Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Uczta na cześć biskupa Teodora

Michał Galczak

Tłusta dłoń mężczyzny spoczęła lubieżnie na pośladkach jednej ze służebnic nakrywających do stołu. Książę Vaargu, namiestnik zamku nad Ciemnym Jeziorem, oblizał usta i uśmiechnął się pod nosem. Aż stęknął z podniecenia, dokazując z dziewką. Opuścił palce na jej uda i ścisnął, śliniąc się przy tym obficie. Niewiasta poczerwieniała zawstydzona i próbowała umknąć w bok. Ręka mężczyzny wprawnym ruchem przytrzymała kobiecą kibić. Spomiędzy zębów namiestnika wyrwało się upominające warknięcie.
- Wybaczcie, panie! - Zaczęła przepraszać wystraszona służka. Posłusznie poddała się zachciankom swego pana. Mężczyzna jeszcze przez chwilę zabawiał się jej ciałem, nie bacząc na obecność pozostałych kobiet, krzątających się przy ogromnym stole. I one unikały spojrzeń w stronę lubieżnego namiestnika. Po kilku minutach książę znudził się obmacywaniem.
- Precz! - Burknął, odpychając ją od siebie. Dziewczyna zaczęła poprawiać ściągnięte do połowy ubranie i czym prędzej, ze łzami w oczach, zniknęła za drzwiami dla służby.
- Berga! Do mnie! - Zagrzmiał donośny głos namiestnika.
Niemal natychmiast przez główne wejście wkroczył do sali potężnie zbudowany mężczyzna, odziany w skórzany pancerz. Wszedł sprężystym, cichym krokiem, bacznie zerkając kątem oka na osoby znajdujące się w przestronnej komnacie. Zbliżył się do fotela, na którym siedział namiestnik. Skłonił się nieznacznie, acz z oddaniem, przytrzymując przypasany do boku smukły miecz.
- Panie - rzekł cicho.
Władca przeciągnął się leniwie i stęknął. Odrzucił połę aksamitnego płaszcza, powiódł wzrokiem po uwijających się służkach, po czym nachylił się do Bergi, opierając jedną dłoń na udzie, a drugą przywołując kolejną wypatrzoną dziewczynę. Kobieta zmieszała się, lecz pokornie odstawiła tacę z kielichami i ruszyła w stronę namiestnika.
- Wszystko gotowe? - Zapytał mężczyzna leniwie cedząc słowa.
- Tak, panie - odparł żołdak.
Książę mlasnął z zadowoleniem.
Przyciągnął do siebie zgrabne dziewczę o kasztanowych włosach, niemal wrzucając je sobie na kolana. Młódka posłusznie poddała się dłoniom swojego pana. Mężczyzna mruczał i sapał z zadowolenia. Berga karnie nie zauważał jego poczynań. Trwał na baczność przy fotelu namiestnika, wbijając wzrok w jemu tylko widoczny punkt. Wiedział, że nie wolno mu tak po prostu odejść. Zbyt długo był na służbie, by z tak błahego powodu sprowadzać na siebie gniew władcy. Stał więc, jakby nic nie widział i nie słyszał.
- Komnaty dla klechy przygotowane? - Stęknął namiestnik, zajęty lubieżnymi poczynaniami.
- Gotowe, panie - krótko odparł Berga i spojrzał na ułamek sekundy w stronę władcy.
Przez tę krótką chwilę zdołał dojrzeć niemal całkowicie rozebraną dziewczynę, która z przerażonym wzrokiem znosiła błądzące po jej ciele łapska księcia. Rozerwana suknia trzymała się jedynie na biodrach nieszczęsnej. Berga natychmiast odwrócił głowę.
- Na dworze zmierzch już?
- Vaargu zaczynał się powoli nudzić tłamszonym w dłoniach ciałem. Warknął z pogardą i odepchnął dziewczynę, która potoczyła się prawie pod sam stół.
- Zmierzch... panie... - odparł żołdak podążając wzrokiem za upadającą panną.
- To i dobrze. - Ucieszył się nieznacznie namiestnik. - Wyjdę na zewnątrz, osobiście gościa przywitam...
Westchnął ciężko i powoli podniósł się z siedziska. Drewniane poręcze stęknęły pod naporem zwalistego cielska. Ciemnoczerwony płaszcz księcia zafalował poruszony.
- A ty idziesz ze mną - zakomenderował Vaargu, mijając Bergę.
Żołnierz skinął głową i ruszył w ślad za swym panem. Opuścili komnatę przy wtórze głośnego echa kroków. Sponiewierana dziewczyna zdążyła naciągnąć na siebie postrzępione ubranie i teraz wolno podnosiła się z podłogi. Nad nią stanęła ogromna postać przełożonej służebnych dziewek. Gruby głos ponaglił krótkimi słowami:
- Zbieraj się z podłogi, wywłoko i marsz do kuchni!

Vaargu dudnił obcasami o kamienną posadzkę korytarza. Mijał filary, wyglądając co chwilę na dziedziniec, po którym przy blasku pochodni krzątała się służba przygotowująca zamek na przyjazd gościa - biskupa Teodora - luminarza kościelnego z sąsiedniego księstwa Kalwacji. Duchowny był starym znajomym księcia. Nieraz ucztowali razem, a ich spotkania cieszyły się dwojaką sławą. Dobrą - bo biesiady wystawiane przez dygnitarzy słynne były z przepychu i dostatku, a złą - bo nigdy nie było wiadomo, co im może podczas ucztowania przyjść do ugotowanych od nadmiaru trunku głów. Zarówno po Kalwacji, jak i po Gerionie krążyły opowieści, być może w większości zmyślone, opiewające wyuzdane sceny rozgrywające się na spotkaniach biskupa i księcia. Tym razem okazją do spotkania były kolejne urodziny gościa. Uczta wyprawiana była specjalnie na jego cześć.
Książę patrzył, jak przy okiennicach uwijają się chłopcy ze służby i przyozdabiają mury kwiatami bzu i liśćmi winorośli. Kilku z nich zamiatało plac, a reszta znosiła do kuchni półtusze, kiełbasy ze spiżarni, lub przetaczała beczki z winem. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem i kątem oka zerknął za siebie, nieznacznie odwracając głowę.
- Jesteś tam, Berga? - Spytał jakby od niechcenia.
- Jestem, panie - natychmiast odpowiedział mu posłuszny głos.
- Dobrze...
Władca wychylił się przez balustradę i spojrzał na nocne niebo. Okrągły księżyc pławił się w białoszarych, postrzępionych chmurach, co jakiś czas wyłaniając się zza nich i pokazując w całej swej dostojności. Mężczyzna wciągnął mocno powietrze.
- Zbliża się... - wymamrotał, wolno wydychając zawartość płuc.
Istotnie, w oddali, na trakcie prowadzącym do zamku Vaargu dało się słyszeć cichy stukot końskich kopyt.
- Berga... - rzekł książę nieco głośniej.
- Po powitaniu zaprowadzisz biskupa do jego komnaty i dopilnujesz, by nikt mu nie przeszkadzał aż do biesiady.
Jak go znam, będzie chciał wypocząć i zwlecze się z posłania dopiero przed samą ucztą. Zrozumiałeś?
- Tak jest, panie - odparł żołdak.
- Możesz więc na razie odejść... - mruknął namiestnik.
Mężczyzna posłusznie odwrócił się i ruszył z powrotem w stronę sali biesiadnej.
- Czekaj! - Zawołał za nim Vaargu.
Berga natychmiast podbiegł do swojego pana.
- Przyprowadzisz mu kilka dziewek, wybierzesz jakieś ze służby... – rozkazał, nadymając tłuste policzki. - Tylko bierz takie, które będą posłuszne!
Służący skinął głową.
- Zrozumiałem, panie.
- Jedną, albo lepiej dwie poślij też do mojej komnaty. Niech tam na mnie czekają...


Powóz wiozący biskupa Teodora wtoczył się na dziedziniec zamku. Kopyta rozpędzonych koni zastukały o kamienną posadzkę, a od murów zamku odbiło się głośnym echem rżenie rumaków i ich przyspieszone oddechy. Tuż za powozem pojawiła się eskorta wielebnego, składająca się z dwunastu postawnych żołnierzy. Każdy z nich ubrany był w stalowy hełm, błyszczącą kolczugę i zarzucony na nią płaszcz, z fioletowymi motywami na brzegach. Powóz się zatrzymał i natychmiast jeden z woźniców ruszył do drzwiczek.
- Panie... - Mężczyzna ukłonił się nisko, podstawiając pod wyjście drewniane schodki.
Po chwili z wnętrza karety wyłonił się olbrzymi człowiek, spowity w kosztowne, obszerne szaty. Sosnowy podnóżek stęknął i zatrzeszczał pod ciężarem biskupa, lecz wytrzymał. Łysina dygnitarza błysnęła w blasku światła pochodni.
- Wielebny Teodorze z Uvres! - Zawołał z przejęciem Vaargu, wychodząc na przywitanie gościa przez wielkie, okute czarnym żelazem wrota. - Witam w progach mego skromnego zamku!
- Ach, szanowny książę! - Pisnął w odpowiedzi uradowany duchowny.
Namiestnik zmierzał ku niemu z szeroko rozłożonymi ramionami. Teodor z Uvres pokonał drewniane stopnie podnóżka i ruszył w stronę księcia. Mężczyźni padli sobie w ramiona i serdecznie ucałowali się w policzki.
- Witaj, drogi przyjacielu! - Mniej oficjalnie powitał gościa władca zamku.
- Witaj ponownie, towarzyszu! - Ze wzruszeniem odparł biskup, ściskając mocno szerokie ramiona namiestnika.
- Dawnośmy się nie widzieli, Teodorze. - Vaargu odsunął się od duchownego i przyjrzał mu się uważnie.
- Oj dawno, dawno. Chyba ze cztery miesiące minęły od naszego ostatniego spotkania!
- Zaiste! Zgadza się! Pamiętam to spotkanie. Było w jednym z opactw twej diecezji. Zdaje się, że było to Crouchet...
- Zgadza się!
- Ach, jakeśmy wówczas dokazywali! – Wzruszył się książę.
- Do dziś zakonnicy wspominają z przestrachem tamtą ucztę, mój drogi przyjacielu.
- Ha, ha, ha! A to dobre! - Huknął głośno Vaargu. - Poczciwiny z nich, ot co!
Mężczyźni ryknęli gromkim śmiechem. Po chwili między filarami pojawił się Berga. Książę dojrzał go kątem oka.
- Pewno strudzony jesteś drogą, przyjacielu. Komnata dla ciebie już przyszykowana. Mój służący zaprowadzi cię do niej, byś mógł odpocząć przed ucztą. - Rzekł do biskupa, po czym odwracając się w stronę balkonu zagrzmiał:
- Berga! Do mnie!
Żołnierz bezszelestnie pojawił się przy swym panu. Vaargu położył ciężką dłoń na ramieniu służącego.
- To Berga, powinieneś go pamiętać... Mój zaufany podwładny. Wskaże ci twoją komnatę.
Żołdak skłonił się nisko przed gościem.
- Pozwolisz, panie, że pójdę przodem, by cię poprowadzić.
- Rzekł prostując się z ukłonu.
Biskup łaskawie skinął głową i udał się w ślad za przewodnikiem. Ruszyli w stronę schodów prowadzących na balkon. Weszli na górę i zaczęli mijać kolejne pokoje zamku. Balkon otaczał całą wieżę i po chwili mężczyźni znaleźli się po zewnętrznej stronie muru, tuż nad samym Ciemnym Jeziorem. Jego czarne wody połykały nawet najmniejszy promień światła.
Nie było w nich widać nawet odbicia jasno świecącego księżyca. W mroku nocy majaczył daleki brzeg, a na nim korony gęsto rosnących sosen. Gdzieś z głębi lasu rozległo się przejmujące wycie. Wilki zaczynały właśnie swój koncert, jak zawsze podczas pełni. Melodyjne dźwięki rozbrzmiewały, niesione echem w ciemności. Przemknęły nad taflą jeziora i dotarły do uszu biskupa i stojącego tuż obok Bergi. Dygnitarz wciągnął chłodne powietrze w płuca i przymknął oczy. Wsłuchany w głosy wilków, z uśmiechem na twarzy odwrócił się do wojaka.
Przechylił głowę na ramię i uniósł ręce, lekko podrygując w nieporadnym tańcu.
- Słyszysz je, przyjacielu? - Spytał szeptem.
Berga niepewnie przytaknął.
- Ach, to Dzieci Nocy! Posłuchaj ich! - Kontynuował wielebny. - Jakże piękną pieśnią nas dziś raczą! Czyż nie?
Oczy biskupa błysnęły czerwienią spod wpółprzymkniętych powiek. Usta wygięły się w nienaturalnym uśmiechu, obnażając rząd długich i ostrych jak brzytwa kłów. Berga cofnął się nieznacznie do tyłu.
- Tak jest, panie - przyznał, pochylając głowę. - Zaprawdę wspaniała pieśń.
Biskup sycił uszy dźwiękami płynącymi z drugiego brzegu jeziora. Dopiero po minucie, może dwóch otrząsnął się z uniesienia. Oczy wróciły do normalnego wyglądu, a zęby na powrót przybrały ludzkie wymiary. Od schodów zbliżała się grupka chłopców niosących kufry podróżne luminarza z Uvres. Właściciel bagaży zarzucił do tyłu płaszcz i stanął wyprostowany przed Bergą.
- Gdzie moja komnata? - Spytał, jak gdyby nigdy nic.

Berga z uczuciem ulgi przyjął trzask zamykanych drzwi. Towarzystwo biskupa wwywoływało w nim trwogę. Oparł się plecami o kamienną ścianę i starł z czoła z kropelki potu. Próbował opanować drżenie rąk. Udało się dopiero po kilku głębszych oddechach. Pamiętał opowieści o spotkaniach biskupa i swego pana. Na kilku z nich był i wiedział, że nie wszystkie plotki dotyczące ekscesów obydwu dostojników były przesadzone.
Miał złe przeczucia co do zbliżającej się zabawy.

Uczta rozpoczęła się wniesieniem na tacach pieczonego drobiu. Usługujące dziewki sprawnie podawały półmiski z dymiącymi kapłonami i ustawiały je na stole. Prócz biskupa Teodora namiestnik zaprosił na swój zamek kilkoro pomniejszych książąt, którzy przybyli w towarzystwie swoich dam. Wino wędrowało do kielichów, a stamtąd do gardeł biesiadników. Na stole stawiano kolejne potrawy. Kiełbasy, sery, pieczone prosięta. Uśmiechy zagościły na twarzach zebranych. Kapela grajków przygrywała skoczną melodię. Podpici panowie zaczynali chełpić się swym męstwem, nie zapominając jednocześnie wychwalać zacności gospodarza i wspaniałości jego dostojnego gościa. Rozochocone panny rzucały zalotne spojrzenia na zebranych kawalerów. Omijały nimi namiestnika, ale ten nie zwracał na to w ogóle uwagi. Miał przynajmniej dwa tuziny kobiet posłusznych na jedno jego skinienie. Vaargu siedział rozparty na dębowym siedzisku i uważnie przypatrywał się zebranym gościom. Łaskawie odpowiadał na toasty i wciąż zachęcał ucztujących do zabawy. Wraz z upływającym czasem twarze gości robiły się coraz bardziej czerwone, a języki plątały się coraz częściej. Zdrowie biskupa wznoszono właśnie po raz dwudziesty, gdy nagle coś zaczęło się zmieniać, zarówno w wyglądzie gospodarza, jak i głównego gościa biesiady. Ich powłoki zdawały się falować, niczym kręgi rozchodzące się na wodzie. Twarze wydłużały się, przyoblekając fizjonomię wilczych pysków. Głośny gruchot zgiął kręgosłupy namiestnika i dygnitarza, rzucając ich na podłogę i nakazując czworonożną postawę. Salę wypełnił przeraźliwy śmiech obu mężczyzn, przeplatany jękami cierpienia i bólu. Kilka dziewcząt krzyknęło z przerażenia, inne od razu rzuciły się do ucieczki. Uczestnicy biesiady odsunęli ławy, na których siedzieli i dobyli mieczy. Straż zamkowa, dotychczas karnie stojąca pod ścianami, zniknęła ze swoich posterunków, zamykając za sobą drzwi.
Książę Vaargu odrzucił puchar, który potoczył się szerokim łukiem po posadzce. Biskup odepchnął fotel, na którym do niedawna siedział i zwinnym susem wskoczył na stół. Ostre kły rozerwały dziąsła mężczyzn i wybiły się z ich szczęk, połyskując złowrogo w świetle pochodni. Na podłogę spłynęły strużki śliny kapiącej z ust księcia i jego zacnego gościa. Ich oddechy przyspieszyły i wnet przerodziły się w dyszenie i charkot. Bogate szaty opadły obok właścicieli, a zastawiona stołami sala po chwili zamieniła się w miejsce krwawej rzezi. Biesiada zmieniła tylko swój charakter.
Pierwsze ofiary zostały brutalnie pozbawione rąk i głów. Oddzielone od tułowia zakrwawione czerepy potoczyły się pod ścianę. Kilka niewiast zemdlało na ten widok. Panowie z mieczami w dłoniach ruszyli na wilkokształtne postacie. Twarz tego, który dobiegł do księcia jako pierwszy, w ułamku sekundy została zmieniona w czerwoną miazgę. Vaargu kłapnął paszczą i pozbawił śmiałka gardła, rozlewając dookoła krew nieszczęśnika. Biskup również nie próżnował. Dopadł dwóch zbrojnych książąt i silnymi ciosami pazurów rozpłatał im klatki piersiowe. Zdziwieni bohaterowie nie zdołali wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Opadli na kolana, brocząc krwią i bezgłośnie poruszając ustami. Pozostali przy życiu goście zbili się w gromadę i wycofali w przeciwległy róg sali. Mężczyźni niepewnie wysunęli się do przodu, chroniąc kobiety. Dwa ogromne wilki zbliżały się do nich, stąpając na tylnych łapach. Wściekłość, jaka malowała się na ich pyskach, odebrała książętom resztki odwagi. Upuścili oręż i wyciągnęli przed siebie ręce, zasłaniając się przed bestiami.
Donośne wycie wypełniło przestronną komnatę. Grzbiety potężnych zwierząt naprężyły się, a łapy ugięły, gotowe do skoku. Oczy wilkołaków błysnęły morderczym spojrzeniem, a spomiędzy ostrych zębów ściekała różowa ślina. Zwłoki ofiar stygły, wygięte w nienaturalnych pozach. Za plecami bestii mignął przez moment niewyraźny kształt, zwinnie przemykający między filarami. Stworzenia nie wyczuły go i małymi krokami zbliżały się do gromady wystraszonych ludzi, osaczając ich w kącie sali. Ciemna postać wyłoniła się z ukrycia i doskoczyła do biskupa, nacierając na niego z obnażonym sztyletem. Srebrna klinga błysnęła w świetle świec i ugodziła potwora. Bolesne wycie wypełniło przestrzeń sali i ciało wilkołaka padło na podłogę, wijąc się w paroksyzmie bólu. Zamachowiec nie zdążył uskoczyć przed atakiem Vaargu i skończył z rozerwanym gardłem, dogorywając na stole, obok zimnego już udźca sarny. Do uszu stojących za drzwiami strażników jeszcze przez kilkanaście minut dobiegały krzyki bólu, rozpaczy i wołania o pomoc. Potem rozległ się głośny skowyt, który odbił się od kamiennych murów i koron drzew i poszybował w noc.

Ogromny niedźwiedź spoglądał na leżącego martwym wzrokiem. Wielkie, co najmniej dwumetrowe zwierzę stało wiecznie gotowe do ataku, z wyszczerzonymi kłami i uniesionymi w górę, potężnymi łapami. Mężczyzna przetarł zaspane oczy i dźwignął się na posłaniu. Potężne ciało dygnitarza zatrzęsło solidnym łożem. Próbował przechylić się i sięgnąć po kielich z wodą, ale powstrzymał go silny ból w okolicach brzucha. Mężczyzna syknął i opadł na plecy. Nabrał powietrza w płuca i przemagając ból, z całej siły krzyknął:
- Wody!
Po chwili na korytarzu rozbrzmiały pospieszne kroki służby i do komnaty biskupa wbiegła młodziutka, niespełna czternastoletnia służka. Wniosła ogromny dzban z wodą. Chciała dopełnić zawartość kielicha, lecz zorientowała się, że był pełen.
- No dalej, pomóż mi - stęknął ciężko mężczyzna.
Dziewczyna zadrżała, wystraszona. Niepewnie odstawiła dzban i złapała oburącz metalowy kielich.
- Nie bój się... - burknął Teodor. - Słaby jestem, nic ci nie zrobię. Daj mi się napić.
Pewniejszymi już ruchami młódka podeszła do łóżka i przysiadła na jego brzegu. Pochyliła się nad biskupem i przytknęła kielich do ust mężczyzny. Ten wypił łapczywie i zażądał repety. Skończyło się na sześciu pełnych kielichach. Dygnitarz westchnął z ulgą i mlasnął.
- Jak ci na imię? - Spytał od niechcenia.
- Elżbieta, panie...
Biskup pokiwał głową.
- Powiedz no mi więc, Elżbieto, jak się udała uczta? Nic bowiem nie pamiętam, a chciałbym wiedzieć, co zaszło. Głowa mnie boli, z czego wnioskuję, że przez nasze gardła przelać się musiało morze wina...
Twarz dziewczyny pokryła się rumieńcem, a ona sama odwróciła się, uciekając przed wzrokiem księdza.
- Nie wiem, panie. Nie było mnie wtedy na zamku... - odparła wymijająco.
Biskup zamruczał coś pod nosem i ze złością uderzył pięścią w poduchę.
- Nie jesteś mi już więc dłużej potrzebna! - Krzyknął gwałtownie, aż dziewczyna podskoczyła.- Zawołaj tu swego pana. Poproś, żeby do mnie przyszedł!
Elżbieta skłoniła się nisko i natychmiast zniknęła za drzwiami. Po kilku minutach na korytarzu zadudniły kroki księcia, a w chwilę potem w komnacie biskupa pojawił się Vaargu. Zamknął za sobą drzwi i stanął pośrodku przestronnego pomieszczenia. Nieznacznie się uśmiechał, lecz jego twarz zdradzała oznaki zaniepokojenia i zatroskania.
- Jak się czujesz, drogi przyjacielu? - Namiestnik poluźnił zapięcie płaszcza i złapał się pod boki.
- Straszliwie boli mnie głowa... i brzuch... - z pełną cierpienia miną odparł Teodor.
- Nic dziwnego - skwitował Vaargu. - Po tym, co się wydarzyło...
- Zupełnie niczego nie mogę sobie przypomnieć - pokręcił głową biskup. - Ten bok... straszliwie mnie piecze...
Książę westchnął ciężko i usiadł na krześle.
- Ledwoś z życiem uszedł, drogi księżulu... - rzekł przyciszonym głosem.
Klecha otworzył szeroko oczy ze zdziwienia.
- Jakże to? - Spytał z niedowierzaniem.
- A tak, żeś ostrzem ze srebra został pchnięty, gdyśmy ucztowali! - Wyjaśnił Vaargu.
Biskup zamyślił się, przypominając sobie przebieg biesiady.
- To by tłumaczyło moją amnezję... - dedukował.
- Oj, ciężko z tobą było.. - westchnął namiestnik. - Ciężko...
Teodor w zamyśleniu przygryzł dolną wargę.
- Któż mnie ugodził? I czemu, do licha ciężkiego? - Zdziwił się, odwracając głowę do księcia. Ten wzruszył ramionami.
- Mało to na nas czyha ludzi? Po wsiach na pewno powtarzają sobie wszystko, co im służba z zamków donosi. Niedużo trzeba, by któryś z mężów, braci, czy ojców w zemście się na nas targnął... Nie zapominaj też, że i krwiopijce na nas dybią.
- Rozumiem, że straże pojmały zamachowca... - Biskup uczepił się palcami rękawa koszuli Vaargu.
- Jak najbardziej... - przytaknął namiestnik.
- Dobrze... Już ja się z nim porachuję... Kto to taki?
Książę westchnął głęboko. Cmoknął z zakłopotaniem.
- Mój „zaufany” sługa... - wyznał ze wstydem. - Berga...
Biskup z dezaprobatą pokręcił głową.
- Zaufany... Dobre sobie! Uważaj lepiej, komu ufasz, przyjacielu, bo ani się obejrzysz, jak któryś z twoich zaufanych ludzi odrąbie nam głowy! Gdzie jest ten parszywiec?
- Nie żyje. Rozszarpałem go zaraz po tym, jak cię ugodził sztyletem - mruknął Vaargu.
Ksiądz załamał ręce.
- To i zemścić się nie będę mógł... – jęknął. - Nic to jednak! Ważne, że nie żyje. Ale czyś pamiętał, by ściąć mu łeb i przebić pierś zaciosanym kołkiem?
Namiestnik spojrzał na przyjaciela ze zdziwieniem.
- Oczywiście - odparł krótko.
Biskup skinął z zadowoleniem głową.
Książę powstał i ruszył w stronę drzwi. Zatrzymał się jeszcze na środku komnaty i uśmiechnął się sam do siebie.
- Ale tak soczystej uczty jak ta jeszcze chyba nie mieliśmy...

Dwa dni później przyjaciele żegnali się na dziedzińcu zamku, przy blaskach pochodni. Biskup siedział już w powozie i zamieniał ostatnie słowa z namiestnikiem.
- Przyjechałeś nocą i nocą odjeżdżasz. Wybacz takie pożegnanie, lecz doszły do mnie słuchy, że z kilku zamków ruszyli tu delegaci, aby upomnieć się o swoich książąt... Nie chciałbym, byś był świadkiem, a co dopiero obiektem ich poselstwa. - Vaargu mówił przyciszonym głosem.
- Będziesz miał kłopoty...
- Żadnych! - Zaprzeczył książę. - Boją się mnie. Wystarczy, że huknę, a będą potulni, niczym owce!
- Dobrze to - skwitował biskup.
Namiestnik kiwnął ręką na konnych rycerzy, czekających przy stajni. Ci ruszyli posłusznie w jego stronę.
- Do granic Kalwacji będziesz miał moją eskortę, na wypadek, gdyby któremuś z bardziej zuchwałych kmiotków przyszło do głowy coś… niewłaściwego.
- Czy to są... zaufani ludzie? - Spytał niepewnie klecha.
- To pewni ludzie - stwierdził z przekonaniem Vaargu.
Biskup uśmiechnął się szeroko.
- Kiedy znów się spotkamy? - Spytał wodząc końcem języka po czubkach zębów.
- Niebawem, przyjacielu. Niebawem… - odparł namiestnik.
- Tym razem zapraszam do siebie, do Uvres. W przyszłym miesiącu mają u mnie gościć wysłannicy z Mauretanii. Inny klimat, inna kultura, inny smak...
Książę rozłożył szeroko ramiona.
- Więc przybędę z całą pewnością! - Zawołał radośnie.
Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie i po chwili powóz ruszył, a w ślad za nim podążyła książęca eskorta.
- Do zobaczenia niebawem! - Biskup machnął jeszcze ręką z okna pojazdu.
- Do zobaczenia! - Książę odwrócił wzrok na dziewczynę, która w pośpiechu zanosiła brudne obrusy do praczek. Oblizał się, smakując oczami jej ciało. Zerknął na niebo i uśmiechnął się na widok okrągłej tarczy księżyca. Kręgi w karku mężczyzny poruszyły się i zatrzeszczały. Z przyjemnością poddał się nadchodzącej przemianie.
- Póki co, mamy jeszcze na szczęście pełnię... - warknął z rozkoszą.

Teodor z Uvres z zafascynowaniem patrzył na księżyc. Od strony zamku usłyszał głośne wycie, które mile pogłaskało jego uszy.
- Ach, Dzieci Nocy... - westchnął rozmarzony.
Rozkazał zatrzymać wozy i przywołał do siebie jednego z ludzi z eskorty, po czym opadł na podłogę powozu i zmieniając postać, czekał przyczajony na ofiarę.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -