postacie

Minusy:

- druga godzina efektów specjalnych,
- przesadne naruszanie praw fizyki i rachunku prawdopodobieństwa,
- kiczowata końcówka

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Ciekawostki:

Zobacz ciekawostki do filmu

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -