Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Koło histerii

Kazimierz Kyrcz Jr
Dawid Kain

- Przepraszam, czy to pańskie dzieci? – spytała stewardessa, uśmiechając się sztucznie i mrużąc oczy, jakby została porażona zbyt jasnym światłem.
Czy to mój blask sparaliżował jej mięśnie, że wykrzywiła usta w ten patologiczny grymas, w to nienaturalne... wygięcie? Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego. Czyż na przestrzeni dziejów zaistniał ktoś ważniejszy ode mnie? Nie licząc Führera, rzecz jasna, uczniowie nie powinni przecież uzurpować sobie boskości mistrzów. A co z pozostałymi czeladnikami w kuźni talentów Adolfa Hitlera? Same miernoty, niezdolne do podjęcia jakichkolwiek działań. I to kiedy? Podczas wojny, gdy odważne posunięcia są nie tyle pożądane, co wręcz niezbędne. Nie, nie, nie! Gdy tylko o nich pomyślę, dostaję mdłości...
Tymczasem stewardessa nadal gapiła się na mnie.
Ach, racja, dzieci!
- Wracajcie na swoje fotele – nakazałem im stanowczo.
Moje słodkie bliźnięta, aniołki o błękitnych oczach i niemal białych włosach. Jawohl! Meine kleine Übermenschen! A wszyscy znajomi, nawet Brigadeführer Clauberg, powtarzali, że nie uda mi się, że żadne z nich nie przeżyje etapu eksperymentów. Idioci! Czystość jest zawsze osiągalna! Nawet jeśli byłbym zmuszony wytępić każdego gówniarza w Auschwitz, dopiąłbym swego. Ach, dla tych bystrych oczu i nordyckich rysów twarzy nie żałuję żadnej nieudanej próby!
Usiadłem obok bliźniaków i pogłaskałem je po blond loczkach.
Nieczyści nigdy nie położą na was swoich łap. Już ja tego dopilnuję!


Celem naszej podróży była Ameryka Południowa - kontynent, który dał już schronienie wielu prześladowanym. Tam będę miał warunki, by kontynuować badania, będę mógł stworzyć laboratorium na miarę moich potrzeb. W chylącej się ku upadkowi Europie było to niemożliwe. Nie dość, że polowano na mnie jak na jakąś bestię w ludzkiej skórze, a pismaki z różnych szmatławców okrzyknęli mnie Aniołem Śmierci, to jeszcze... Co za umysłowa płycizna! Byłem i jestem przede wszystkim Demiurgiem, Twórcą Nowej Rasy i Nowego Porządku, który wkrótce nastanie.
Na razie muszę jednak skupić się na tym, co tu i teraz. Dzieciaki, którym nadałem imiona Ewa i Adam (to zrozumiałe, wszak pochodzę z katolickiej rodziny), stawały się coraz bardziej niespokojne. Pomimo tego, że były doskonałe w każdym calu, miały pewne, hmmm... kłopotliwe upodobania, które mogłyby niepotrzebnie zwrócić na nas uwagę.
Wyjąłem z kieszeni cukierki z morfiną i wręczyłem obojgu. Wkrótce drzemały, przytulone do siebie niczym bliźnięta syjamskie.
Zerknąłem za zegarek – dochodziła dziewiętnasta. Do zakończenia lotu zostały dwie godziny. Poczułem parcie na pęcherz. Cóż, pomimo tego, że jestem kimś wyjątkowym, nieobce mi są ograniczenia typowe dla zwykłych śmiertelników. Adam i Ewa spali w najlepsze, uznałem więc, że mogę na chwilkę zostawić ich bez nadzoru.
Nie cierpię wąskich, ciasnych pomieszczeń. Rozumiem, że w samolocie nie ma miejsca na większe toalety, ale tutaj można było się udusić.
Załatwiałem potrzebę, opierając się plecami o ścianę i myśląc o tym, że gdy moje plany zostaną zatwierdzone przez polityków, w samolotach powstaną nowe toalety dla Nadludzi, gdzie będzie więcej powietrza, czystości i przestrzeni. Tak, tak – przestrzeń życiowa we wszystkich formach, przestrzeń we wszystkich przejawach codzienności, lebensraum, jawoooooohl, leeeeebeeeeeensraum!!!
Myjąc dłonie, mimowolnie zapatrzyłem się w swoje odbicie w lustrze.
Dlaczego jestem taki piękny? I taki mądry? Czemu jestem tak wybitnym naukowcem? Czemu jestem największym geniuszem współczesności?
Westchnąłem, roniąc łezkę za Führera. Wodzu, ja cię nie zawiodę! Jeśli mnie słyszysz, a jestem przekonany, że słyszysz, wiedz, że Nowa Rasa jest już nie tylko marzeniem, nie jest jedynie naszym projektem na Przyszłość. Jest faktem. Tak, dokonało się. Twoja Święta Misja, o Wielki Przodowniku Ludzkości, trwa nadal, kontynuowana przez Tytanów takich jak ja!
Übermenschen über alles!


Podchodząc do naszych foteli zauważyłem, że Adam właśnie się budzi.
W kącikach ust zebrała mu się piana.
- Nie denerwuj się, Adamie – szepnąłem. – Zgładzimy nieczystych, ale jeszcze nie teraz. Śpij, najdroższy, śnij o Auschwitz, śnij o lepszym świecie.
Zamknął oczy. Oddychał bardzo ciężko. Nic dziwnego: musiał wdychać to samo powietrze, co podludzie! Dławił się ich smrodem!
Och, moje biedactwo! Że też ja i moje dzieci zostaliśmy wystawieni na tak ciężką próbę! Mein Gott! Kiedyś było zupełnie inaczej…
Pamiętam ten szczęśliwy dzień, gdy trafiłem na ich matkę – samicę w ciąży, z brzuchem tak wielkim, że z równym powodzeniem zamiast iść mogłaby toczyć się jak walec. Rano, przy śniadaniu, Oberscharführer Wilhelm Boger dał mi cynk, że po południu będzie nowy transport Cyganów z Rosji. „W samą porę”, pomyślałem, niezmiernie zadowolony.
Akurat zaczynało mi brakować obiektów do badań – parszywe bydło, któremu poświęcałem tyle czasu i energii, padało jak muchy. Z nudów, nie mogąc skoncentrować się na niczym szczególnym, na ostatnim z moich podopiecznych dokonałem operacji zmiany płci. Zmieniłem Aleksandra w uroczą dziewczynkę. Szkoda, że Aleksandra nie podzielała moich zachwytów.
Nie, to nie – do przybycia transportu zostały jeszcze trzy godziny, więc dla rozrywki przyszyłem Aleksandrze siusiaka z powrotem. Oczywiście bez znieczulenia, zresztą i tak już nie żyła.
Obojnak wyglądał bardzo podniecająco. Miałem ochotę uświęcić jego zwłoki, napełnić to śliczne ciałko moim ożywczym nasieniem. Wystarczyło, bym uniósł tę małą, jędrną pupcię i… Powstrzymałem się jednak. Wokół kręciło się zbyt wielu tępaków, którzy mogliby opacznie zrozumieć mój czyn. Ach, co za głupcy! Jedynym celem ich nędznej egzystencji było ograniczanie mojej twórczej euforii!
Po zabiegu wziąłem kąpiel, odświeżyłem się i przebrałem w elegancki garnitur. No cóż, nawet w takiej dziczy trzeba dbać o siebie. W końcu wykształcenie zobowiązuje.
Stanąłem na rampie, obserwując tłuszczę wysypującą się z wagonów. Widząc te tłumy zastanawiałem się, ile gazu trzeba będzie zmarnować, by wytłuc to plugastwo. Uważnie przyglądałem się więźniom, próbując z ich masy wyłowić osobniki, których mógłbym użyć do moich badań na zagadnieniem bliźniactwa, fizjologią i patologią skarlenia.
Nic. Nic. I znowu nic... Chciało mi się wyć z żalu nad niemożnością posunięcia do przodu moich eksperymentów.
Wtedy ją zauważyłem. Szła na szarym końcu, podtrzymywana przez zwiędłego kościstego starca. Niby nic szczególnego, cygańska samica, jakich wiele. A jednak... Moje oko fachowca od razu rozpoznało przypadek ciąży mnogiej.
Idealny obiekt. No, może nie idealny, ale na pewno się przyda.
Mój asystent odciągnął ją od dziadka, który urządził iście melodramatyczną scenę rozpaczy. Nie mogłem na to patrzeć – by skrócić jego męki skierowałem go do pierwszej grupy zdążającej do komory gazowej. Dziwiłem się potem mojej wielkoduszności. Nie ma chyba dnia, bym nie zaskakiwał samego siebie.
Idąc z Cyganką do laboratorium, w myślach przeliczałem dawki surowicy, które trzeba będzie zaaplikować, by jej łono zamiast chwastów wydało plon w postaci Nadludzi... Czy panaceum zadziała jak należy? Nie chcę, żeby znowu urodziły się paskudztwa pozbawione kończyn czy obdarzone elfimi uszami.
Moje obawy nie były bezpodstawne – w wyniku wcześniejszych doświadczeń rodziły się straszliwe monstra. Choćby ta dziewczynka, której twarz zarosła przezroczystą błoną. Jej oczy, nos i usta były ukryte pod skórą. Ubawił mnie setnie widok niemowlęcia, które nie może płakać, bo… nie ma czym. Jednakże to szkaradztwo zmarło w ciągu kilkunastu sekund. Dopiero wtedy uzmysłowiłem sobie, że nie miało też jak oddychać.


Ekwador. Niewielki kraj, prowincja prowincji, dziura zabita dechami, ale właśnie o to chodzi, by nikt nas tu nie szukał.
Wysiadamy z samolotu...
Poza Europą, wreszcie poza Europą, wreszcie poza zasięgiem ścigających nas mend. Och, co za radość! Zbrzydł mi już Stary Kontynent, którego nazwa – jak sądzę – wzięła się z zacofania i skrajnego, prostackiego, idiotycznego konserwatyzmu, którego wyznawcami są jego mieszkańcy. Tamtym narodom po prostu brakuje empatii. Nie potrafią zrozumieć, że nie wszyscy są równi, że są jednostki rasowo lepsze. Nie przyjmują do wiadomości słów mistrza Nietzschego: „Zaprawdę człowiek jest czymś, co powinno być przezwyciężone”. W kółko biadolą o stratach! Jakich stratach? – pytam! Przecież najpierw trzeba zniszczyć stare, by na jego gruzach stworzyć Nowe!
Schodzimy po schodach. W grupie kilkudziesięciu pasażerów nie wyróżniamy się niczym szczególnym. Wiele, doprawdy wiele wysiłku kosztowało mnie doprowadzenie do tego, byśmy tak właśnie wyglądali...
Pilnuję, by Ewa i Adam nie zawieruszyli się, i – choćby przez przypadek - nie wykręcili mi żadnego psikusa.
Lotnisko nie jest duże. Składa się z paru pasów startowych, hangarów i budynku administracji, pełniącego jednocześnie rolę poczekalni i punktu sprzedaży biletów. Biorę naszą walizkę, po czym idę z dziećmi na postój taksówek. Wyboru praktycznie nie ma – podchodzę do jedynego samochodu, wobec którego można żywić nadzieję, że dokądkolwiek dojedzie.
Taksówkarz okazał się niezwykle miłym starszym panem, biegle mówiącym po niemiecku. Przypominał mi nieodżałowanego Gruppenführera Richarda Glücksa, który zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Jednak choćby miał powierzchowność mojego własnego ojca i był uczynny niczym anioł stróż, po zawiezieniu nas pod wskazany adres musiał umrzeć.
Poprosiłem go, by zaparkował na wprost bramy kamienicy, która niby to była celem naszej podróży. Gdy wysiadaliśmy z samochodu mrugnąłem do Ewy, dając jej znak, że ma przystąpić do działania. Uśmiechnęła się ledwie dostrzegalnie. Taksówkarz wyciągnął z bagażnika walizkę i położył ją na chodniku. Zapłaciłem mu żądaną kwotę, dorzucając spory napiwek.
Ewa poczekała, aż facet znów zasiądzie za kierownicą, po czym podeszła do niego z wahaniem, niby to przezwyciężając dziewczęcą nieśmiałość, i powiedziała drżącym ze zdenerwowania głosikiem, że chce dać panu buzi na „do widzenia”. Nieświadomy zagrożenia taksówkarz odwrócił się, by objąć dziewczynkę. Przywarła do niego z całych sił i wpiła się ostrymi jak brzytwy zębami w odsłoniętą szyję mężczyzny. Sekundę później odskoczyła, a z przegryzionej tętnicy chlusnęła krew.
Jeśli chodzi o szybkie załatwianie spraw, Ewa jest niezawodna.
Przeniosłem ciało taksówkarza na tylne fotele, po czym zająłem jego miejsce.
Ruszyliśmy w dalszą drogę.


Z rampy zaprowadziłem Cygankę prosto do laboratorium. Tam własnoręcznie zrobiłem jej zastrzyk uspokajający. Uspokajający tak mocno, że właściwie powinienem go nazwać usypiającym, a może nawet paraliżującym.
Potem moi ludzie położyli ją na łóżku i unieruchomili za pomocą skórzanych pasów.
Jeden z pomocników, Węgier Niklós, był tak podniecony, że zacisnął pasy zbyt mocno i „pacjentce” zaczęły sinieć dłonie. Dopiero, gdy skarciłem go kilkoma uderzeniami pejcza, pojął że nie należy przesadzać.
Ta samica była dla mnie zbyt ważna. Nie chciałem, by przez nadgorliwość Niklósa zgniły jej kończyny, tak jak to się stało w kilku wcześniejszych przypadkach.
Otworzyłem chłodnię, szukając pojemnika, w którym przechowywałem ampułki z surowicą. Przy okazji rzuciłem okiem na słoje z płodami. Było tam kilka pięknych okazów. Stworzenia, u których mózg stanowił niemal połowę masy ciała. Cyklopi. Płody z dwiema, a nawet trzema głowami. Dziewczynka z macicą w szyi. Obojnak, na którego kręgosłupie wytworzyły się kostne wypustki, które, gdyby płód przetrwał poród, po pewnym czasie prawdopodobnie przekształciłyby się w skrzydła.
No i moje ulubione cudeńko – dzieciak, który zamiast twarzy miał wielkie usta, pełne drobnych jak u aligatora zębów. Taki mały żarcik z popadających w zbytnią żarłoczność mieszkańców Europy. Jaka szkoda, że dziecko było tak głodne, że odgryzło sobie rękę i wykrwawiło się na śmierć...
Napełniłem strzykawkę 25 mililitrami surowicy.
Wbiłem igłę w ramię Cyganki i wcisnąłem tłoczek.
Na razie tyle powinno wystarczyć.


Dzięki niezrównanemu geniuszowi Führera jeszcze w listopadzie czterdziestego czwartego rozpoczęto prace nad projektem „Przystań”. Chodziło o stworzenie tajnego kompleksu badawczo-obronnego, w którym kierownictwo Partii mogłoby przeczekać kilka lat do chwili, gdy nasi naukowcy opracowaliby broń umożliwiającą odrodzenie Wielkiej Rzeszy i przywrócenie jej dominującej pozycji w świecie.
W dżungli, jakieś 40 kilometrów od Quito, wydrążono wielkie wzgórze, upodabniając je do gigantycznego kretowiska. Niestety, gmatwanina ukrytych wewnątrz tuneli, połączonych z owalnymi pomieszczeniami, które miały służyć za kwatery i laboratoria, w przeważającej większości pozostała pusta. Zdobycie Berlina i podpisanie przez zdrajców aktu kapitulacji nie pozwoliło na sfinalizowanie projektu. Jednak, znając położenie „kretowiska”, postanowiłem tam właśnie kontynuować swe eksperymenty. Ku chwale nieomylnego Führera!
Przejeżdżamy właśnie przez Quito. Miasto jakich wiele, choć w przewodnikach określa się je jako jedno z najpiękniejszych i najbogatszych kulturowo świadectw Epoki Inków.
Ciekawe, co powiedzieliby starożytni Inkowie widząc to, co ja teraz - tłoczące się po obu stronach ulicy salony fryzjerskie i kawiarnie, sklepy z tandetną odzieżą, meblami i szkłem. Gdzie podziały się ich ideały, wielkość, religia?
Minęliśmy bogato zdobione pałace i kościoły, by niepostrzeżenie zagłębić się w dzielnicę biedoty. Smród, głód i ubóstwo. Mein Gott! Jak można żyć w takich warunkach?! Odetchnąłem z ulgą dopiero w chwili, gdy upewniłem się, że cały ten szajs zostawiliśmy za sobą.
Godzinę po tym, jak minęliśmy rogatki Quito, pozwoliłem dzieciom na krótki odpoczynek. Były tak wygłodzone, że z trudem wysiadły z auta. Przypomniałem im, by usunęły zwłoki taksówkarza, a sam zająłem się studiowaniem mapy.
No cóż, do „kretowiska” nie da się dojechać bezpośrednio. Będziemy musieli ukryć taksówkę (a może lepiej spalić ją dla zatarcia śladów?), potem zaś pokonać mniej więcej pięciokilometrowy pas dżungli.
Ewa ze swojej krótkiej wycieczki przyniosła węża, na którym dla zabawy związała dwa supły. Adaś nie był od niej gorszy – przywlókł ścierwo młodego jaguara, któremu parę minut wcześniej przetrącił kark.
Upomniałem dzieci, że nie pochwalam marnowania czasu na głupoty, ale przyznam szczerze, w głębi duszy byłem z nich dumny.


Przedzieranie się przez dżunglę nie należało do najprzyjemniejszych etapów naszej podróży, ale poradziliśmy sobie nadspodziewanie dobrze. Kiedy stanęliśmy u podnóża wzniesienia, które na najbliższe lata miało stać się naszym domem, przemknęło mi przez myśl, jakie to niesprawiedliwe, że będziemy musieli mieszkać z dala od cywilizacji, kultury i sztuki. Zaraz jednak przywołałem się do porządku – wszak życie nie jest ani uczciwe, ani nieuczciwe, ono po prostu jest. Poza tym żadne poświęcenie nie jest zbyt wielkie, o ile pozwoli doprowadzić do tego, by z powierzchni ziemi zniknęli wszyscy, którzy niegodni są miana ludzi.
Adam został na czatach, a ja i Ewa wąskim przejściem przecisnęliśmy się do wnętrza jaskini. Widząca w ciemnościach dziewczynka bez najmniejszych problemów odszukała ukryty wśród sterty kamieni właz. Zgodnie z instrukcją przekręciłem tarcze zabezpieczającego go zamka, skonstruowanego na wzór tych, które bronią dostępu do sejfów, po czym zawołałem Adama i cała nasz trójka weszła do „kretowiska”.
Zatęchłe powietrze najdobitniej świadczyło o tym, że to miejsce nie jest użytkowane. Wewnątrz panował chłód i niczym niezmącona cisza. Dopiero, gdy ruszyliśmy przed siebie łagodnie opadającym tunelem, korytarz ożył odgłosami naszych kroków. Idąc tak w głąb schronu, czułem się jak w łodzi podwodnej – uwięziony setki metrów pod powierzchnią. Czy aby na pewno nie utoniemy? By zwalczyć te niegodne prawdziwego Niemca obawy zanuciłem fragment opery Wagnera, ulubieńca Führera i mojego.


W zasadzie nie mieliśmy problemów aprowizacyjnych – dziesiątki tysięcy konserw z różnymi produktami, poczynając od mięsa, warzyw, a kończąc na czarnym kawiorze, zapewniały nam strawę całkiem znośną w smaku. Z tym, że dzieci jak to dzieci – domagały się urozmaicenia i rozrywki. Pchane wilczym apetytem wyruszały nocami na łowy.
Nieraz znikały na całe godziny, a potem wracały usmarowane posoką. Gdy patrzyłem
na te słodkie, niewinne buźki, było mi ich żal. Wiedziałem jednak, że trzeba utrzymywać dyscyplinę. Jeżeli dzieci polowały na tubylców, mogło to wzbudzić nadmierne zainteresowanie lokalnych władz. Chcąc nie chcąc, zabroniłem Adamowi i Ewie wypraw na zewnątrz „kretowiska”.
Pomimo tego w głębi duszy wiedziałem, że mnie nie posłuchają – miały przecież Wolną Wolę. Wszak sam Bóg przykazał swym dzieciom zostawić w spokoju owoce z Drzewa Wiadomości Dobrego i Złego, i co? Nic to nie dało. Byłem równy Bogu, a może nawet potężniejszy, ale obawiałem się, że historia się powtórzy. Że Ewa wyrwie jabłko Adama z krtani jakiegoś zera, a potem pożre je, sprowadzając na nasze karki tych-którzy-zawsze-wtykają-nos-w-nie-swoje-sprawy. Cóż, pozostawało mieć nadzieję, że tak się nie stanie...


Mijały kolejne lata wytężonej pracy. Dzieci rozwijały się nader szybko, wkrótce osiągając pełną dojrzałość. Mimo że Adam i Ewa byli rodzeństwem, wiedziałem, że stali się także kochankami. I oto właśnie chodziło! Tylko ze związku dwojga Nadludzi mógł narodzić się przedstawiciel Nowej Rasy!
Czas upływał mi na czytaniu „Mein Kampf” i badaniach. Moim celem było stworzenie mieszanki, która wstrzyknięta do macicy ciężarnej kobiety, byłaby w stanie zmienić każdy płód w absolutnie czystego i ze wszech miar pięknego Übermenscha.
Wszystko szło dobrze, aż do tamtego feralnego dnia…
Zbliżała się północ. Nie mogąc zasnąć, udałem się do laboratorium zlokalizowanego na najniższym poziomie „kretowiska”. Byłem już w jego przedsionku, gdy gdzieś w górze rozległ się odgłos stłumionej eksplozji. Komandosi! Nie namyślając się długo, zawróciłem i pobiegłem z powrotem – tunelem wyściełanym zielonkawym materiałem (był to ulubiony kolor Führera). Oczywiście zdawałem sobie sprawę z tego, że atak komandosów obliczony jest przede wszystkim na zlikwidowanie dzieci. Wciąż je tak nazywałem, choć osiągnęły już pełnoletniość, a Ewa była w piątym miesiącu ciąży, nosząc w sobie pierwszego przedstawiciela nowej, wspaniałej rasy Nadludzi. Musiałem je obudzić i ukryć! Ukryć gdziekolwiek, byle z dala od bezlitosnych zabójców!
Od dziecięcego pokoju dzieliły mnie jeszcze dwa poziomy, kiedy usłyszałem zwielokrotnione echem odgłosy wystrzałów. Resztką sił przyspieszyłem. Ostatni zakręt...


W tunelu unosi się dym i woń krwi. Wejście do sypialni dzieci zaścielają poszarpane trupy komandosów. Parujące flaki, wyprute wnętrzności, kałuże krwi. Z trudem panując nad obrzydzeniem, z pulsem dudniącym w skroniach, przekraczam tę niby-barykadę. Ze ścian i sufitu zwisają szkarłatne kawałki skóry i strzępy skalpów – jakby pomieszczenie było wnętrzem stwora, który linieje od środka.
Widać, że dzieci dzielnie walczyły. Jednak, jak dla mnie, to marne pocieszenie, bo... Boże! Adam i Ewa spoczywają obok siebie na podłodze, jak kochające się małżeństwo, złączone przez śmierć.
Moje dzieci! Moje biedne dzieci! Me serce pękło i rozpadło się na milion ostrych kawałków. To nie może być prawda, to zbyt okrutne!
Czemu mi to uczynili, przeklęci barbarzyńcy?! Czemu...?
Nieczyści zniweczyli mój genialny plan, niszcząc w zarodku Nową Rasę! Maluczcy plątali się pod nogami Wielkich, jak wtedy w Auschwitz, i ponownie doprowadzili do ich upadku! Zgliszcza – tyle zostało z moich planów, stygnące ciała Adama i Ewy, stygnące łono mej jedynej córki, która miała wydać na świat... Ale, ale! Czy na pewno jest już za późno?!
Wyjąłem z kieszeni skalpel i rozpłatałem brzuch Ewy. Zanurzyłem dłonie w jej wnętrznościach, ach, co za ulga, wciąż była ciepła, więc jest jeszcze szansa! Pod spodem, tak, pod spodem jest macica, miękka w dotyku, jak atłas, mięsny pojemnik na skarb - dojrzewającego Nadczłowieka, tak, tak, rozprujemy to, jawohl!, i teraz wbijemy palce w miękki środek, Führerze, mam nadzieję, że duchem jesteś przy mnie w tej Wielkiej Chwili... O, jest! Wewnątrz! Mój Übermensch! Jaki on malutki. Nie większy od dłoni, która wznosi się przy wtórze radosnego „Sieg heil!”, padającego z ust Wiernych Sług Rzeszy.
No już, kochanie, tatuś cię utuli. Dobrze, że jesteś! Ale dlaczego dzieciak jest taki czarny?! Gdzie biała skóra i niebieskie oćka, ocienta, i jasne włoski, włośki, włosienta?!
Co to ma być? Murzyn?!
Uniosłem płód w górę i stało się dla mnie oczywiste, że wcale nie popełniłem błędu, nie dopuściłem do stworzenia Murzyna! On po prostu zgnił! Ale dlaczego, skoro był Czysty?! Jak mogło do tego dojść?!
Rzuciłem płodem o ścianę, na której zostawił czerwony ślad, jak nasiąknięta krwią szmata, a potem ześlizgnął się na podłogę.
Nieprzytomny z rozpaczy zawyłem: - Führerze, mój Führerze, czemuś mnie opuuuuuuuuuuściiiiiiiiiiiiiiił?!!!




Horror Online 2007 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

Second Life forum