Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Aaa absolwent szuka pracy

Michał Galczak




Tłusty łysol uśmiechnął się obleśnie, nieznacznie wykrzywiając kąciki ust.
- Bardzo mi miło – skłamałem, potrząsając jego lepką od potu dłonią.
- Pan siada. – Niedbałym gestem wskazał mi plastikowe, rachityczne krzesło, a sam rozwalił się w ogromnym, skórzanym fotelu. Mebel zatrzeszczał pod ciężarem jego ponad stukilowego cielska. Usiadłem ostrożnie i złożyłem dłonie na kolanach, pamiętając by ich broń Boże nie krzyżować (jedna z podstawowych rzeczy to przyjąć postawę otwartą – tak mówią wszystkie podręczniki dla poszukujących pracy). Grubas czknął, zupełnie nie bacząc na moją obecność.
- Na zdrowie… - skwitowałem z wymuszonym uśmiechem (kolejna zasada – być pod każdym względem miłym i uprzejmym dla potencjalnego pracodawcy).
- Taaa… - burknął w odpowiedzi i zaczął grzebać paznokciem między zębami.
Świnia, pomyślałem. Może nie powinienem oceniać go już na samym wstępie, ale w końcu zasada pierwszego wrażenia dotyczyła nie tylko pracodawców. Postanowiłem zignorować zachowanie łysola, choć w rzeczywistości zły byłem na siebie i na cały świat, że muszę włazić w dupska takim gburom! Po jaką cholerę kończyłem studia? Na co mi było zakuwanie nocami do łba dziesiątek podręczników, setek, tysięcy informacji, wzorów. Czy wszystko to po to, żeby teraz płaszczyć się przed ludźmi takimi, jak ten tutaj kierownik hurtowni?
Od kilku miesięcy trafiałem na podobnych gości. Zacząłem się już nawet zastanawiać, czy jest szansa, że stanowiska decyzyjne zajmuje ktokolwiek normalny?
W końcu coś we mnie pękło. Dzisiaj rano. Jednak dopiero po czwartej rozmowie o pracę zrozumiałem, o co tak naprawdę chodzi. Dopiero przy czwartym potencjalnym pracodawcy…

Pierwszy był cuchnący przetrawionym alkoholem właściciel niewielkiej firmy stolarskiej. Startowałem u niego na stanowisko pomocnika w dziale sprzedaży. Chyba z piętnaście razy podczas rozmowy pomylił moje nazwisko, sklął partię rządzącą, bezrobotnych i Żydów. Postanowiłem zdecydowanie przerwać pogłębiającą się farsę w chwili, gdy objął mnie ramieniem i zaczął uderzać w pijacki szloch. Jeden do zera. Spojrzałem na zegarek. Była dziewiąta pięćdziesiąt.
Drugi – bez przerwy dłubiący w nosie, rozmemłany, metroseksualny idiota na stanowisku specjalisty do spraw rekrutacji pracowników. Poziomem umysłowym ledwo doganiał opóźnionego w rozwoju dziesięciolatka. Jakim cudem udało mu się dostać tą pracę? Jednego zdania nie potrafił powiedzieć bez irytującego „Yyyyy”, pomijając już sens jego wypowiedzi (No, yyyyy, znaczy się ekstra, yyyyy. A to może, yyyyyyy, powiedziałby mi pan co bynajmniej mógłby nam pan, yyyyyyy, zaoferować. Wie pan, żebyśmy tego, no, żebyśmy, yyyyy, pana wybrali. No nie?”. Czy przeprawa przez coś takiego warta była stanowiska osobistego doradcy klienta? Ale podobno nieźle płacili. No i firma duża, bo telekompromitacja polska. Moja cierpliwość miała jednak swoje granice. Z ulgą opuściłem niewielki pokoik specjalisty od siedmiu boleści. Blisko trzydzieści minut zmitrężyłem na całkowicie pozbawionej sensu rozmowie. Trzydzieści minut… Tysiąc osiemset sekund, w ciągu których mógłbym szukać pracy w setkach lepszych miejsc. Dziesięć po jedenastej było już dwa do zera.
Potem była porażka w biurze obsługi klienta jednego z operatorów telefonii komórkowej. Wszystko szło nawet nieźle, dopóki rozmawiająca ze mną młoda dziewczyna, koordynatorka działu infolinii, nie zaproponowała odegrania scenki rodzajowej pt.: „Jak pan zareaguje, gdy zadzwoni niezadowolony klient?” Oczywiście niezadowolonego klienta zagrała ona. Nie tracąc czasu złapała słuchawkę telefonu i patrząc mi prosto w oczy zaczęła rzucać bluzgami, unosząc się i osiągając w pewnym momencie pułap krzyku. Nie wytrzymałem i roześmiałem się serdecznym rechotem. Przyznaję się bez bicia – żaden ze mnie aktor. Moja reakcja całkowicie ją zaskoczyła. Dziewczyna zapowietrzyła się. Po chwili jej zdziwienie przeistoczyło się we wściekłość. Niewielkie piersi unosiły się i opadały, niesione płytkimi oddechami. Trzeba przyznać, że udało mi się ją zaskoczyć. Przez dobrą chwilę nie potrafiła nic powiedzieć. Gdy już ochłonęła, prychnęła tylko w moją stronę i wymownym ruchem ręki skreśliła moje nazwisko z listy przesłuchań. Wyszedłem po kilku minutach, wciąż jeszcze odczuwając reperkusje ataku śmiechu, jaki we mnie wywołała. Dochodziła trzynasta, a było już trzy do zera.

Gruby kierownik hurtowni podsunął sobie przed oczy moje curriculum vitae. Powiódł po nim spojrzeniem, co chwilę zerkając na mnie, jakby chciał się upewnić, że dalej przed nim siedzę, albo, że ten z CV to rzeczywiście ja. Czekałem na serię standardowych pytań, z moim ulubionym: „A dlaczego nie próbuje pan szukać czegoś w swoim zawodzie?”
- Taaak… - mruknął pod nosem.
Sposób, w jaki to powiedział, wywołał w mojej głowie nagły przypływ irytacji. Maleńkie fale napierały na czaszkę i rozbijały się na niej z głośnym hukiem. W ułamku chwili urosły do rozmiarów sztormu. Naraz przybojami zaczęły do mnie wracać pojedyncze sceny. Wirujące pomieszczenia. Uczucie podniecenia. Błysk świetlówek. Wykrzywione twarze, przeplatane wrzaskami i rzężeniem. Jak w teledysku - obraz, flesz, obraz, flesz, obraz, flesz. Jeden po drugim, sekunda po sekundzie. Błysk, wrzask, oślepiające światło. Ktoś krzyczał tak głośno, że jego głos wwiercał się w moje uszy, przebijał przez bębenki i dostawał prosto do mózgu, drażniąc zwoje neuronów. Światło, niczym ze stroboskopu, rozszalało się na dobre.
Oślepiający błysk przywołał przed moje oczy zapitego właściciela stolarni. Poczułem jak próbuje wyrwać się z uścisku, jak bezskutecznie walczy ze skórzanym paskiem, zaciśniętym na jego szyi. Szarpie się, pluje krwią. Jego gardło puchnie do rozmiarów dziecięcej piłki, przekrwione oczy wychodzą na wierzch, sprawiają wrażenie, jakby za chwilę miały wypaść z oczodołów. Jeszcze przez chwilę rzęzi, po czym zastyga martwy u moich stóp. Jeden do zera. Poszło nadzwyczaj łatwo. Nie zajęło mi to więcej, niż trzydzieści sekund. Za to przez długie minuty czułem jeszcze przyjemne mrowienie w mięśniach przedramion.
Kolejny błysk. Poczułem szarpnięcie. Potem kolejne. Kształty powoli nabierały wyrazistości. Moje ramię unosiło się i opadało. Dłoń zaciśnięta w pięść raz po raz uderzała w coś miękkiego i mokrego. Spojrzałem w dół. Klęczałem w kałuży krwi, pośrodku której bulgotała zmiażdżona twarz metroseksualnego specjalisty z „tepsy”. Jego nos przestał istnieć, jakby go nigdy nie było. W miejscach oczu miał dwie napuchnięte do rozmiaru mandarynek powieki. Pod kolejnym uderzeniem jedna z nich pękła z trzaskiem, a spod niej wypłynęła galaretowata, rozgnieciona na miazgę gałka oczna. Następne trzy ciosy zamieniły twarz specjalisty w bezkształtną formę, która wyglądem najbardziej przypominała porcję mielonego mięsa. Ostatni oddech przy wtórze bulgotania opuścił jego płuca.
Oślepiające światło wypełniło moją głowę. Poczułem przyjemny zapach kwiatów. Sztuczny zapach - kobiece perfumy. Zacisnąłem mocno powieki i powoli je otworzyłem. Pode mną szarpała się rudowłosa miłośniczka odgrywania scenek rodzajowych. Wyginała się na wszystkie strony, starała się kopnąć mnie w krocze. Przycisnąłem ją do blatu biurka i położyłem się na niej. Próbowała krzyknąć. W ostatniej chwili zdusiłem jej żałosny skowyt. Zasłoniłem jej usta dłonią, przedramieniem naciskając na szyję. Drugą ręką pomogłem sobie, by dostać się między jej nogi. Nacisnąłem kroczem, chciałem poczuć jej ciepło. Strach ulatywał z niej na cały pokój, uchodził przez skórę i przerażone oczy. Drżała na całym ciele, sparaliżowana, niezdolna do obrony. Chciała coś powiedzieć. Na moment odsłoniłem jej usta, ciekaw co też takiego miała mi do powiedzenia.
- Proszę – wyjęczała drżącym głosem. – Nie rób mi tego…
Rozśmieszyła mnie jej prośba. Naprawdę myślała, że chciałem ją zgwałcić!
- Nie, kochanie – wyszeptałem jej prosto do ucha. – Nie zrobię ci tego.
Sięgnąłem po nożyczki. Rozłożyłem i przytknąłem ich ostrze do szyi rudowłosej piękności. Wpatrując się w jej oczy nacisnąłem i zagłębiłem narzędzie w jej gardle. Ciąłem silnym ruchem. Potem jeszcze raz i jeszcze, i jeszcze. Fontanna krwi zalała twarz dziewczyny. W spowalniającym rytmie wciąż pulsującego serca wydostawały się na zewnątrz kolejne mililitry życiodajnego płynu. Spojrzenie w jej oczach gasło coraz bardziej, by w końcu zastygnąć na wieki.

- Taaak… - usłyszałem ponownie, gdzieś obok siebie.
Kanonada światła przerzuciła mnie z powrotem do gabinetu kierownika hurtowni farmaceutycznej „Pharmex”. Potrząsnąłem głową, pozbywając się projekcji umysłu. Spojrzałem na łysego mężczyznę za biurkiem. Leniwym ruchem sięgnął po jedną z truskawek ułożonych na talerzu obok laptopa. Pożarł ją przy wtórze ciamkania. Szypułkę rzucił niedbale gdzieś za fotel. Ubrudzone sokiem palce wytarł w brzeg mojego CV.
Szarpnąłem się w jego stronę. Dopadłem do biurka i pochwyciłem z niego ołówek (Kooh-i-Noor HB. Lepszy byłby pewnie H, albo 2H, ale przecież nic nie mogłem poradzić na brak odpowiedniego sprzętu). Wskoczyłem na dębowy blat, zrzucając na podłogę talerz z truskawkami i rzuciłem się na grubasa. Lewą ręką chwyciłem go za krawat, a prawą wymierzyłem silne, precyzyjne uderzenie, w sam środek nalanej tłuszczem twarzy. Z przyjemnością poczułem, jak pod moimi palcami zapadł się jego nos. Głowa łysego wieprza odskoczyła do tyłu, odbijając się od oparcia skórzanego fotela. Nad ustami mężczyzny zakwitł ogromny, czerwony kwiat. Rozłożył swoje płatki i chlusnął krwistym nektarem, zbryzgując przód jasnoróżowej koszuli. Oczy zaskoczonego mężczyzny powędrowały ku górze.
- Nawet nie próbuj mi tu zemdleć - warknąłem przez zaciśnięte zęby.
Chwyciłem stojącą na biurku szklankę i wylałem jej zawartość na twarz grubasa. To go trochę otrzeźwiło. Wzrok miał wciąż otępiały, ale był przytomny. Kiwał się na boki, błądząc spojrzeniem po ścianach swojego pięknego gabinetu.
Cztery do zera. Prawie. Brakowało tylko przysłowiowej kropki nad „i”. Uśmiech pogardy wykrzywił moją twarz. Jeszcze przed chwilą wszystko wyglądało inaczej, nieprawdaż? Niecałą minutę temu patrzył na mnie z wyższością, traktując jak kolejnego z tysiąca śmieci przewijających się przed jego obliczem. A teraz? Teraz role się odwróciły. Teraz los przeszedł z jego rąk do moich. Taki obrót wydarzeń znokautował moją ofiarę bardziej, niż uderzenie pięści. Nie na tym mi jednak zależało. O wiele bardziej pragnąłem zakończyć jego nędzny żywot. Parszywe istnienie, przepełnione irracjonalnym poczuciem bycia kimś lepszym, niczym nieusprawiedliwioną wyższością. Plugawe dni życia, spędzonego na pogardzaniu podwładnymi, molestowaniu młodych dziewczyn, dla których praca w tej kretyńskiej hurtowni była jedyną szansą na jakikolwiek zarobek. Pstryknięciem palców bawił się ludzkimi życiorysami. Pstryk - i pani Jola musi szukać nowej pracy, żeby wykarmić swoje bliźniaki - skądinąd dwójkę uroczych chłopców. Pstryk - i marzenia Sebastiana o zarobieniu na wakacje mogą iść się ganiać wokół hurtowni. Pstryk - i niespełna szesnastoletnia, ciężarna Wiolka nie ma już dziewięciuset złotych ekstra co miesiąc. CHYBA, że klęknie przed kierownikiem hurtowni i sięgnie mu do rozporka. Oczywiście wszystko zależy od niej. Twój los w twoich rękach.
Parsknąłem śmiechem.
- Twój los w twoich rękach - zawołałem rozbawiony. - Słyszysz, wieprzu?
Patrzył na mnie tępym, błagalnym wzrokiem.
- Proszę... - jęknął w końcu.
- Prosisz… Nie. Pytałem, czy słyszysz? - syknąłem przez zaciśnięte zęby.
Szybkim ruchem wbiłem zatemperowany koniec ołówka w jego lewe ucho. Wszedł lekko, jakby zagłębiał się owocowej galaretce. Uderzeniu zawtórował cichy chrobot i jednoczesne stęknięcie grubasa. Powoli wepchnąłem ołówek głębiej. Zbliżyłem twarz do jego twarzy. Widziałem dokładnie, jak pękały maleńkie żyłki w białkach jego gałek ocznych, jak źrenice rozszerzyły się, by po chwili zawęzić i zastygnąć nieruchomo. Szczęka łysego kierownika hurtowni farmaceutycznej kilkukrotnie opadła i podniosła się. Dostrzegłem kilka kropel potu, spływających po jego czole. To bydlę śmiało się jeszcze pocić! Wyszarpnąłem ołówek z jego głowy. Cały lepił się od woskowiny i krwi. Z małżowiny mężczyzny wyciekła bladoróżowa substancja. Pewnie po tych truskawkach, pomyślałem z rozbawieniem.
Podsunąłem upaprany ołówek pod oko na wpół przytomnego grubasa, celując w sam środek źrenicy. Zagłębiłem ostrze w gałce ocznej, naciskając z całej siły. Mężczyzna zakwiczał, niczym zarzynane prosię. Nasadą dłoni dopchnąłem ołówek, aż napotkał opór. Odsunąłem fotel z martwym kierownikiem i otarłem pot z czoła. Miałem nadzieję, że nikt nie usłyszał jego wrzasku. Z zadowoleniem zanotowałem w myślach aktualny wynik: cztery do zera.

Usiadłem na ławce w parku i spojrzałem na zegarek. Mała wskazówka na czwórce, duża na jedynce. Mogłem wreszcie odpocząć. Nadszedł koniec mojego dnia pracy, bo chyba śmiało już mogę powiedzieć, że znalazłem sobie zajęcie. Ciekawe, wymagające, dające możliwości rozwoju i stawiające przede mną kolejne, coraz to nowe wymagania. Za każdym razem co innego, za każdym razem nowe okoliczności. Do tej pory wydawało mi się, że nie znajdę odpowiedniej dla siebie, ciekawej i pożytecznej pracy. To, co się dzisiaj wydarzyło musiało być chyba najprawdziwszym cudem, objawieniem. Jakaś wyższa istotna dotknęła mnie świetlistym palcem i pokazała sens w życiu.
Cztery do zera. Poszło mi chyba całkiem nieźle. Myślicie, że cztery to mało? Ja myślę, że zdecydowanie za mało! Ale przecież nie powiedziałem wcale, że cztery będzie moją dzienną normą. Nie! Ja, moi drodzy, dopiero zaczynam! Zamierzam doskonalić swoje umiejętności i podnosić kwalifikacje! Możecie być pewni, że z każdym dniem będę coraz lepszy. Będę dokładał najwyższych starań i cierpliwie pracował, by móc uczciwie i rzetelnie wykonywać swoje zadanie. Jestem perfekcjonistą i wiem, że któregoś dnia osiągnę stopień mistrzowski. Materiału do doskonalenia jest w końcu mnóstwo. Kto będzie następny? Myślę, że cennych wskazówek dostarczy mi kolejny dodatek do poniedziałkowej Wyborczej...



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -