Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:FRANKENSTEIN

FRANKENSTEIN

Frankenstein

ocena:8
Rok prod.:1931
Reżyser:James Whale
Kraj prod.:USA
Obsada:Colin Clive, Boris Karloff, Mae Clarke, John Boles, Frederick Kerr, Dwight Frye, Lionel Bermore, Marilyn Harris
Autor recenzji:Piotr Sawicki
Ocena autora:8
Ocena użytkowników:8.61
Głosów:28
Inne oceny redakcji:
Kinson - 10

Kino tworzy mity. Żaden chyba film grozy nie dowodzi tego lepiej niż "Frankenstein" Jamesa Whale’a – utwór, który swoim sukcesem unieśmiertelnił zakurzoną powieść Marry Shelley z 1831 roku, dał pop-kulturze jeden z jej najtrwalszych wizerunków, a w powszechnej świadomości urósł do rangi symbolu, sztandarowego przedstawiciela gatunku jakim jest horror. I choć temat Frankensteina kino powielało później niezliczoną ilość razy, wpisując go w najrozmaitsze konteksty; choć rolę monstrum odtwarzali tak wybitni aktorzy jak Christopher Lee czy Robert DeNiro – wszystkie późniejsze wariacje pozostają, podobnie jak literacki pierwowzór Shelley, w cieniu legendarnego filmu z 1931 roku.

Fabuła jest powszechnie znana. Doktor Henryk Frankenstein, który odkrywa ożywczą moc pioruna, pragnie spełnić odwieczne marzenie ludzkości: na przekór Bogu i naturze pokonać śmierć. Nocą zachodzi na cmentarz, skąd wykrada świeżo pochowane zwłoki, a swojego asystenta, garbusa Fritza, posyła by zdobył ludzki mózg z pracowni znamienitego antropologa doktora Waldmana. Z tychże składników Frankenstein zszywa pokraczne ciało, które następnie ożywia mocą pioruna; w burzliwą noc, przy nieustającym wtórze grzmotów i błyskawic, monstrum Frankensteina powstaje z martwych. Niestety, z winy Fritza, który przez nieopatrzność wykradł z gabinetu Waldmana mózg mordercy, ożywiona istota ma maniery dzikie i wkrótce wymyka się spod kontroli, budząc powszechną trwogę...

James Whale dostrzegł podobieństwo historii opowiedzianej przez Mary Shelley do fabuł niemieckiego kina nurtu kaligarycznego – o monstrach tworzonych przez naukowców-maniaków – i analogię tę znakomicie podkreślił, ubierając "Frankensteina" w oprawę godną najlepszych filmów ekspresjonistycznych. Sceneria zbudowana od początku do końca w atelier; przytłaczające pokraczne kształty domów, krętych schodów, pagórków i krzyży cmentarnych; ostry światłocień i nadekspresyjna gra aktorów – szczególnie Dwighta Frye jako przebrzydłego Fritza – oddają miażdżący ciężar szalonych ambicji barona Frankensteina, ale też – przez swą umowność – uwydatniają baśniowy charakter tej pouczającej przecież opowieści o zawiedzionych marzeniach i bluźnierstwie wobec natury.

Od przerażających filmów niemieckich "Frankenstein" różni się bowiem przede wszystkim tym, że jest w gruncie rzeczy bajką z morałem; bajką ponurą i na swoje czasy szokującą, ale pozostawiającą światełko nadziei w postaci ostrzeżenia, w które wpisana została pewna prawda o nas samych. Przywracanie zmarłych życiu może nie tylko sprowadzić nieoczekiwane kłopoty na świat, ale również oznaczać tragedię dla samego ożywionego, który cierpiał będzie wskutek wykorzenienia i alienacji. Podstawowym problemem nie jest bowiem samo w sobie bluźnierstwo, gdyż jest ono pojęciem umownym i abstrakcyjnym. Problemem – który, tu jeszcze tylko sygnalizowany, rozwinie się w główny temat "Narzeczonej Frankensteina" – jest stosunek ludzi do brzydoty, inności i śmierci: trzech zjawisk, które zawsze budziły, budzą i będą budzić niepokój. Monstrum Frankensteina jest uosobieniem tych trzech zjawisk, dlatego wzbudza strach i odrazę u żywych, nie wyłączając swego stwórcy. Jego dzikość nie jest spontaniczna; wbrew pozorom to nie wszczepiony mózg mordercy napędza jego agresję, ale podszyta lękiem nienawiść otoczenia. W porównaniu z filmami ekspresjonizmu, oznaczało to przesunięcie akcentów w charakterystyce potwora, który po raz pierwszy na ekranie ukazany został nie jako wcielenia zła, lecz ofiara – najpierw ludzkiego geniuszu, a później ludzkiej małości. To, że budzi u widzów tak skrajne emocje – niepokój i odrazę połączone z fascynacją i współczuciem – jest zasługą zarówno znakomitego Borisa Karloffa, jak i charakteryzatora Jacka Pierce’a, który stworzył niedoścignione arcydzieło filmowego make-up’u. Razem wykreowali wizerunek, który dalece przerósł popularnością sam film, stając się jedną z żelaznych ikon kultury, na równi z trampem Chaplina i "Mona Lisą"; którym zachwycał się Salvador Dali i Gustav Jung. Wizerunek do dziś często powielany, parodiowany i pojawiający się przed oczami milionów ludzi gdy tylko usłyszą słowa "horror" lub "monstrum". Pierwsze wejście potwora to z resztą jedno z najlepszych w kinie wprowadzeń głównej postaci na ekran: poprzedzając swą obecność miarowym odgłosem kroków w korytarzu, których nasłuchują w przerażeniu baron i Fritz, monstrum raptem staje w drzwiach tyłem do kamery i obraca się z wolna, ukazując swoje posępne oblicze, którego bladość i kanciastość uwydatnia jeszcze ostre, kontrastowe światło. Potem następuje puenta w postaci odseparowanego montażem zbliżenia potwornej twarzy, po czym kreatura rusza leniwie w stronę coraz bardziej przerażonych bohaterów, zasłaniających się płonącą pochodnią... Scena ta, sfilmowana bez słów, właściwie w konwencji kina niemego, doskonale streszcza ideę filmu: świeżo ożywiony potwór to tabula rasa; idzie ku ludziom bez intencji, popychany jedynie dziecięcą ciekawością... i zostaje potraktowany pochodnią. Jego pierwsze doznanie w kontakcie ze światem to ból, a pierwsza reakcja – złość.

Malowniczość ekspresjonistycznej wizji nie uchroniła jednak "Frankensteina" od wad. Przede wszystkim szkoda, że Whale nie jest w zapożyczonej stylizacji konsekwentny: niektóre sceny dialogowe rozczarowują, szczególnie na tle pozostałych, anachroniczną reżyserią. Ponadto całość obciążona jest teatralną statycznością, która może zdawała egzamin w "Drakuli" Browninga, gdzie wprowadzała dostojny, "arystokratyczny" rytm – tutaj jednak nie ma żadnego uzasadnienia. W sumie film jest nierówny i tylko kilka momentów dorównuje klasą wspomnianemu pierwszemu wejściu monstrum: początkowa scena pogrzebu, ożywianie zwłok w burzliwą noc, śmierć dziecka z rąk potwora – a przede wszystkim finałowa sekwencja nocnego polowania z pochodniami, na tle sztucznego pejzażu, która do dziś porusza dramatyzmem i urzeka pięknem wizualnym.

Już choćby dla nich warto znać ten film. Jednak przez liczne formalne niedociągnięcia ten najsłynniejszy horror wszechczasów arcydziełem nie jest. Te niedostatki w pełni zrekompensuje Whale w genialnym sequelu: "Narzeczona Frankensteina" (1935) nie tylko przebije oryginał, ale też uzupełni go myślowo.

Screeny

HO, FRANKENSTEIN HO, FRANKENSTEIN HO, FRANKENSTEIN HO, FRANKENSTEIN HO, FRANKENSTEIN HO, FRANKENSTEIN HO, FRANKENSTEIN HO, FRANKENSTEIN HO, FRANKENSTEIN

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ absolutny klasyk; film, który trzeba znać;
+ Boris Karloff w roli monstrum;
+ znakomita charakteryzacja monstrum;
+ ekspresjonistyczna oprawa wizualna.

Minusy:

- teatralna statyczność niektórych scen;
- kilka nieścisłości scenariusza;
- dziś już nie szokuje tak jak kiedyś;
- film zdecydowanie nierówny.

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Ciekawostki:

Zobacz ciekawostki do filmu

DVD:

Zobacz recenzję wydania DVD

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -