Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Urlop

Michał Arkuszewski

--Karetka już jedzie – wykrztusił pan Howard właściciel domu na Crouch Street.
--Co się stało? – zaptała ze zdumieniem.
--A skąd do cholery mam wiedzieć! – wiem przecież tyle co Ty.
--No, ale byłam w kuchni i nie widziałam nic, tylko usłyszałam huk, jakby coś runęło na ziemię.
--No właśnie i to mnie dziwi, gdy otworzyłem drzwi stał w nich ten facet, potem uśmiechnął się, wszedł do środka i padł jak martwy.
--I nie znasz go ?
--A jak myślisz...? – według Ciebie powinienem znać wszystkich ludzi w Londynie. – odparł zgryźliwie.
Odgłos karetki był coraz głośniejszy.
Ambulans pędził w strugach deszczu bryzgając na wszystkie strony.
Ulice były prawie puste, czasem tylko ktoś przebiegł, pewnie tylko dlatego że miał jakiś ważny powód – kto normalny wychodzi z domu w taką zasraną pogodę.
--Saro...czy mogłabyś otworzyć drzwi?
--Taaa... już otwieram.
--Dzień dobry!...Czy to pani nas wezwała?
--Nie – proszę tędy, mój przyjaciel wszystko wam opowie.
Weszli do małego przytulnego pokoiku, meble były tak gustownie dobrane że tylko ślepiec nie zauważyłby że człowiek tam mieszkający ma wyczucie smaku i gruby portfel.
Po prawej stronie na ekskluzywnej kanapie leżał delikwent, nie ruszał się, wyglądał jak martwy – taki martwy jak to się widuje w kinie albo w telewizji.
Od czasu do czasu atmosfera w pokoju robiła się wręcz złowieszcza co sprawiało poczucie grozy.
Deszcz bębnił o parapet rozbijając drobne krople o szybę. – Co za beznadziejna pogoda... westchnęła mimochodem Sara, po czym poszła do kuchni przygotować herbatę.
Pan Howard poluzował krawat jegomościa, starając się wyczuć puls.
--Czy On żyje? – spytał sanitariusz.
--Chyba tak – odparł.
--Proszę się odsunąć, teraz my się nim zajmiemy.
Zbadał „pacjenta” twierdząc że to najzwyklejsze na świecie omdlenie, po czym ponowił badanie jeszcze bardziej szczegółowowo.
--Ja... poza niewątpliwą utratą przytomności nic powiedzieć więcej nie mogę, ale żeby wszystko było jasne zabieramy go do szpitala. Z resztą odzyskuje już przytomność i zaraz pewnie dowiemy się więcej.
„Gość”powoli podnosił powieki, kiedy przez niebo przebiegł potężny piorun, żeby w chwilę potem dało się słyszeć jakąś demoniczną kakofonię dźwięków.
--Jak się pan czuje...panie... Wood – Charlie Wood.
--Może pan wstać?
* * * * * * *
Ranek był słoneczny i ciepły jak na wrzesień, tylko kałuże na ulicach zdradzały ich pochodzenie.
Bruk uliczny obfity w piryt lśnił w świetle słonecznym niczym brylantowa tafla lodu.
Spojrzał na zegarek... 10.30. Nigdzie się nie wybierał, lekki kac spowodowany wczorajszymi igraszkami z przyjaciólką przypominał mu o upojnej nocy zakrapianej alkoholem. Postanowił jednak wyjść, spacerek na pewno dobrze mu zrobi.
Przemierzając ulicę, obserwował pobliskie domy, które dziś mimo pięknej pogody wyglądały jakby złowieszczo.
Każdy dom wydawał się coś mówić, przekazywać, jakąś wiadomość, która skierowana była do niego – właśnie do niego! Głowa bolała go coraz bardziej, więc postanowił iść do apteki... Komiczny dzwonek zabrzmiał nad drzwiami.
--Dzień dobry! Panie James.
--Witam! Pana, słyszał pan ostatnie wiadomości?
--Nie, a co się stało?
--Niech pan kupi gazetę...
Było południe, wracając do domu kupił prasę. Zaledwie uchylił drzwi od mieszkania usłyszał jak dzwoni telefon, wielkimi susami pomknął w stronę aparatu.
--Cześć! To ja Sara. Czy kupiłeś dziś gazetę?
--Tak, ale co was wszystkich opętało?! – prawie krzyknął do słuchawki, przed chwilą w aptece sprzedawca też mi sugerował...
--Słuchaj! – prawie krzyknęła, musisz koniecznie przeczytać dzisiejsze wiadomości... – W tej chwili rozległ się dzwonek.
--Oddzwonię później, Cześć!
Ruszył w stronę drzwi.
Jego oczom ukazał się wysoki mężczyzna lat około 40-stu, lekko siwiejący. --Dzień dobry! Nazywam się Hubert Miśkiewicz, szukam niedrogiego pokoju do wynajęcia, czy dobrze trafiłem?
--Tak...zapraszam do środka.
--Jak już wspominałem nazywam się...Taa...To jest właśnie ten dom, a tamte drzwi prowadzą do pokoju, który chcę wynająć – wtrącił właściciel.
--Bardzo proszę się rozejrzeć, a jak będzie już pan zdecydowany to proszę dać mi znać, wtedy dopełnimy wszelkich formalności.
Stefan Miśkiewicz ruszył w stronę pokoju – dziwny jakiś... – pomyślał.
Drzwi były stylowe i solidne, grube zasłony prawie w całości zasłaniały słońce które bez skutku próbowało przebić się do środka.
Fajny pokoik – pomyślał.
Pan Howard usiadł wygodnie w fotelu niecierpliwie przeglądając gazetę, dopóki nie natknął się na artykuł :
„Tajemnicza śmierć sanitariuszy”

„Londyńska policja donosi że wczoraj w późnych godzinach popołudniowych doszło do brutalnego morderstwa dwóch sanitariuszy. Wiadomo że karetka jechała wezwana do domu na Crouch Street. Sprawcy nie ujęto. Śledztwo trwa. Ktokolwiek wie coś na temat zdarzenia proszony jest o kontakt z najbliższym komisariatem policji.”

Poczuł jak krew uderza mu do głowy – czy to możliwe żeby chodziło o tamtego faceta, bo jeśli tak to pomogłem mordercy...
--Wie pan co... bardzo mi się tutaj podoba i już się zdecydowałem.
--Żee...Coo...a, przepraszam myślałem o czymś. – Nie ma sprawy, ale formalności załatwimy jutro, dziś strasznie boli mnie głowa.
--Dziękuje, już pozwoliłem sobie się rozpakować, w takim razie idę na spacer – życzę miłego dnia!
Gdy tylko wyszedł poczuł zapach, taki zapach którego zawsze bał się w dzieciństwie – zawiła mieszanina ziół, woń jaką czuć 1-go listopada na cmentarzu i coś jeszcze. To „Coś jeszcze” niepokoiło go najbardziej...Teraz jednak jego uwagę przykuła wielka czarna chmura która powoli ale konsekwentnie zbliżała się w jego stronę. Zrobiło się nieprzyjemnie i ponuro, jedynie fakt że rozpoczął się pierwszy dzień jego urlopu poprawiał mu samopoczucie. Duże krople deszczu zaczęły nagle pojawiać się na chodniku.
Niemal w tej samej chwili doznał uczucia dziwnej euforii i gdyby nie fakt że zrobiło się późno to mógłby tak spacerować do rana.
W domu panowała kompletna cisza, właściciel spał jak zabity, gazeta leżała koło łóżka – wezmę sobie i poczytam – stwierdził.
Wracając z łazienki wziął gazetę i już się miał położyć gdy nagle pociemniało mu w oczach...
* * * * * * *
Rano obudził go hałas dobiegający z pokoju pana Howarda. Wstając z łóżka zauważył gazetę – zaczął czytać. Ciarki przeszły mu po plecach gdy zauważył nagłówek na pierwszej stronie. To chyba niemożliwe...Tutaj takie rzeczy?
Policja skrzętnie przeglądała pokój centymetr po centymetrze. Dzień dobry...Kim pan jest? – zapytała Sara – przyjaciółka właściciela.
--Ja nazywam się Hubert, od wczoraj wynajmuje tu pokój, czy coś się stało? --Właśnie tego chcielibyśmy się dowiedzieć.
--Jesteśmy z policji w związku z morderstwem, i mamy do pana kilka pytań. Teraz dopiero spojrzał na denata, widok był niesamowity. Ciało Howarda leżało bezładnie na podłodze, jego ręce i nogi połamane były niczym wykałaczki, a głowa gdyby nie kręgosłup pewnie by odpadła. Oczy miał zapadnięte niczym dwie studnie, czarne i nieprzeniknione pewnie widziały napastnika, lecz było za późno. Poczuł mdłości, pędem pobiegł do toalety by tam zwymiotować...
Przesłuchanie trwało chyba całą wieczność. Policja i koroner zabrali ciało po czym odjechali, najpierw jednak odczytano nam dobrze znaną formułkę rodem z filmów sensacyjnych.
--I co my teraz zrobimy? – zapytałem.
--Nie mam zielonego pojęcia – odpowiedziała Sara.
--Nigdy w życiu nie przytrafiło mi się nic podobnego, najgorszym takim przeżyciem była śmierć małżonki która zginęła w wypadku samochodowym 4 lata temu. Musiałem się wtedy leczyć u specjalisty przez pół roku.Naprawdę bardzo ją kochałem, ale nauczyłem się jednego, że życie musi toczyć się dalej, bez względu na to co się dzieje.
--To przykre – stwierdziła. – Wie pan co... – Ja to już muszę iść, wpadłam tu tylko na chwilę, nie chcę spóźnić się do pracy.
--Myślę że się jeszcze spotkamy. --Do widzenia.
Skinął tylko głową gdy zatrzaskiwały się drzwi. Ciekawe o co w tym wszystkim chodzi? – im więcej myślał tym bardziej wszystko wydawało mu się pogmatwane. Wydarzenia z ostatnich kilkunastu godzin przewijały mu się przed oczami niczym stare celuloidowe filmy, koszmar – pomyślał. Może to wszystko przez ten pieprzony deszcz ! –tutaj jest jakiś inny – mroczny, na mnie też jakoś dziwnie działał. Dodając do siebie fakty na myśl przyszła mu Sara – przyjaciółka, kochanka – zabójczyni ?
Teraz wszystko wydało mu się jasne, w tym deszczu coś jest „jego” wpływ ma znaczenie na sposób w jaki zachowują się ludzie.
Był tego tak pewien jak tego że coś się jeszcze wydarzy. Po południu do drzwi zapukała Sara.
--Przyszłam zabrać swoje rzeczy – nie chcę dłużej tutaj przychodzić kiedy Howard... – cichutko załkała.
--Ależ pani Saro, proszę bardzo, ja tu tylko wynajmuję pokój, nie wiem tylko czy w tych okolicznościach powinienem tutaj pozostać. Z resztą... i tak chyba niestety muszę, bo policja może zacząć coś podejrzewać.
--A może to pan go zabił? – już teraz chyba wszystko rozumiem!
--Przyjechał pan bo miał z nim pewnie jakieś porachunki, a teraz chce się od tego wszystkiego wymigać!– nie dopuszczę do tego.
Niewiele myśląc ruszyła w jego stronę. Wycofał się potykając o mały pleciony dywanik – prawie się przewracając.
Ty Morderco!– krzyczała, a gdy znalazła się już odpowiednio blisko potężny kopniak prawie zmiażdżył mu krocze.
Padł na ziemię jak długi ksztusząc się i wijąc z bólu. Ty pojebana kobieto! jesteś nienormalna czy co!? – nie widzisz że sam nie wiem co o tym wszystkim sądzić! Sara nie zwracała zbytnio uwagi na to co mówi Hubert, chwyciła krzesło i zaczęła tłuc go gdzie popadnie. Tak uderzyła że omal nie stracił przytomności. Twarz piekła go z bólu, a krew cieknąca z rany na czole zalewała mu oczy.
Jednak zdołał wstać. Sara odrzuciła krzesło i nieuchronnie zbliżała się do niego, teraz zrozumiał że jest pod wpływem pogody.
Ciosy zadawała gołymi rękoma z taką siłą że znów został powalony na ziemię.
--Skończę z tobą ty mały wieprzu! – ale prędko nie umrzesz, będziesz cierpiał tak jak inni, deszcz Cię oczyści!
Przez chwilę nie czuł nic poza dziwną muzyką dochodzącą zza szyby; - To DESZCZ! – DESZCZ! – DESZCZ!
Ocknął się gdy Sara wbijała mu kciuki w oczy, ostatkiem sił zdołał zrzucić ją z siebie uciekając do pokoju. Zatrzasnął masywne drzwi przekręcając klucz w zamku. I tak cię dopadnę! – charczała ze złości. Nie minęło kilka sekund gdy stała już w środku z twarzą wyglądającą tak zaciekle że poczuł iż wszelki opór nie ma sensu. Determinacja i chęć przeżycia sprawiły że złapał za wieszak i z całej siły jaka mu pozostała zaczął tłuc ją po głowie jakby grał w golfa. Charczenie i obelgi ustały chociaż Sara, albo to co pozostało z jej twarzy nadal trzymała się na nogach. Nie rozumiał tego – jak to możliwe?
W chwilę później runęła na ziemię roztrzaskując resztki czaszki o podłogę, masz dziwko! – pomyślał.
Słaniając się na nogach podszedł do okna i otworzył je, krople deszczu złowrogo dudniły w parapet. Nie słyszał już muzyki tylko coś jakby kroki, odwrócił się i ujrzał kogoś co kiedyś pewnie przypominało kobietę – To była ona, resztki kręgosłupa wystające znad ramion jeszcze krwawiły. Ruszyła przyśpieszając w jego kierunku. Kiedy była już bardzo blisko niczym kula z pistoletu wystrzeliła w jego kierunku. Hubert w ostatniej chwili zdołał uskoczyć, na nieszczęście Sary otwarte okno było na tyle duże żeby pomieścić gabaryty napastniczki. Zniknęła. Spojrzał jednak przez okno żeby upewnić się czy nie stoi tam gdzieś ponownie szykując się do skoku.
--Policja proszę się nie ruszać! – odezwał się głos z megafonu.
O kurwa! – tego jeszcze brakuje! – i jednym długim susem porywając płaszcz wybiegł z domu. Radiowóz już tam był, skutecznie odcinając drogę ucieczki. Odbił w mniejszą uliczkę nie oglądając się za siebie. --Stać! – usłyszał tylko. Kule jednak były szybsze.
Podbiegł jeszcze kawałek, pociemniało mu w oczach i upadł na bruk. Był jeszcze przytomny gdy próbowano go reanimować, krople delikatnie muskały jego twarz obmywając zeschniętą krew, wszystko nagle ustało, stało się takie ciche i spokojne, ból ustał, tylko ten deszcz, desssczzzzzzzz.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -