Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Piwnica

Adrian Skowroń

Tak. To tutaj. Mieszkanie nr 7. Wyjąłem z kieszeni klucz, który dostałem od dozorcy. Szczęknął stary zamek. Drzwi otworzyły się z piskiem, a moje nozdrza zaatakował zapach stęchlizny i kurzu. Wszedłem do środka zamykając drzwi za sobą i opierając się o nie plecami. Zlustrowałem wzrokiem starą kanapę, czarno-biały telewizor i biblioteczkę ze śladową ilością książek. A więc to zapewne pokój gościnny. Zaraz też wybrałem się na mały rekonesans po pozostałych dwóch pokojach. Kuchnia i sypialnia nie prezentowały się najlepiej, ale i tak były w dużo lepszym stanie niż salon. Wróciwszy do głównego pomieszczenia usiadłem na kanapie, wzbijając przy tym tumany kurzu. Obok siebie położyłem torbę podróżną z najniezbędniejszymi przedmiotami codziennego użytku.
A więc tak mieszkał mój wujek… i ja również tak pomieszkam, zanim dostanę pierwszą wypłatę. Swoją drogą zakrawa na żart, że ja, student archeologii, muszę pracować w masarni. Koszmar! Ale nie ma co narzekać, śmierć wujka spadła mi jak z nieba. We Wrocławiu naprawdę trudno o mieszkanie tak blisko centrum. A jak tylko dorobię się większej sumy w tej obrzydliwej robocie, będę mógł kontynuować studia.
Rozległo się pukanie do drzwi. Wstałem z kanapy, otrzepując tyłek z kurzu i otworzyłem. To był pan Wiesław, dozorca kamienicy. Poznałem go kilkanaście minut wcześniej.
– Dzień dobry, panie Robercie. – Dozorca uniósł lekko swój spłowiały kaszkiet.
Nastała chwila krępującego milczenia. Najwyraźniej pan Wiesław oczekiwał ode mnie podobnego powitania. Po kilku sekundach odezwał się ponownie:
– Klucza żem zapomniał panu dać. – Wcisnął mi go w rękę dodając: – Do kibelka, znaczy się. Wie pan, jakby pana przycisło, albo cuś…
– Wiem, do czego służy toaleta – odparłem lodowato. – To wszystko?
– Tak, wszystko. Do widz… – resztę wypowiedzi dozorcy zagłuszył trzask zamykanych przeze mnie drzwi.
– Do kibelka… – parsknąłem i wsadziłem klucz do kieszeni.

Następne trzy godziny zeszły mi na doprowadzeniu mieszkania do stanu używalności. Kiedy wykonałem to niezwykle trudne zadanie, zasiadłem przed telewizorem z piwem w dłoni i począłem się z satysfakcją delektować skomplikowaną warstwą fabularną jakiejś gównianej opery mydlanej (wujek miał tylko jeden kanał, na którym tego typu seriale leciały w kółko). Muszę przyznać, że po czwartym piwie zaczęła mnie ona nawet interesować i z tępym zaciekawieniem począłem oglądać, jak Don Fernando zdobywa serce swej wybranki. Ale były jaja, gdy okazało się, że wybranka serca Don Fernanda jest tak naprawdę transwestytą, a w dodatku jego bratem bliźniakiem!
Zabawa zabawą, ale po pewnym czasie poczułem znajomy ucisk w okolicach pęcherza. W tym momencie uznałem za wielką niesprawiedliwość fakt, że jedyna toaleta w dwupiętrowej kamienicy znajdowała się na parterze.
Żeby ulżyć pęcherzowi musiałem przejść cały korytarz i schody. Kibel był zajęty. Tragedia! Musiałem czekać dwie minuty tupiąc nogami i trzymając się za krocze. Wreszcie usłyszałem szum spłukiwanej wody. Drzwi otworzyły się i ze środka wyszedł pan Wiesław. Kiedy się do mnie uśmiechnął, byłem pewien, że go za moment rozwalę. Na jego szczęście zew natury był silniejszy i wpakowałem się do ubikacji cedząc pod nosem przekleństwa.
Opuściłem ów przybytek odczuwając wielką ulgę. Koło toalety cały czas stał dozorca.
– Zboczony pan jest, czy co?! – wydarłem się na niego.
– Co? Eee… – pan Wiesław wydawał się być nieco zaskoczony moim wybuchem. – Nie, nie! Ja tylko muszę dopilnować, żeby zamknął pan drzwi do ubikacji. No bo tu czasami przychodzą takie żule z ulicy, żeby skorzystać.
– I pan tu tak cały cholerny dzień stoi?!
– Nie. Nie muszę stać. Mam mieszkanie naprzeciw kibla.
Wzdrygnąłem się na myśl o dozorcy obserwującym przez judasza każdą moją wizytę w toalecie… Trzymającym w dłoni stoper odliczający mój czas siedzenia na sedesie… Notującym to wszystko w grubym kajecie…
Z dezaprobatą pokręciłem głową i już miałem się udać w kierunku schodów, gdy zobaczyłem stare, zbutwiałe drzwi w głębi korytarza.
– Dokąd prowadzą? – zapytałem wskazując na nie palcem.
Dozorca drgnął dziwnie i nerwowo spojrzał mi w oczy.
– Tam jest tylko piwnica. Nic ciekawego. Po prostu stara piwnica.
– Aha. A dlaczegóż to nie dostałem do niej klucza?
– Bo… eee… – Pan Wiesław wyjął z kieszeni chusteczkę i przetarł spocone czoło. – Bo to tylko piwnica… tylko… nikt tam nie wchodzi… w środku są stare graty…
– I to ma być powód nie dostarczenia mi klucza? – drążyłem, widząc coraz większe zdenerwowanie mego rozmówcy.
– Ja… to znaczy… – Dozorca zaczął wycofywać się w kierunku mieszkania. – Porozmawiamy o tym jutro, dobrze? Dobranoc! – rzucił, zatrzaskując drzwi.
Stałem przez chwile w bezruchu zastanawiając się, co też mogło tak wystraszyć tego starego pryka. W końcu pchany ciekawością, podszedłem do gnijących piwnicznych wrót. Pan Wiesław nie kłamał, rzeczywiście nikt ich od dawna nie używał – kąty niszy, w której się znajdowały, były niemal niewidoczne od brudnoszarych pajęczyn, a w promieniu metra od samych drzwi na podłodze leżała gruba warstwa kurzu. O ile brak ochoty mieszkańców do wchodzenia do środka mogłem jeszcze zrozumieć, to brak ochoty do sprzątania w pobliżu wejścia do piwnicy był już dla mnie niepojęty.
Dotknąłem delikatnie brudnej, chropowatej powierzchni drzwi. Zapukałem kilka razy nasłuchując echa po drugiej stronie. Kiedy nic takiego nie usłyszałem, rozbiegłem się i uderzyłem w nie z całej siły prawym barkiem. Nawet nie drgnęły. Jedynym efektem był pulsujący ból w okolicach ramienia. Zakląłem cicho i wróciłem do mieszkania.

* * *

O godzinie czwartej następnego dnia obudziło mnie brzęczenie budzika – jeden z najbardziej przeze mnie znienawidzonych dźwięków na świecie. Stęknąłem cicho wyrwany z koszmaru o Don Fernandzie, który co chwila odkrywał, że ktoś w jego otoczeniu jest transwestytą, by po chwili z przerażeniem stwierdzić, że on sam nim jest. „Nigdy więcej oper mydlanych!” – przyrzekłem sobie. Wyjrzałem przez okno. Było jeszcze całkiem ciemno. Ubrałem się, zjadłem śniadanie i wyszedłem z mieszkania. Kiedy zszedłem po chodach, zauważyłem, że wejście do piwnicy jest otwarte. W środku było ciemno. Zdawało się wręcz, że mrok wylewa się zza progu na podłogę korytarza.
Nagle z ciemności wyłonił się pan Wiesław, przebierając w dłoniach kluczami. Był czymś wyraźnie zdenerwowany, bo zauważył mnie dopiero, gdy zamknął drzwi na kłódkę i obrócił się.
Staliśmy chwilę w milczeniu, gapiąc się na siebie. To musiało wyglądać debilnie.
– Dzień dobry – mruknąłem.
Pan Wiesław wystrzelił jak z procy w stronę swojego lokalu i zniknął mi z pola widzenia. Kilka sekund później wychylił głowę zza framugi i odpowiedział „dzień dobry”. Po czym zamknął się w mieszkaniu.
Debil, pomyślałem, choć nie miałem w zwyczaju obrażać staruszków, choćby nie wiem, jak zdziwaczali byli. Pan Wiesław zwyczajnie działał mi na nerwy.
Co on trzyma w tej cholernej piwnicy? Bimber pędzi? Zwłoki zakopuje? Czci Szatana?
Postanowiłem zbadać to kiedy indziej. I tak byłem spóźniony.

Wracając z pracy spotkałem przed wejściem sąsiadkę – panią… Jadwigę? Józefę? Niech to szlag. Trochę potrwa, zanim nauczę się tych wszystkich imion. Musiało więc wystarczyć „dzień dobry”, a po zauważeniu jej targanych w dwóch torbach zakupów „mogę pani pomóc?”
– Bardzo pan miły, panie Robercie – uśmiechnęła się serdecznie.
Miała około sześćdziesiątki, ale nie wyglądała na zasuszoną babinkę, która spędza popołudnia dziergając serwetki.
Podała mi torby. Kurde… jak stare babcie są w stanie nieść coś tak ciężkiego? Ledwie udało mi się wnieść zakupy do środka, ale nie dałem tego po sobie poznać. Całe szczęście, mieszkała na pierwszym piętrze. Wspinanie się na schody z tymi tobołami było nie lada wyzwaniem. Stanąłem przed drzwiami z numerem trzy, podczas gdy pani na „J” szukała kluczy. W końcu je znalazła i po krótkiej walce z zamkiem, drzwi stanęły otworem.
– Dziękuję, panie Robercie. W moim wieku wniesienie takich ciężarów na górę nie jest łatwe.
W moim wieku – też, pomyślałem.
– Może wejdzie pan chociaż na herbatę? – zapytała dobrotliwie.
– Nie, nie. Dziękuję. Nie chciałbym przeszkadzać. – Zamachałem rękoma w jakimś dziwacznym obronnym geście.
– Nie będzie pan przeszkadzał. I tak rzadko mam okazję z kimś porozmawiać. Proszę, niech pan wejdzie chociaż na chwilę.

Niski poziom asertywności zaprowadził mnie do mieszkania. Pani na „J” postawiła na stoliku dwie herbaty i talerzyk z ciastkami. Standard.
– I jak się panu podoba kamienica? Poznał pan już kogoś? – zaczęła.
– Taaak… Pana Wiesława. – Pokręciłem głową z uśmiechem. – On zawsze jest taki… osobliwy?
– Rzeczywiście, może się wydawać trochę dziwny przy pierwszym kontakcie. Ale to dobry człowiek. Opiekuje się panem Zawadzkim spod szóstki.
– Zawadzki? – powtórzyłem nowo usłyszane nazwisko. Najwyraźniej mieszka obok mnie, ale nie miałem do tej pory okazji go zobaczyć.
– Tak, pan Zawadzki mieszka tu chyba najdłużej z nas wszystkich. Zaraz po wojnie się wprowadził. Jest inwalidą, więc to dobrze, że ktoś mu pomaga..
– Co takiego mu dolega?
– Stracił rękę. Jeszcze na wojnie.
Chyba powinienem był w tym momencie powiedzieć, jakie to straszne, ale średnio mnie ruszał wypadek sprzed sześćdziesięciu lat.
Później rozmowa zeszła na parafialny monolog o nowym księdzu, który ma pojutrze przyjechać, o żulach-bezbożnikach pijących pod kościołem i podobnych bzdurach. Wytrzymałem godzinę.
Ubierając buty w przedpokoju postanowiłem zadać pani na „J” jeszcze jedno pytanie. Uznałem, że może chociaż ona będzie w stanie rzucić nieco światła na nurtującą mnie kwestię.
– Co pan Wiesław trzyma w piwnicy? – zapytałem niby mimochodem, wiążąc sznurówki.
Cisza.
Oczywiście – wszyscy coś, kurwa, wiedzą, ale nikt mnie nie wtajemniczy. Za kilka sekund usłyszę jakieś kłamstwo.
– Wie pan, nigdy tam nie byłam, a mieszkam tu już z dziesięć lat. Pan Wiesław trzyma tam pewnie węgiel albo ziemniaki. – Wzruszyła ramionami.
Jasne. I schodzi od czasu do czasu ich doglądać. Litości, kobieto.
– No, tak. To wszystko wyjaśnia. – Starałem się być przekonujący. – Dziękuję za herbatę. Do widzenia.

Tej nocy poszedłem spać późno. Był prawie weekend i nie chciałem zbyt szybko kończyć zwyczajowej piątkowej imprezy w doborowym towarzystwie – swoim i zgrzewki piwa.

* * *

Następnego dnia obudziło mnie pukanie do drzwi. Była sobota, więc niespecjalnie uśmiechało mi się zrywać z łóżka. Wyjrzałem przez judasza. Zakląłem cicho. Na korytarzu stała pani na „J”. Ubrałem szybko spodnie, żeby kobiety na niepotrzebne podniety nie narażać i otworzyłem z przemiłym „dzień dobry”.
– Dzień dobry, panie Robercie. Przepraszam, że ja o tak wczesnej porze, ale mam do pana pewną sprawę…
– Śmiało. – Ziewnąłem. Nie mogłem się powstrzymać. Chyba nie uznała tego za nietakt.
– Czy mógłby pan dzisiaj od czasu do czasu zajrzeć do pana Zawadzkiego? Wie pan… zobaczyć, czy w czymś mu może pomóc…
Zmarszczyłem czoło i potarłem brew.
– Czy to nie jest przypadkiem robota dla pana Wiesława? – zapytałem, starając się nie być nieuprzejmym.
– No, właśnie nigdzie go nie mogę znaleźć. Mieszkanie otwarte, ale od wczoraj nie ma go w środku. Mam nadzieję, że nic mu się nie przytrafiło…
– Właściwe… dlaczego pani sama nie może się zająć panem Zawadzkim?
– Mamy dzisiaj mnóstwo pracy w kościele. Jutro przyjeżdża nowy ksiądz i…
– W porządku – zakończyłem mało interesujący mnie fragment. Od początku rozmowy wiedziałem, że będę dzisiaj skazany na pana Zawadzkiego. Opór był bezcelowy.
– Słucham? – Pani na „J” najwyraźniej była przyzwyczajona do długich debat i wybiłem ją z rytmu.
– Zajrzę do niego od czasu do czasu.
– Dziękuję, panie Robercie! Złoty z pana człowiek. Zupełnie, jak świętej pamięci wuj. Do widzenia.
Gdyby wujek był złoty, to już dawno mieszkałbym w willi za miastem. Ważył przecież ze 150 kilogramów. Darowałem sobie jednak tę uwagę i pożegnałem kobiecinę skinieniem.
Zamknąłem drzwi.
– Oj, kurwa, kurwa, kurwa… – jęknąłem przeciągając się. Ten pieprzony dzień zapowiadał się po prostu prze-cud-nie.

Wybrałem się do pana Zawadzkiego dopiero po południu. Nie widziałem potrzeby niańczenia od samego rana faceta, którego jedynym defektem jest brak ręki. Pewnie bardziej potrzebował towarzysza do rozmów, więc przyjąłem potakująco-cierpliwą postawę. Zapukałem w drzwi jego mieszkania. Coś przesłoniło światło judasza. Czułem się nieswojo wiedząc, że stoi po drugiej stronie i lustruje mnie wzrokiem. Tym bardziej, że trwało to dobre piętnaście sekund. W końcu raczył mi otworzyć.
W progu stał nieco przygarbiony, ale zadziwiająco zadbany staruszek. Spodziewałem się raczej zgorzkniałego, zmęczonego życiem osobnika, od którego aż bije aura ogólnej irytacji. Pan Zawadzki wyglądał zaś na dziadzia, który zawsze ma w kieszeni cukierki. W istocie – jego prawa ręka kończyła się na wysokości łokcia. Niżej zwisał tylko pusty rękaw. Ale jakoś niespecjalnie rzucało się to w oczy.
– Proszę, panie Robercie. – Uśmiechnął się i wskazał ręką wnętrze pomieszczenia. – Co za miła niespodzianka.
Nie chciałem się nawet zastanawiać, skąd wie, że to akurat ja jestem tym, o kim mówił, skoro nigdy się nie widzieliśmy. Widać plotkarstwo zostało opanowane w tej kamienicy do takiej perfekcji, że plastyczność opisów doskonale oddawała rzeczywistość. Za kilka dni wszyscy pewnie będą znali wzorki na moich majtkach…
Wszedłem do środka, prowadzony przez pana Zawadzkiego do pokoju gościnnego. Zgodnie z poleceniem usiadłem na starej wersalce. W tym czasie pan Zawadzki krzątał się po kuchni.
– Może w czymś pomóc? – zapytałem, przypomniawszy sobie o jego kalectwie.
– Daj spokój, chłopcze. Nie mam tylko jednej ręki – zaśmiał się. – Kawy czy herbaty?
– Kawy – odrzekłem. – Jeśli to nie problem – dodałem po chwili.

Wkrótce siedzieliśmy przy kawie – ja na wersalce, a pan Zawadzki na wysłużonym fotelu.
– Wojna – mruknął, patrząc na mnie i podnosząc kikut.
Niezupełnie wiedziałem, jak zareagować.
– Wybuch? – zapytałem, choć wydało mi się to zaraz potwornie kretyńskie.
Pokręcił głową z uśmiechem.
– Eksperyment.
– Eksperyment?
Pan Zawadzki chwycił zębami za mankiet i podwinął w ten sposób rękaw. Uniósł rękę na wysokość moich oczu. Na gęsto owłosionym przedramieniu widać było lekko rozmyte cyfry. 25785.
– Był pan w obozie…
– Obozie? – zarechotał chrapliwie. – Byłem w Piekle, które ktoś dla niepoznaki nazwał Auschwitz. Słuchaj, chłopcze. Coś ci opowiem. W czterdziestym czwartym ja i mój brat trafiliśmy do Oświęcimia. Pewnie skończylibyśmy w piecu, gdyby nie pewien szczegół. Byliśmy bliźniętami jednojajowymi.
– To była jakaś różnica dla Niemców?
– Mówi ci coś postać doktora Mengele?
Zacisnąłem powieki próbując sobie przypomnieć.
– Josef Mengele… Tak, tak… Przeprowadzał eksperymenty genetyczne w Oświęcimiu. – Otworzyłem oczy. – No, tak… Bliźnięta.
Pan Zawadzki uśmiechnął się półgębkiem.
– Dokładnie. Doktor Mengele. „Anioł Śmierci”, jak go nazywano. Wybrał mnie i mojego brata z transportu. Sądziliśmy, że nam się poszczęściło. Jakże się myliliśmy… Trzymali nas z innymi parami bliźniąt osobno. Co jakiś czas wchodził żołnierz i zabierał jedną parę, której potem więcej nie widzieliśmy. W końcu padło na mnie i mojego brata. Dobrze pamiętam ten dzień. Mengele przyszedł po nas osobiście. Był czymś bardzo podniecony. Mówił coś do siebie po niemiecku, ale nie rozumiałem ani słowa. Zabrał nas do laboratorium i – panu Zawadzkiemu załamał się głos – wstrzykiwał nam codziennie przez tydzień jakieś świństwo. Ucierpiała na tym moja ręka. Kilka dni później udało mi się uciec.
– A pański brat?
Pan Zawadzki spojrzał w jakiś nieistniejący punkt obok mnie.
– Mojemu bratu się nie udało.
– Przepraszam. Nie wiedziałem – tłumaczyłem się.
– W porządku, chłopcze. – Przeszył mnie wzrokiem. – Tak naprawdę, to myślę, że wyszedł na tym dużo lepiej ode mnie.
– Przecież stracił pan tylko rękę. I świetnie sobie bez niej radzi – przyznałem
Patrzył na mnie jeszcze przez chwilę. Nigdy wcześniej nie czułem się tak nieswojo.
Następnie wstał z fotela i podszedł do okna, obracając się do mnie tyłem. Na zewnątrz było bardzo jasno, więc widziałem tylko zarys jego sylwetki. I kurz… miliardy drobinek kurzu tańczących na strunach światła.
– Eksperymenty pana doktora zwykle kończyły się dla ludzi śmiercią – oznajmił, odwijając rękaw w którym znajdowało się jego prawe ramię. – Ale nie dla mnie. Nie dostąpiłem tej łaski. Zresztą… Demony wojny nie umierają nigdy.
I wtedy… Nie wiem, czy potrafię to opisać… Z jakimś dziwacznym tępym cmoknięciem z jego ramienia zaczęła się odchylać reszta ręki. Jak w scyzoryku. Pokraczne, obrzydliwe chude przedramię zaczęło się wyprostowywać z miejsca, gdzie – jak sądziłem – znajduje się tylko ucięta na wysokości łokcia pozostałość ręki. Wyglądało, jak zniekształcona gałąź obumarłego drzewa. Konar zakończony pięcioma długimi szponiastymi wypustkami.
Pan Zawadzki obrócił ku mnie profil. Na twarzy miał dziwaczny, krzywy uśmiech.
– Niezbyt miły widok, prawda, panie Robercie?
Kręciło mi się w głowie. W uszach słyszałem jakiś piskliwy dźwięk. Czułem w przełyku smak soków trawiennych.
– Chryste… – wyszeptałem. Odruchowo przyłożyłem dłoń do ust.
– On nie ma z tym nic wspólnego. Jak powiedział mi pewien niemiecki żołnierz zaraz po przyjeździe do Auschwitz: „Boga tu nie ma”. I może mi pan wierzyć, panie Robercie – nie było.
Wstałem z fotela zataczając się lekko. Opierając się o meble i szepcząc w kółko pod nosem „Chryste… Chryste… Chryste…” dotarłem do drzwi. Resztką przytomności udało mi się wziąć w rękę buty. Wyszedłem na korytarz. Zgiąłem się wpół i głośno zwymiotowałem. Stare zielone linoleum, którym wyłożona była podłoga stało się tłem abstrakcyjnego obrazu z moich trzewi. Wycierając dłonią usta pognałem do siebie. Przez drżące palce długo nie mogłem trafić kluczem w zamek.
Kiedy w końcu mi się udało, zamknąłem je za sobą i oparłem się, ciężko dysząc. Osunąłem się powoli na podłogę. Siedziałem tak z szeroko otwartymi oczami i zaciśniętymi pięściami przy ustach. Nasłuchiwałem dźwięków z korytarza. Nic nie było słychać.
Nic… nic… nic…
Kroki.
Ktoś się zbliżał. Stanął przy drzwiach.
– Nie chciałem cię przestraszyć, chłopcze – powiedział Zawadzki.
Natychmiast odskoczyłem od drzwi. Oparłem się o podłogę i obserwowałem je. Cały się trząsłem. A jeśli tu wejdzie? Jeśli znowu zobaczę tego zniekształconego przez eksperymenty człowieka? Nie wytrzymam… Klnę się na Boga, że oszaleję.
– Wiem, że interesuje się pan naszą piwnicą. Jeśli mogę coś doradzić, proszę dać temu spokój.
Odczekał chwilę i wrócił do siebie. Ja jeszcze długo nie mogłem ruszyć się z podłogi.

Miałem na dzisiaj dość. Miałem dość do końca mojego cholernego życia. Postanowiłem, że nie zostanę w tym miejscu ani sekundy dłużej. Pierdolę to mieszkanie, pierdolę tę kamienicę, pierdolę to miasto… Wracam do domu. Zabrałem się za pakowanie.
Podczas ładowania swoich rzeczy do walizek nieco się uspokoiłem. Spojrzałem na zegarek. 22.43. O tej porze już niczego nie złapię. Racjonalizm wziął górę. Usiadłem na łóżku i ukryłem twarz w dłoniach, próbując sobie wszystko jakoś poukładać.
Jak ja się w to wpakowałem? Po co Zawadzki pokazał mi tę…
Zadrżałem.
…kończynę? Cholerny psychol. Ciekawe, czy inni w kamienicy też wiedzą. Może wszyscy mają jakiś defekt tego rodzaju? Zasrane bractwo wtajemniczonych. Więcej mnie tu nie zobaczą. Niech sobie trzymają w tej piwnicy choćby głowicę nuklearną. Mam to w dupie.
Poklepałem się mocno po policzkach i wypakowałem z powrotem kawę i czajnik elektryczny. Kilka minut później siedziałem w kuchni nad parującym kubkiem z aromatycznym napojem.
Do samego rana.

* * *

Wyszedłem z mieszkania około wpół do piątej. Autobus miałem o 5.32, więc nie było potrzeby przesadnie się spieszyć. Miałem serce w przełyku, gdy przechodziłem obok drzwi Zawadzkiego. Zawartość mojego żołądka nadal znajdowała się na podłodze. Cały czas wyobrażałem sobie, jak wyskakuje na mnie z cienia i pozbawia głowy tym swoim dziwacznym łapskiem.
Koszmar.
Zszedłem po schodach tak cicho, jak tylko potrafiłem. Właśnie miałem opuścić kamienicę, gdy obejrzałem się na piwniczne drzwi.
Były otwarte. Już wtedy wiedziałem, że za moment tam zajrzę. Znałem swoją głupotę wystarczająco dobrze. Żyłem z nią przecież już dwadzieścia cztery lata.
Stałem i patrzyłem w ciemny prostokąt, czekając nie wiadomo, na co.
Nabrałem w płuca powietrza.
Byłem zdeterminowany.
Położyłem walizki na podłodze i, nasłuchując uważnie, ruszyłem w stronę piwnicy. W warstwie kurzu przy wejściu przez ostatnich kilka dni zrobił się wyraźny szlak.
Postawiłem nogę od razu na drugim stopniu schodów. Potem na trzecim. Światło z korytarza oświetlało najwyżej cztery następne. Dalej była tylko ciemność, gęsta jak ropa naftowa. Macałem zimną mokrą ścianę w poszukiwaniu jakiegoś włącznika. Niczego nie mogłem znaleźć. Już miałem się cofać, gdy usłyszałem za sobą znajomy głos:
– A więc jednak ciekawość okazała się silniejsza…
Obróciłem głowę.
W świetlnej aurze stał przy mnie Zawadzki. Nie miałem pojęcia, jak udało mu się podejść do mnie tak bezszelestnie. Przynajmniej miał tę swoją cholerną rękę schowaną w rękawie.
– Mogłeś po prostu opuścić tę kamienicę, chłopcze
– P… przepraszam – zająknąłem się. – Właśnie zamierzałem wy…
– Ależ nic nie szkodzi.
Zanim się zorientowałem, Zawadzki silnym kopniakiem pozbawił mnie równowagi.

Nie wiem, jak długo spadałem po schodach. Zimne, nierówne stopnie katowały mnie po kolei. Musiałem być już na poziomie samego Hadesu, kiedy w końcu wylądowałem na dole. Wyrżnąłem głową o podłoże i przestałem się ruszać. Walczyłem o utrzymanie przytomności. Drzwi od piwnicy były zamknięte. Ten skurwiel, Zawadzki, liczył chyba na to, że nie przeżyję upadku. Niech tylko się stąd wydostanę, dobiorę mu się do dupska. Wszystko mnie bolało. W ustach czułem smak krwi i… coś jeszcze. Drgnąłem.
Wyplułem w ciemność coś małego i mięsistego.
Przejechałem językiem po górnym podniebieniu. Owszem. To był jego kawałek. Pisnąłem cicho, jednocześnie próbując się podeprzeć rękoma, żeby wstać z ziemi. Ból, który przeszył moje lewe ramię był nie do opisania. Wrzasnąłem i ponownie opadłem na ziemię. Dzwoniło mi w uszach. Ledwie oddychałem
Może leżałbym tam dłużej, ale usłyszałem dźwięk będący odpowiedzią na mój krzyk. Nie przypominał niczego, co do tej pory słyszałem. A wiele słyszałem pracując w rzeźni. Przypominał skowyt zarzynanej świni z jednoczesnym powarkiwaniem psa. Otworzyłem szeroko oczy i odwróciłem głowę w stronę, z której dochodził. Nieprzenikniona ciemność sprawiała jednak, że widziałem tylko pulsujące z rytmem ciśnienia tętniczego mroczki. A może oślepłem? Mogłem uszkodzić sobie nerw wzrokowy w trakcie upadku…
Słyszałem czyjeś ciężkie kroki. Poczułem obrzydliwy zapach gnijącego mięsa. Był coraz intensywniejszy.
– Jest tam kto? – zapytałem idiotycznie.
Dźwięk kroków ustał na moment. Ostrożnie podniosłem się z ziemi. Zacząłem nerwowo poszukiwać jakiegoś włącznika światła.
Znalazłem pokrętło. Zajaśniało. Musiałem na chwilę zmrużyć powieki
Po jaką cholerę otwierałem znowu oczy…?
To stało niespełna pięć metrów ode mnie.
Pośrodku oświetlonej gołą żarówką piwnicy przykucnął ponury żart Boga na temat człowieka. Obrzydliwa, różowo-czerwona humanoidalna istota obserwowała mnie z zaciekawieniem. Spod cienkiej skóry przebijał się surowy kształt zniekształconej czaszki. Smoliście czarne oczy obserwowały mnie z ciekawością. Kreatura była przykuta do ściany wielkim łańcuchem. Jednak na moje nieszczęście – byłem w jej zasięgu. I nie mogłem się poruszyć.
Obok leżały na wpół zjedzone zwłoki pana Wiesława. Poznałem biednego drania po flanelowej koszuli. Wokół rozwleczone były jego wnętrzności.
Czułem, że głowa zaraz mi eksploduje. Serce, które jeszcze kilka sekund temu biło jak szalone, zatrzymało się. Zacząłem wszystko widzieć w zwolnionym tempie. Czułem się jak niewolnik swojego ciała, które nie chciało wypełniać wydawanych przeze mnie poleceń. Wiedziałem, że to już koniec.
Ale zanim koszmarnie powykręcane, pulsujące ramię pozbawiło mnie połowy twarzy, zrozumiałem. Przynajmniej dane mi było wszystko pojąć na chwilę przed śmiercią. Na ręce, pełnej fioletowych krost i skupisk szczeciny znajdował się numer.
25786.
Demony wojny nie umierają nigdy.



Horror Online 2003-2013 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -